Odpowiedzialne brawa

Na wstępie pragnę przeprosić członków zespołu. W minionym tygodniu wygłaszałem niezbyt odpowiedzialne opinie o „The Cure”. Kategorycznie odwołuje słowa, w których kwestionowałem nieprzeciętność tej płyty. Mam nadzieję, że składana przeze mnie samokrytyka, będzie przestrogą dla osób chcących skreślić dzieło Roberta i spółki tylko po kilkukrotnym przesłuchaniu. Na swoich niedawnych doświadczeniach opieram twierdzenie, że nowy album brytyjskiej formacji nie od razu zachwyci odbiorcę. Posłuchajcie jednak „The Cure” wielokrotnie, a odkryjecie, że nie jest on słabą pozycją w dyskografii legendarnej grupy.

Ostatnie zdanie poprzedniego akapitu kieruje w szczególności do słuchaczy zachwyconych poprzednim dziełem zespołu. Osoby te mogą poczuć się nieco zdezorientowane lub zaskoczone. Jednak moim zdaniem spełnienie marzeń o kontynuacji „Bloodflowers” było równie prawdopodobne jak wygrana w totolotku. Praktycznie od początku istnienia grupy każdy album przynosi pewną zmianę w rozwoju stylu The Cure. Nie inaczej było przy realizacji self-titled. Do produkcji nagrań został zaangażowany Ross Robinson, znany ze współpracy z takimi zespołami jak Limp Bizkit, czy Slipknot. Nie oznacza to oczywiście, że Robert Smith w swoich muzycznych poszukiwaniach dotarł do granic nu-metalu. The Cure pozostaje The Cure, chociaż doświadczenia producenta nadają nowemu dziełu Brytyjczyków nieco cięższe brzmienie. Słychać to już w utworze otwierającym album. „Lost”, jeden z bardziej przebojowych fragmentów na płycie, charakteryzuje się ostrymi partiami gitar. Energię piosenka zawdzięcza także perkusji i przejmującemu głosowi wokalisty. Na „The Cure” znajdziemy tylko dwie kompozycje rodzące skojarzenia z „Bloodflowers”. „The Promise” przypomina czasem trwania, epickim charakterem, oraz intrygującym sposobem śpiewania Roberta „Watching Me Fall”. Echa najdłuższej kompozycji dwunastego albumu Smitha i kolegów słychać także w „Labitynth”.

Płytę cechuje przebojowość znana z niektórych, niekoniecznie singlowych fragmentów „The Head On The Door”, „Kiss Me Kiss Me Kiss Me”, „Wish” i „Wild Mood Swings”. Za przykład mogą posłużyć „Taking Off” równie roztańczony jak „Doing the Unstuck” albo „alt.end” oparty na chwytliwym gitarowym motywie. W tej piosence słuchacz ma wrażenie jakby sześciostrunowy instrument śpiewał razem z Robertem. Doskonale wypadają popowe „The End Of The World”, „Before Three” i „(I Don’t Know What’s Going) On”, chociaż nie posiadają takiego potencjału, aby stać się hitami na miarę „Friday I’m In Love” czy „Just Like Heaven”, to wraz z smutniejszym „Anniversary”, pełnym gniewu i niepokoju „Us or Them” oraz energicznym i szybkim „Never”, tworzą zbiór utworów tylko nieznacznie ustępujący poziomem największym dziełom The Cure. Przy omawianiu piosenek nie sposób nie wspomnieć o kończącym zestaw „Going Nowhere”. Dziwię się, że przepiękna, klawiszowo-akustyczna kompozycja nie znalazła się na amerykańskiej wersji „The Cure”. Warstwa liryczna to dodatkowy atut tej ballady:

I’m going nowhere / Don’t look so scared / I’m going nowhere / Don’t look so… / So tell me that you love me again / Tell me that you care / Oh tell me that you love me again / Yeah I’m going nowhere / Don’t look so scared / I’m going nowhere… / Could be / Could be… / I’m already there?

Dramaturgia w tym utworze sięga zenitu kiedy Smith niewyraźnie wyśpiewuje ostatnie zdanie.

The Cure należą się brawa. Grają już ponad ćwierć wieku i ciągle nagrywają świetne płyty. Niewiele jest na świecie zespołów, które mogą poszczycić się takimi dokonaniami. Być może nie nagrają już nic przewyższającego „Disintegration”, „Pornography” czy „The Head On The Door”. Ale cóż z tego? Ze swojego nowego dzieła mogą być naprawdę dumni. Jestem przekonany, że „The Cure” w wielu rocznych podsumowaniach najlepszych albumów zajmie wysokie miejsca. Dlatego, że trzynasty longplay The Cure to po prostu bardzo dobra płyta, świetnego zespołu.

Witek Wierzchowski (1 lipca 2004)

Share on FacebookTweet about this on TwitterShare on Google+Pin on PinterestShare on LinkedInEmail this to someone