Pamiętniki: A Chain of Flowers

Moja przygoda z zespołem The Cure rozpoczęła się dosyć niedawno – niestety nie miałam okazji słuchać, tak jak wielu na tym forum, audycji Piotra Kaczkowskiego w Trójce, jednakże okoliczności natrafienia przeze mnie na ten zespół również są dosyć nietypowe… Pojechałam do Torunia na wycieczkę szkolną.

Po zobaczeniu tam wszystkich, jakże wspaniałych zabytków architektury Starego Miasta, które można rzec oczarowało mnie swoim pięknem, nauczyciele dali uczniom chwilę na zakup pamiątek czy też zjedzenie szybkiego obiadu. Kiedy większość moich kolegów zajadała się tamtejszymi słynnymi piernikami, ja wyruszyłam na jeszcze jedną, tym razem samotną przechadzkę wokół Ratusza. Wtem zobaczyłam niezwykłe miejsce, którego widok sprawił, że pędem ruszyłam w tamtą stronę – targ staroci. Oglądałam przecudne staromodne lampy i zegary oraz wdychałam zapach starych książek. Wreszcie trafiłam na stoisko z płytami – było tam wszystko czego dusza zapragnie – Queen, David Bowie, nawet stary dobry Krzysztof Krawczyk.

Zaintrygowała mnie jednak płyta z czarną okładką i tajemniczą zamazaną fotografią – „Pornography”. The Cure znałam jedynie z piosenki „Lullaby’’, która wywarła na mnie pozytywne wrażenie, tak więc pchana ciekawością co do pozostałych poczynań grupy zakupiłam „Pornography’’. Po powrocie do domu uruchomiłam płytę i… to było to, czego tak długo szukałam. Z gęsią skórką przesłuchałam wszystkie utwory, a „Cold” to dla mnie prawdziwe cudo z tym tekstem „Your name like ice into my heart…”. Potem przyszła kolej na pozostałe płyty zespołu, min. „Seventeen Seconds”, „Faith” i w końcu „Kiss me, Kiss me, Kiss me” – to był dla mnie prawdziwy szok, no bo jak wystrojeni na czarno kolesie z tapirem na głowie mogą grać coś tak radosnego? Jednak po jakimś czasie osłuchałam się z płytą, która stała się dla mnie lekarstwem na wszelkie smutki.

Dla mnie „The Cure” jest jak… lep na muchy – posłuchasz i nie możesz się oderwać, wpadasz w pułapkę swojego umysłu, który każe ci katować po raz setny „Disintegration”. Muzyka tego zespołu jest też dla mnie azylem, dzięki któremu mogę ukryć się przed nieprzyjaznym światem , uciekając do „Lasu” albo do „Wiszącego Ogrodu’’. To jest właśnie The Cure w mojej osobistej definicji. Chłopaki mają ciekawy wygląd i tworzą wokół siebie fajną aurę tajemniczości, jednakże to ich muzyka jest dla mnie najważniejsza. Jeszcze przede mną długa muzyczna podróż z „Trzema wyimaginowanymi chłopcami’’, na której myśl czuję ciarki na mym ciele. Kto dobrnął do końca mych wywodów, temu dziękuję.

Novacaine

 

Share on FacebookTweet about this on TwitterShare on Google+Pin on PinterestShare on LinkedInEmail this to someone