Robert Smith: „Jestem za stary dla fanów, żeby mogli się ze mną utożsamiać.”

W roku 2000 w miesieczniku Machina ukazal sie wywiad z Robertem Smithem…

„Machina”: Co zadecydowało o powstaniu pierwszej od 4 lat płyty The Cure?
Robert Smith (The Cure): Właściwie jeden tydzień, w kwietniu 1998 roku, około moich 39 urodzin. Dużo wtedy piłem, ale też napisałem wiele utworów, między innymi „Out Of This World”, „Watching Me Fall” czy „39”. Kiedy byłem pewien, że są to dobre utwory, zebrałem zespół i weszliśmy do studia, a nagrywanie poszło nam bardzo szybko. Podczas tej sesji chciałem, żeby zespół zdawał sobie sprawę, że w zamierzeniu jest to ostatnia płyta The Cure. Chciałem, żeby był to nasz najlepszy album.

„Machina”: Siouxsie i Budgie (eks-Siouxsie And The Banshees) nagrali swój kolejny album jako The Creatures. Czy myślałeś o wznowieniu pracy z ich dawnym partnerem, Stevem Severinem, jako The Glove?
– Nie jestem pewien, czy powtórzenie tych „wakacji” byłoby równie dobre jak niegdyś. Ze Stevem trochę korespondujemy, ale tak naprawdę nie widzieliśmy się od kilku lat. Dostałem też od niego jego nowy album, który jest dostępny tylko przez Internet. W mojej naturze jest powracanie do osób, z którymi pracowałem. Najlepszym przykładem jest fakt, że w tym roku zacząłem rozmawiać z Laurencem (Tolhurstem – długoletnim członkiem grupy, wyrzuconym przez Roberta z The Cure w 1988 roku – przyp. aut.). Jestem pewien, że kiedyś znów „zejdziemy się” ze Stevem i nagramy kolejny wspólny album. Ale takich rzeczy się nie planuje, to się dzieje spontanicznie.

„Machina”: Byłeś wielkim fanem Alexa Harveya, za którym jeździłeś po całej Wielkiej Brytanii. Co dzisiaj myślisz o swoich fanach, którzy upodabniają się do ciebie poprzez makijaż czy fryzurę?
– Rozumiem ten typ psychiki, bo sam mam taką. Trudne jest jednak dla mnie to, że sam stałem się osobą, na której inni się wzorują. Kiedy podróżowałem za Alexem Harveyem, nie chciałem być Alexem Harveyem, tylko żeby wszyscy wiedzieli, że jestem jego fanem. Dlatego nosiłem koszulkę z logo jego zespołu. Nie chciałem być nim choćby dlatego, że on miał około 40 lat, a ja jakieś 15. To samo dotyczy fanów The Cure. Po prostu jestem dla nich za stary, żeby mogli się ze mną utożsamiać.

„Machina”: Jak ważny jest dla ciebie image The Cure?
– Zawsze odgrywał pewną rolę w tym, co robiliśmy, ale nigdy nie była to sprawa najważniejsza. Myślę, że to wszystko, co dotyczyło naszego image’u, było „rozdmuchane” przez media, bo jest to łatwy temat do rozpisywania się. Mój wygląd został określony wiele lat temu i nie zmienia się. Dlatego łatwiej pisać o moim wyglądzie, który jest niezmienny, niż o naszej muzyce, która zmienia się co jakiś czas.

„Machina”: Spędziłeś większą część swojego życia w The Cure. Jak ważny jest zespół dla ciebie teraz, po tylu latach?
– Wszystko, co wiąże się z zespołem, jest dla mnie bardzo ważne, bo zdefiniowało to większość mojego dorosłego życia, aż do dzisiaj. Nie mogę powiedzieć, że The Cure teraz mniej znaczy w moim życiu, ale pojawiło się dużo nowych rzeczy, które są dla mnie ważniejsze. Wszystko, co do tej pory robiłem, było oparte na instynkcie i tak jest do dzisiaj. Zaraz po zakończeniu trasy Dream Tour nie zacznę się martwić, co grupa będzie robiła dalej, ale wezmę 2 miesiące wolnego, dokończę swój solowy album i będę uczył się nowych rzeczy. To jest właśnie ten luksus, na który mogę sobie teraz pozwolić.

„Machina”: Nagrałeś wiele albumów, zagrałeś setki koncertów, jesteś popularny na całym świecie. Czy masz jeszcze o czym marzyć?
– Moją ambicją jest komponowanie muzyki filmowej. Chciałbym móc współpracować z naprawdę dobrymi reżyserami nad interesującymi filmami, niekoniecznie nad wielkimi hollywoodzkimi produkcjami. Mógłbym wówczas pracować w domu, z ludźmi, których lubię, i nie musiałbym się martwić o aspekt wykonawczy, tylko mógłbym skupić się wyłącznie na muzyce.

