Robert Smith dla Time Out: „Pewnego dnia wypadną mi włosy i już nie będę wyglądał jak got”

Poniedziałek, 11.06.2018, słynny magazyn Time Out – edycja londyńska – to kolejne miejsce, gdzie można było przeczytać wywiad z Robertem Smithem. Oto interpretacja tego wywiadu.

Robert Smith, wokalista The Cure, jest kuratorem tegorocznej edycji festiwalu Meltdown. Poniżej mamy zapis jego opowieści o składzie zespołów występujących na festiwalu, o makijażu, a także o tym jak on sam nigdy nie był gotem.

Mamy Światowy Dzień Gota (22 maja) – Smith ma na sobie makijaż po raz pierwszy od 18 miesięcy. „Nie noszę go zwykle” mówi wokalista i kompozytor, jedyny stały członek The Cure, „nie mogłem nawet znaleźć zestawu do makijażu żeby tu przyjechać”.

Przyjechać do Londynu, ponieważ Smith, który wychowywał się w West Sussex, mieszka od wielu już lat w cichym zakątku na południowym wybrzeżu. A żeby być jeszcze bardziej precyzyjnym, to wywiad odbył się w salce konfererencyjnej w Royal Festival Hall. Wokalista odkopał swoją szminkę i przyjechał tu ze względu na to, że jest obecnym muzycznym półbogiem – kuratorem corocznego festiwalu Meltdown, odbywającego się w Southbank Centre. Zadanie to wcześniej należało między innymi do Davida Bowie, Johna Peel’a, Patti Smith, a także do „Nemezis” Smitha z lat 80tych, czyli Morisseya.

Robert Smith znany jest z trzech rzeczy: makijażu, wielkiej szopy, a także pisania i śpiewania jednych z najpiękniejszych piosenek w języku angielskim. Zespoły, które wybrał do festiwalowego zestawu to między innymi Placebo, Nine Inch Nails, Deftones i My Bloody Valentine. To podstawa tego co nazwał „alternatywną muzyką pop”: genracją, którą zainspirowały i na którą wywarły wpływ popowe piosenki The Cure. Któż mógłby odmówić zaproszeniu wysłanemu przez gościa, który napisał „Boys don’t cry”?

Smith kontaktuje się z prasą właśnie z powodu festiwalu. To dopiero jego drugi wywiad w czasie ostatnich pięciu lat. Nie żeby był skryty. W sumie przeciwnie, jest rozmowny, wygadany, waleczny, nostalgiczny, a czasami nawet w sylu macho, mimo że jest lekko wyczerpany, ze względu na to, że wcześnie wstał. „To nie są moje godziny” ostrzegł „normalnie idę spać około 5/6 rano i wstaję około 13.00/14.00.”

Po części miałem nadzieję, że przyjdzie w białym dresie i ciemnych okularach, ale nie, gdyby nie głos, byłoby trudno odróżnić go spośród wielu naśladowców. Szminka? Jest. Eyeliner? Jest. Wielka szopa czarnych, lekko przyprószonych siwizną włosów? Oczywiście, że jest. Wielka czarna za duża koszulka, srebrne kolczyki, kryształowe branzoletki, wisiorek w kształcie serca… w zasadzie jest to bardzo w stylu Roberta Smitha. Niektórzy nazywają go nawet Ojcem Chrzestnym Gotów (The Gothfather). Nie żeby on nosił cokolwiek z powyższych…

Twój stosunek do słowa „got” jest bardzo ambiwalentny. Czy naprawdę masz coś z tym wspólnego?

Prawdę mówiąc nie bardzo. Przylgnęło do nas gdy kultura gotycka rodziła się. Grałem wtedy z Siouxsie and The Banshees, więc musiałem w tym brać udział. Kultura gotycka była rodzajem pantomimy dla mnie. Tak naprawdę nigdy nie traktowałem jej na serio.

Ale przecież jesteś symbolem tej kultury. Ostatnie 35 lat ubierasz się na czarno i nosisz makijaż!

To rodzaj gry teatralnej, część rytuału, który jest odgrywany na scenie. Jest to również spowodowane prozaicznymi przyczynami: mam nieregularną budowę ciała, nie wspominając już o tym, że jestem blady z natury. To znaczy nie w tej chwili, ponieważ wczoraj niestety zasnąłem na słońcu. Bardzo niegotycko.

A co z tymi wszystkimi Twoimi fanami, którzy się utożsamiają z kulturą gotycką?

Wiesz, że wszyscy goci, których spotkałem byli miłymi ludźmi? Jako subkultura, pełna jest cudownych ludzi. Ale nigdy nie lubiłem tego co jest klasyfikowane jako muzyka gotycka.

Gdybyś poszedł do prawdziwie gotyckiego klubu na pewno byś nie usłyszał tam „Lovecats”.

Na pewno nie. Gdy to wszystko się zaczęło chodziłem do klubu The Batcave (Mekki gotów) ze Stevem Severinem (z który grał w Siouxie and the Banshees, a także w projekcie The Glove). Ale byłem tam tylko parę razy i to głównie ze względu na to, że bar był otwarty do 2 w nocy.

Mieszkałeś wtedy w Londynie, prawda?

