Pamiętniki: Pozytywny mrok

Nie będę zbyt oryginalna , jeśli przyznam iż cure’ową wariacja-fascynacja rozpoczęła się od albumu „Disintegration” , ale tak właśnie było i był to jednocześnie najszczęśliwszy przypadek moich szkolnych lat. Bo cóż może zrobić zagubiona nastolatka, kiedy ma wszystkiego po dziurki w nosie marudzącej mamuni, nauczycieli, którzy to czepiają się „tchórza” przez „ż”, szarej , przybitej rzeczywistości itp. , itd. ….?

Ano wtedy to szuka się ucieczki w inny, lepszy świat, może trochę tajemniczy i nieznany ale hm… wciągający. Przejdę od razu do konkretów – w świat , którego reguły ustanawia postać nieprzeciętna, o niezwykłej powierzchowności, której aparycja wzbudziłaby zapewne niemały wstrząs wśród wypacynkowanej elity paryskich projektantów mody. Ale nie o prezencję fizyczną pana Smith’a tu biega, o jego przykuwającą wzrok krwistoczerwoną szminkę, czy pająkowate strąki na głowie. Nie!!!! Czy niebotyczny czar twórczości Cure nie wydobywa się aby z wnętrza najciemniejszych zakamarków duszy wokalisty, a jego śpiew nie nasuwa skojarzeń ze średniowiecznymi ceremoniami sakralnymi?

Wystarczy posłuchać „Faith”, potem maleńka dawka lekarstwa z „Pornography” i wszystko jest jasne, a może nie……..

Mój wstęp przypomina z lekka recenzję a miał być pamiętnik-naprawiam więc to pisarskie niedociągnięcie.
Tak więc pierwsze dźwięki Cure’owej fali wydobyły się ze starego „jamnika-
panasonica”, kiedy to byłam na etapie siódmej klasy podstawówy i nie miałam zielonego pojęcia o tym jakie życie potrafi być bagniste, co miało nastąpić później.

Śmiało stwierdzam, że to właśnie w takich dobijających chwilach kiedy człekowi nasuwały się najgłupsze myśli a ludzka egzystencja okazywała się przysłowiowym papierem do ….,naciągało się słuchawki na kłapouchy i nuciło wraz z Robem: „Walcz, walcz nie płacz mimo bólu..”. Czy pomagało?? Jasne!!!! Momentalnie czuło się napływ Bergson’owskiej „elan vital”.
Tak jest nadal, co tu kryć!! Na czym więc polega urok tego bandu? Ano przede wszystkim na wysmakowanych, niczym barokowe dzieła literackie tekstach, monumentalnej sile dźwięku oraz perfekcyjnym wykonaniu poszczególnych -nie mam zamiaru się hamować- arcydziełek melodyjnych.
Dla mnie wszystko co stworzył Rob i jego świta to nie tylko muzyka-to za mało powiedziane, bo Cure to :narkotyk (uzależnia- lecz przyjemnie), medykament (na każdą dolegliwość egzystencjonalną), oraz moralitet (znakomity środek wychowawczy).

O tej muzie nie da się tak po prostu zapomnieć, nie da się od niej uciec, towarzyszy bowiem wrażliwym personom podczas najdotkliwszych upadków i najwspanialszych wzlotów, czyli właściwie niczym prawdziwy przyjaciel (jeśli już mam metaforyzować).
Na czym to zjawisko polega? Stoisz na przystanku autobusowym zmarznięty na amen, jakaś kobieta pokłada swojego dzieciaka po tyłku a ty śpiewasz w myślach: „Świat nie jest dobry ani zły”, albo kiedy innego dnia ogarnie cię Baudelaire’owski spleen , włączysz swój sprzęt by usłyszeć: „No wstawaj, wyjdź, zabaw się”, po chwili zdajesz sobie jednak sprawę że jesteś zupełnie sam na tym parszywym świecie, z opuszczoną głową cicho wyrażasz pragnienie: „Gdybym tylko mógł napełnić serce miłością”, by wreszcie w totalnym bezładzie i poczuciu nicości wykrzyczeć: „Jeszcze jeden taki dzień jak ten i zabiję się” i naprawę zginąłbyś choćby „za jeden pocałunek”. Jednak nagle niebiosa zsyłają ci upragnione drżenie serca, kochasz i jesteś kochany , razem „przytuleni do siebie w milczeniu” przemierzacie plażę , a Ty prosisz: „Tak bardzo chciałbym dotknąć nieba tej nocy”. Nie wiesz co stanie się jutro, czy inni nie odwrócą się od Ciebie plecami i odejdą w zapomnieniu, ale jesteś pewien, że masz ‚coś’ swojego, ‚coś’, do czego będziesz zawsze mógł powrócić, z czego będziesz mógł czerpać siły i co pozwoli ci znosić trudy dnia codziennego. Tym ‚czymś’ jest właśnie muzyka The Cure.

Nie! Ja tu nie opiewam mitycznych bohaterów, nie stawiam na piedestale Smith’a i jego drużyny, lecz przyznam szczerze-składam mu z całym szacunkiem patetyczny hołd osobistej wdzięczności , dziękując za całe mnóstwo niezapomnianych doznań kompozycyjnych, za wypełnienie pustki w sercu i umyśle, za … muzykę przez duże M.

Bo Cure to nie tylko ‚jakaś tam grupa rock’owa’, to niełatwa w percepcji sztuka, filozofia istnienia, to wreszcie miłość i … całe moje życie!!!!!!!!!!!

A takich jak ja jest więcej, to chyba ma duże znaczenie…

Kinga Baranek

„Pamiętniki” to historie opowiedziane przez Was o tym, jak poznaliscie muzyke The Cure, towarzyszace temu uczucia lub zwiazane z tym anegdoty. Zachecam do przysylania kolejnych na adres: marcin.marszalek@gmail.com

Share on FacebookTweet about this on TwitterShare on Google+Pin on PinterestShare on LinkedInEmail this to someone