„Machina”: Słyszałem, że mieszkasz niedaleko Bath, gdzie nagrywaliście swój poprzedni album. Znajdujesz czas na odwiedzanie swojego rodzinnego domu w Crawley?
– Oczywiście, przecież tam mieszkają moi rodzice. Kiedy nie jestem w trasie koncertowej, przyjeżdżam do nich raz w tygodniu. Crawley nie jest najpiękniejszym miejscem, tak naprawdę jest okropne (śmiech). Gdyby moi rodzice tam nie mieszkali, to nigdy bym Crawley nie odwiedził.

„Machina”: Czy masz tam wciąż swój pokój, w którym możesz schować się przed światem?
– Tak. Prawdę mówiąc, jestem jedynym z czworga rodzeństwa, którego pokój nie został zmieniony przez te lata. To chyba oznaka szacunku, jak sądzę (śmiech).

„Machina”: Kto jest twoim ulubionym pisarzem i czy poezja Rimbauda i Baudelaire’a miała wpływ na teksty piosenek na albumie „Bloodflowers”?
– Literatura miała mniejszy wpływ na „Bloodflowers” niż na jakąkolwiek inną płytę, którą nagrałem w ciągu ostatnich 10-12 lat. Starałem się ze wszystkich sił, żeby teksty zawarte na tej płycie były moim głosem. Pisałem od siebie i nie chciałem używać czyjegoś języka. Nie czytałem dużo, kiedy nagrywałem ten krążek, patrzyłem w głąb siebie. Moim ulubionym autorem jest Marvyn Peake, ponieważ wiele mi dał, kiedy byłem młody. Drugim jest australijski pisarz Patrick White, on jest fantastyczny. Na wielu albumach literatura odgrywała znaczącą rolę, na przykład na Wish. Bardzo często wykorzystywałem cudze myśli. Jeśli chodzi o „Bloodflowers”, to jedyną piosenką odwołującą się do literatury jest „Where The Birds Always Sing”.

„Machina”: Podobno interesujesz się Internetem. Czego zwykle szukasz „surfując” po Sieci?
– Trudno powiedzieć. Często są to rzeczy przypadkowe. Kiedy czytam jakiś magazyn i znajduję tam jakiś adres internetowy, to po prostu wyrywam tę stronę i kiedy siadam do komputera, wówczas wpisuję ten adres i od niego rozpoczynam surfowanie. Tak samo jest, jeśli ktoś w wywiadzie wymieni jakąś stronę www, wtedy również tam zaglądam. Jednak 50% czasu, które poświęcam Internetowi, to po prostu szukanie odpowiedzi na różne pytania, które sobie zadaję. I piękne jest to, że po 30 sekundach mam na nie odpowiedź.

„Machina”: W piosence „There Is No If…” śpiewasz: „Pamiętam, kiedy pierwszy raz powiedziałem ci, że cię kocham… „. Czy pamiętasz, kiedy pierwszy raz powiedziałeś: „Kocham cię” do swojej żony – Mary?
– Pamiętam. Prawdę mówiąc, pierwsze cztery linijki tej piosenki napisałem, kiedy byłem jeszcze nastolatkiem. Trzymałem je przez 25 lat i kiedy nagrywałem kolejną płytę zastanawiałem się, czy mam dokończyć tę piosenkę. Jednak dopiero teraz doszedłem do wniosku, że nadszedł czas, żeby to zrobić. Dla mnie jest to najbardziej przygnębiający utwór na „Bloodflowers”. Ponieważ nie ma w nim nadziei. Również dla mnie… (dobrze poinformowane źródła podają, że związek Roberta z Mary się rozpadł – przyp. red.)

„Machina”: Co pamiętasz ze swojej pierwszej wizyty w Polsce, w ’96 roku, i czy ostatni twój pobyt tutaj bardzo się od niej różnił?
– Z pierwszej wizyty pamiętam głównie to, że było zimno i padało. Pamiętam też, że konferencja prasowa była w pewnym sensie… dziwna. Cały pierwszy pobyt był szybki i intensywny. Nasza wizyta była też niepotrzebnie „nadmuchana”. O wiele bardziej wolę drugą wizytę. Sądzę, że również z tego względu, że przybyliśmy dzień przed koncertem, mogliśmy spokojnie zjeść obiad, odpocząć. Tym razem mogłem na spokojnie porozmawiać z wieloma osobami… Jeśli chodzi o sam koncert, to myślę, że teraz dobór piosenek był lepszy i ich wykonanie również.

Rozmawiał: Azyl

Share on FacebookTweet about this on TwitterShare on Google+Pin on PinterestShare on LinkedInEmail this to someone