Robert Smith kończy dziś 54 lata

Robert Smith kończy dziś 54 lata. Urodził się 21 kwietnia 1959 roku w Blackpool w Wielkiej Brytanii.

Tak wspomina młodzieńcze lata w Crawley, gdzie się wychował…

“Wiem, że to może brzmi paradoksalnie, ale w dużej aglomeracji, gdzie bardzo wiele się dzieje, może być trudniej. Bo tam jesteś konsumentem. Nic nie popycha cię do podejmowania działań. Londyn oddalony był o godzinę pociągiem, więc ja i moi nastoletni rówieśnicy jeździliśmy raczej w drugą stronę, nad morze do Brighton. Było bliżej i taniej. Do Londynu zacząłem jeździć, gdy miałem 17 lat, gdy zaczął się punk. I tez nie do samego miasta, ale na jego południowe obrzeża, do Croydon. Londyn nigdy nie był dla mnie pociągający. Nie miałem nigdy takich myśli jak inni muzycy, że do tego miasta trzeba pojechać, bo tam się wszystko zaczyna. Jeśli chciałem zobaczyć czyjś koncert, mogłem zrobić to w Brighton. To był obowiązkowy przystanek każdego znanego zespołu. A tam łatwiej nam było dojechać.

(…) Mój brat, 10 lat jest odemnie starszy, siostra 8 lat, więc oni słuchali bez przerwy muzyki. The Beatles, The Rolling Stones, Jimi Hendrix, Creem i Alex Harvey całą muzykę lat 60. Szczególnie ta psychodeliczna, ona otaczała mnie już od dzieciństwa. Tą moją muzykę… odkryłem mając 12-13 lat to N. Glam, David Bowie… Miałem chyba 13, kiedy poszedłem na pierwszy koncert. To był występ The Machavis Orchestra. A w tydzień później byłem na koncercie R. Gallaghera, potem Thin Lizzy, The Rolling Stones, David Bowie. Tak, to było tournee Station To Station. Ciekawe… nigdy nie odbierałem siebie, jako wielbiciela gitar. Chociaż występ Thin Lizzy, był bardzo gitarowy. Ale pamiętam jakie wrażenie zrobił na mnie występ skrzypka. Joan LePointe. Byłem na jego koncercie. Słucham bardzo wielu różnych wykonawców. Chyba nie było wśród nich nikogo, ani żadnego stylu, nie wyróżniając specjalnie. No może z wyjątkiem Carlosa Santany, którego nie lubiłem. Z bardzo prozaicznego powodu… był jeden chłopak w szkole, którego nie znosiłem a on uwielbiał Santane. Ale moim nieustannym idolem był Jimi Hendrix. Ciekawe, że nie z powodu gry, bo nigdy nie chciałem grać tak jak on, chciałem być taki jak on.

(…) Notre Dame to była szkoła, jedna z dwóch w Anglii, nowego typu średnich szkół eksperymentalnych, bardziej liberalnie podchodzących do programu edukacyjnego. Byłem jednym z pierwszych uczniów… moje pokolenie. Mieliśmy na przykład salę muzyki, w której było wiele różnych instrumentów i trzy lekcje w tygodniu mieliśmy z nauczycielem, który objaśniał nam te instrumenty, zachęcał do wspólnego muzykowania. Dziś myślę, że to miało wielkie znaczenie. Pokazało mi jak wielka radość może przyjść z muzyki, z muzykowania… szczególnie w grupie. I do tej chwili, tak myślę, bo do tej pory grałem sam dla siebie. A ta eksperymentalna szkoła spowodowała, że wszystko co zrobiłem zawodowo miało charakter grupowy. W tej naszej małej grupie, 10-11 letnich uczniów, która zostawała po lekcjach, żeby razem grać muzykę byli Michael Dempsey i Lol Tolhurst. Nie znaczy to, że nie było zespołów większych. Były… nawet 7- osobowe. Nasz pierwszy koncert z zespołem, naszą nazwą Malice, zagraliśmy w ostatnim roku na uczelni, w szkole. Było nas siedmioro na scenie. Porl Thompson był wtedy z nami. To, że po szkole zostało nas trzech oznaczało, że ze wszystkich, którzy robili wrażenie, myślę o muzykowaniu na serio, tylko nasza trójka myślała serio. Dla pozostałych było to raczej hobby, wspólne spędzanie czasu. A dla nas to była muzyka. To, że nie umieliśmy grać, nie oszukujmy się, byliśmy bardzo słabi. A już Laurence, nasz perkusista, po prostu beznadziejny. To spowodowało, że mniej musiało znaczyć więcej. Również było nas trzech bo nie było nikogo innego. Nie znaliśmy nikogo. No i pamiętaj o moim kochanym Jimi Hendrix Experience. To też był zespół 3- osobowy, a fantastycznie, potężnie brzmiał.”

Share on FacebookTweet about this on TwitterShare on Google+Pin on PinterestShare on LinkedInEmail this to someone