Punkowa estetyka

Znakomicie słucha się tej płyty po latach. Zwłaszcza gdy wiadomo, jaką muzyczną drogą podążył Robert Smith wraz z The Cure. Three Imaginary Boys to jeszcze bardzo surowe granie. Zimne, chłodne, ocierające się niekiedy o punkową estetykę, choć Smith w wywiadach twierdził, że z punkiem nie miał nic wspólnego. Gdybyśmy sami wyprodukowali tę plytę, mialaby całkiem inne brzmienie – przekonywał po latach. Byłaby znacznie łagodniejsza. I całkiem prawdopodobne, że nie miałaby takiej mocy.

Tak czy inaczej, wiele tu niemal punkowej zadziorności (Grinding Halt, It’s Not You). A także charakterystycznej dla punku naiwności. Kompozycje są zazwyczaj bardzo proste, oparte na dwóch, trzech akordach (Accuracy, Meathook, Fire In Cairo). Oszczędnie zaaranżowane (trzyosobowy skład). Raczej wykrzyczane, wyskandowane (Grinding Halt) niż zaśpiewane (charakterystyczny tembr głosu Smitha objawi się dopiero na Seventeen Seconds). Mamy więc na wpół szeptaną melorecytację w przesyconym aurą grozy Subway Song. Ale też (jednak!) urokliwą kantylenę (Fire In Cairo). Pojawienie się w tym zestawie zwariowanej, niezwykle szybkiej wersji hendrixowskiej Fory Lady nie jest przypadkiem; to zapewne młodzieńczy hołd dla wybitnego gitarzysty (Smith miał okazję jako dzieciak być na jego koncercie). Ale dopatrzyć można się też nawiązań do The Rolling Stones (riff w 1o:15 Saturday Night) czy The Kinks (Meathook, So What), a nawet elementów reggae (Meathook, Fire In Cairo).

Oczywiście na Three Imaginary Boys pojawiają się zalążki dojrzałej cure’owej estetyki. Piosenkami, które lubiliśmy najbardziej, były „Three Imaginary Boys”, „Accuracy” i „10:15 Saturday Night” – wspominał w dwa lata po debiucie The Cure Smith. Gdybyśmy je rozbudowali, spokojnie mogłyby znaleźć się na „Seventeen Seconds”… Otwierająca całość, genialnie narastająca 10:15 Saturday Night to pełna uroku i melancholii opowieść dźwiękowa o rozstaniu z dziewczyną. Podobne wrażenie robi przesycony aurą rozczarowania, cudownie monotonny utwór tytułowy. Krótkie, przesterowane solo gitarowe potęguje w nim ten jakże piękny, charakterystyczny dla przyszłego The Cure nastrój zniechęcenia…

Kilka miesięcy później płyta pojawiła się na rynku amerykańskim w innej okładce i pod zmienionym tytułem Boys Don’t Cry. W tej wersji wzbogacono ją o singlowe piosenki Killing An Arab, Boys Don’t Cry i Jumping Someone Else’s Train, a okrojono choćby o wspomnianą hendrixowską Foxy Lady.

Grzesiek Kszczotek
Recenzja ukazała się w miesięczniku Teraz Rock.

Share on FacebookTweet about this on TwitterShare on Google+Pin on PinterestShare on LinkedInEmail this to someone