Pamiętniki: Standing on a beach

Końcówka lat 80-tych, okres thrash metalu w życiu młodego człowieka dobiegł końca, na horyzoncie pusto.. brak akcji, impas, the sun rises slowly on another day… Ale tylko muzycznie, bo LO to piękny czas, tym bardziej doceniany, im więcej lat mija… Czas pierwszej miłości, pierwszych znaczących wzlotów i upadków, ze wskazaniem na te pierwsze.

Młody człowiek, którego to jest historia, bardziej z obowiązku niż własnej chęci, wybrał się dnia pewnego na wycieczkę szkolną do małej miejscowości, może 4 przystanki PKP od jego miasta. Sadzić drzewka. Wziął ze sobą oczywiście walkmana, bardziej z przyzwyczajenia, niż potrzeby, a może podświadomie coś przeczuwał? Nie dowiemy się nigdy.

Jeszcze w szkole, kolega , zapytany o coś do słuchania, dał mu kasetę. Nasz młodzieniec, bez szczególnego entuzjazmu przyjął ją, włożył do odtwarzacza i generalnie o niej zapomniał, wdawszy się w wir ożywionych dyskusji nt wyższości Atari nad Commodore…

Sadzenie drzewek przebiegło bez spektakularnych zwrotów akcji, pani wychowawczyni wyprawę w kajeciku odfajkowała, młodzież szkolna – bez oznak specjalnego zmęczenia, wsiadła do pociągu powrotnego. Dzień jak co dzień. Do czasu, kiedy konduktor zaczął sprawdzać bilety. Nasz młodzieniec odkrył nagle, ze bilet, który owszem miał, wziął i się zdematerializował. Przytaczając klasyka, im bardziej go szukał, tym bardziej go nie było. Dramat. I stacja. Konduktor zawiesza wykonanie kary i idzie odgwizdać opuszczenie stacji. Ta krótka chwila wystarczyła jednak, by młody człowiek szaleńczym pędem puścił się w odwrotnym kierunku i w ostatniej chwili wagon porzuciwszy w błękit soczysty wskoczył, serce swe radością napełniając. Po krótkiej euforii czas na zniżkę nastroju nadszedł – następny pociąg za godzinę. “Nic to” – pomyślał po chwili, przypominając sobie o walkmanie. Na bok odszedł, wzrok w zieleni zatopił, zapalił dla fasonu i słuchać zaczął.

Czy masz, czytelniku drogi, czasem takie chwile, kiedy nagle, bez ostrzeżenia, stajesz w obliczu magii? Kiedy czujesz, że się rozpływasz w spokoju i zachwycie, jak wędrowiec, co to lat wiele po obcych krainach wędrował i nagle z pagórka dom swój zobaczył? To się właśnie wtedy przydarzyło naszemu młodzieńcowi… stacja PKP zamieniała się w szeroką plażę, czarodziejskie arabeski dźwięków wirowały w powietrzu, pod niezmierzonym błękitem nieba.. w zaułki Kairu, puste pokoje, kuchnię po zmroku i podziemne przejścia… słów wszystkich jeszcze wtedy nie rozumiał, ale wiedział, że jest tam, gdzie jego miejsce. I nie był już tym samym młodym człowiekiem. Boys Don`t Cry.. yes, they do!

Zaraz potem odkrył Disintegration.. I wszystko, co wydarzyło się między tymi dwoma punktami.,. i na bieżąco doświadczał wszystkiego, co wydarzało się później…

I tak chodzi do dziś, w zachwycie, może włosy już nie te i swetry jakby mniej obszerne, ale z tym samym poczuciem, że jest w domu. A bilet oczywiście na drugi dzień się znalazł – w jednej z tych, wielokrotnie w pociągu przeszukiwanych, kieszeni.

 JTD

“Pamiętniki” to historie opowiedziane przez Was o tym, jak poznaliscie muzyke The Cure, towarzyszace temu uczucia lub zwiazane z tym anegdoty. Zachecam do przysylania kolejnych. Adres w zakładce KONTAKT.

Share on FacebookTweet about this on TwitterShare on Google+Pin on PinterestShare on LinkedInEmail this to someone