Pamiętniki: Boys Don’t Cry

Jedno z pierwszych moich ‚muzycznych’ wspomnień wiąże się z zespołem The Cure. Bardzo je lubię i nadaję mu duże znaczenie i wpływ na moje późniejsze nastoletnie wybory.

Nie wiem dokładnie, który był to rok, ani ile miałem lat, pewnie były to okolice połowy podstawówki. Nie wiem też, ile w nim prawdy historycznej, a ile mojego dziecięcego ubarwionego wspomnienia, ale guzik mnie to obchodzi.

Jak co dzień, gdy tylko miałem wolny czas, szedłem pod blok mojego najlepszego przyjaciela Dominika, żeby stanąć pod oknem, z całych sił zawołać ‚Dooominiiik!!!’ i za moment iść kopać razem piłkę, pograć na kompie albo poczytać książki (to niesamowite, ale spotykaliśmy się by poczytać razem, każdy swoje, ale w jednym pomieszczeniu lub na klatce schodowej lub też zamiast mszy w kościele:)

Tym razem jednak coś się miało w tej pięknej monotonii mego życia odmienić i wpłynąć na całe późniejsze. Otóż pod blokiem, na trawie siedziała grupa dużo starszych chłopaków (byli 2-3 lata starsi ode mnie, ale wtedy wydawało się to wiecznością), ubrani w kolorowe ciuchy, całkiem inni niż świat dookoła.

Przyglądałem się im i przechodziłem obok i nagle jeden z nich zapytał mnie: ‚Kolego, czy masz może nożyczki?’
Oniemiałem, na moment straciłem oddech i zgodnie z prawdą odpowiedziałem, że idę kopać piłkę i niestety nie mam nożyczek. Nie pamiętam już w jakich okolicznościach to się stało, ale dowiedziałem się od nich, że są Cure’ami. W jednej chwili, w nagłym przebłysku i doświadczeniu świadomości totalnej, wiedziałem już: nie będę piłkarzem, nie będę tenisistą stołowym, to wszystko nic nie warte – będę Cure’em!

Jakiś czas później (może były to 2 godziny a może 2 miesiące), w miechowickim hi-fiku zakupiłem kasetę The Cure ‚Boys Don’t Cry’. Zostałem Cure’em – na jakiś czas oczywiście, bo szybko okazało się, że nie na samych Cure’ach świat stoi….

Jacek Poroszewski

Share on FacebookTweet about this on TwitterShare on Google+Pin on PinterestShare on LinkedInEmail this to someone