Tak, mieszkałem w Maida Vale przez parę lat w latach 80tych. Byłem na tyle młody, żeby to lubić, ale dla mnie życie w Londynie równało się pewnemu stylowi życia. Niezbyt zdrowemu. Gdy ie byliśmy w trasie, potrzebowałem jakiegoś bardzo cichego miejsca. Coś w stylu domu spokojnej starości. Ożeniłem się w 1988 roku i wyniosłem na południowe wybrzeże, gdzie ciągle jestem. Są pewne aspekty życia w Londynie, za którymi tęsknię: życie nocne, sfera kulturalna życia w wielkim międzynarodowym mieście. Ale nie zamierzam się tu przeprowadzać!

Czy gdy jesteś w mieście, oznacza że jesteś bardziej oblegany przez fanów?

W pewien sposób jestem na to przygotowany, gdy wychodzę na zewnątrz. Tam gdzie mieszkam, pozbyłem się tego ciągłego uważania na kogo mogę się natknąć, ponieważ już wrosłem w ten teren. Ale czasami, gdy chcę coś zobaczyć, być częścią widowni, jest to dla mnie trudne. Kiedyś poszedłem z jednym z moich młodych (siostrzeńców i bratanków Smitha) do London Dungeon i stałem się elementem rozrywki. W pewien sposób stałem się częścią show.

Pomówmy o Meltdown. Czy byłeś wcześniej na którymś z występów w ramach festiwalu?

Byłem gdy David Bowie był kuratorem (w 2002 roku). Widiałem wszystkie jego występy. Widziałem również występ Trickiego. Wtedy kuratorem był… Jestem okropny… Gostek reagee – nosi kapelusz z folii aluminiowej…

Lee „Scratch” Perry?

Tak! to właśnie on. Widziałem Trickiego właśnie na jego festiwalu. To były najdziwniejsze kulisy za którymi byłem. Dym można było ciąć nożem. Tak wię owszem, byłem na paru festiwalach i teraz jestem zaszczycony, że mogę sam go tworzyć.

Czy czujesz się dziwnie robiąc coś solo, a nie jako The Cure?

Nigdy nie robiłem niczego tak publicznego sam. Nie jest tak jak chciałem, żeby było, to miał być Meltdown The Cure. Ale mniej więcej w tym samym czasie załatwialiśmy koncert w Hyde Parku, a oni bardzo nalegali na to, żeby mieć wyłączność. Z tego względu Meltdown jest pod moim szyldem. W sumie dobrze wyszło, bo tworzenie festiwalu przez 5 osób było by niezmiernie trudne i niepraktyczne. My się nawet nie zgadzamy czego słuchać w autobusie gdy jesteśmy w trasie.

Wiele z zespołów, które wybrałeś są mniej więcej z tego samego okresu i z tego samego gatunku. Czy to było celowe działanie?

Nie chciałem, żeby to był festiwal dla wszystkich. Słucham wielu zespołów i żaden z nich nie mógłby się znaleźć na Meltdown – gdybym chciał je wszystkie przedstawić wyszdłby niezły misz-masz. Tak więc ograniczyłem się jedynie do zespołów, które świetnie brzmią na żywo. Zawsze bardziej mi się podobała muzyka pełna emocji, a te zespoły mają swoje serca na wierzchu.

Są również zespoły popularne.

Sprawdziłem na Wikipedii pozostałe zestawy zespołów i stwierdziłem, że będę mierzył wysoko. Moje pierwsze zaproszenie powędrowało do Rolling Stones, ale mi odmówili. Ale pozostałe zespoły z mojej listy wyraziły zgodę. Czuję się przez nie wyróżniony.

Zapowiedziałeś zespół Frightened Rabbit na miesiąc przed tragiczną śmiercią ich wokalisty – Scotta Hutchinsona. Jak się z tym czujesz?

To naprawdę okropne. Byli jednym z zespołów, które bardzo chciałem zobaczyć. Słucham ich od 10 lat. Nigdy ich nie spotkałem, ale czuję jakbym ich znał przez głos Hutchinsona.

Słyszałem, że chcesz obejrzeć wszystkie zespoły, które zaprosiłeś. Czy to jest możliwe?

Teoretycznie jest to mozliwe. Nie wiem czy to jest fizycznie i umysłowo możliwe, ale spróbuję. Jak będę się czuł w szóstym dniu? Nie wiem.

A co planujesz na swój występ – Cureation 25?

Występ który przygotowuję na ostatnią noc to będzie coś zupełnie innego od tego co od dłuższego czasu robiłem. Na stronie ktoś umieścił informację, że publiczność powinna stać. Stwierdziłem, chwileczkę! ja tu przygotowuję coś naprawdę depresyjnego. Hyde Park to typowy festiwal. Meltdown to będą dwie godziny deprechy. Najprawdopodobniej nie zagramy żadnego wielkiego hitu.

Czy spodziewałeś się, że mając prawie 60 lat będzie ciągle grał koncerty?

Nie, gdybym kiedykolwiek świadomie zamierzał być zespołem numer 1 i ciągle walił głową w ten szczególny mur, mam nadzieję, że byłbym już martwy. A jeżeli nie byłbym martwy, to musiałbym być idiotą. Wszystko poszło tak jak chcialem – chciałem być artystą. To jest całkiem samolubne. Wszystko cokolwiek zrobiłem z The Cure jest egoistyczne. Mam tylko jedno życie i chcę robić rzeczy, które mi sprawiają satysfakcję. W każdym razie, pewnego dnia wyłysieję i zupełnie nie będę wyglądał jak got. Tak więc cierpliwości.

Link do oryginalnego wywiadu

Share on FacebookTweet about this on TwitterShare on Google+Pin on PinterestShare on LinkedInEmail this to someone