Pamiętniki: Ostatni dzień lata

Przez moje uszy przewinęło się wiele rożnych dźwięków. Słuchałem muzyki bardzo różnej. Od bluesa po techno… ale nic nie ujęło mnie tak jak The Cure.

Nigdy nie zapomnę tego dnia kiedy to pewnego pięknego słonecznego dnia i włączyłem komputer. Nagle z głośników poleciały jakieś bardzo dziwne dźwięki. Podniosłe ale zarazem mające w sobie coś takiego, cos takiego co po prostu jest trudno opisać, cos niesamowitego. To było moje pierwsze spotkanie z The Cure.

Zawsze uważałem ich za jakiś dziwaków, błaznów którzy robią z siebie kretynów. Jako mały chłopiec nigdy nie lubiłem, jak mój brat sobie ich puszczał przez dużą wieże gdy nie było rodziców a cały regulator, lecz te owe dźwięki mnie ujęły. Zostawiłem temat w spokoju. Tak było do czasu gdy Adam- mój brat przyniósł do domu singiel (ten radiowy) „The Last Day Of Summer”. To było coś niesamowitego… te dźwięki… Po prostu nie mogłem uwierzyć w to ze taka nieprawa kapela jak The Cure może nagrać cos tak skomplikowanego pod każdym względem.

Poprosiłem go o przyniesienie mi dyskografii zespołu. To co usłyszałem zwaliło mnie z nóg na dobre parę tygodni. Zdołowałem się tym ze wcześniej nie udało mi się ich odkryć. Siedziałem zamknięty w pokoju słuchając każdej płyty po kolej aż w końcu nadszedł 14 lutego… „Kwiatki” nie były niesamowite, one po prostu były jak 1 do 1000000000000000 i tak zaczęła się moja pasja – The Cure.

Są oni dla mnie teraz nie tylko wypełnieniem wolnego czasu ale także sposobem na życie i należy współczuć tym którzy ich nie znają.

Kamil

Share on FacebookTweet about this on TwitterShare on Google+Pin on PinterestShare on LinkedInEmail this to someone