Perfekcyjny monolit

Od dawien dawna przymierzałem się do napisania recenzji tego albumu, ale każdorazowo miałem wrażenie, że to zadanie mnie przerasta, nie wiem od której strony zacząć rozkładać tenże krążek na czynniki pierwsze. Do tej pory to przeświadczenie ima się mnie, ale trzeba wziąć poprawkę na fakt, że The Cure jest zespołem wyjątkowym i niepodrabialnym, posiadającym swój nie dający się jednoznacznie zaszufladkować styl.

Dla wielu The Cure jest ojcem chrzestnym gothic rocka, dla innych zwykłym rockowym zespołem. Nieważne jednak, do której grupy go zaliczymy, bo prawdziwy jest fakt, że „Disintegration” jest albumem wykraczającym daleko poza ramy gatunku. Jest to też album, który z każdym kolejnym przesłuchaniem coraz bardziej wciąga, czaruje słuchacza swoją magią. Omawiane tutaj wydawnictwo, to kopalnia emocji, smutku, nostalgii. Jest to miejsce, gdzie tęsknota spotyka się z rozpaczą, gdzie nieśmiała radość skrycie emanuje poprzez szarugę posępnych dźwięków. Nie ma sensu wgłębiać się w technikę muzyków, gdyż nie stanowi ona tutaj jakiejkolwiek wartości.

Nie ma tutaj popisów instrumentalnych i fajerwerków technicznych. Priorytetową rolę odgrywają tutaj nastrój oraz konstrukcja samych kompozycji – każda z nich jest inna, ale album jako całość stanowi perfekcyjny monolit. Na płycie znajdziemy żywsze kawałki w postaci „Pictures Of You”, „Lovesong” czy „Fascination Street”, patetyczne „Disintegration” czy „Plainsong” jak i zimne i mroczne „Prayers For Rain”, „Last Dance” czy prawdziwy monument w postaci „The Same Deep Water As You”. W każdym z tych utworów emocjonalny, rozpaczliwy wokal Roberta Smitha stanowi dodatkowy instrument kreujący i potęgujący nasze doznania.

„Disintegration” jest dziełem doskonałym, kamieniem milowym muzyki rockowej, ale także encyklopedią emocjonalnego grania. Niewielu zespołom w późniejszych latach udało się wykreować taką dawkę uczuć. The Cure nagrał album, którego nigdy potem nie potrafił przebić poziomem. Każda nuta na tym krążku to nieodzowny element utworu. Płyta obowiązkowa, która powinna się znaleźć w każdej szanującej się zarówno rockowej jak i metalowej kolekcji.

Autorem recenzji jest Harlequin.

Share on FacebookTweet about this on TwitterShare on Google+Pin on PinterestShare on LinkedInEmail this to someone