Robert Smith: Nie wierzcie we wszystko co powiem

Jeśli ktoś nie dotrwał do zapowiedzianej przez nas tuż po piątkowym koncercie konferencji prasowej nic straconego. W skrócie wyglądała następująco:

Robert Smith zapytany o plany kolejnej „Trylogii” – dziennikarz przytoczył tu słowa pożegnania „Do zobaczenia na kolejnych trzech” po koncercie w londyńskiej Royal Albert Hall – powiedział: „Nie wierzcie we wszystko co powiem”. Zobaczmy wiec co wyznał dalej: „Reeves Gabrels był jedyną osobą, która mogła godnie zastąpić Porla Thompsona” dodając przy tym, że „Najlepszym składem dla The Cure jest ten 5-osobowy”.

„Obecnie sprawia mi przyjemność przebywania w tym zespole, gdzie wszyscy się lubią, wspierają siebie na scenie i cieszą się tym wszystkim. Były już takie czasy w The Cure i to były najlepsze momenty w historii zespołu. Obecnie znowu tak jest. Po prostu korzystam z tych chwil i nie martwię się o przyszłość. Jestem w takim wieku gdzie nie powinienem już wybiegać zbyt daleko w przyszłość (…) Niczego nowego teraz nie promujemy. Po prostu gramy. To cudowne wychodzić na scenę i po prostu śpiewać i grać. To bez znaczenia, ze dzisiaj (20-07 przyp red) tez nie było niczego nowego. To nie jest zadanie dla mnie, kariera. Nie martwię się o to co będzie dalej.”

Teraz cofnijmy się do poprzedniego festiwalu we Francji. Przy okazji występu w Belfort 30 czerwca: „Zawsze lubimy grać we Francji. Zawsze była najlepszym z dwóch – razem z Hiszpanią, czasem Włochami – miejscem do grania dla nas. I patrząc z perspektywy tych 30 lat Francja jest naszym ulubionym europejskim krajem. Bardziej niż Anglia. Kiedy przyjechaliśmy tutaj w 1980 roku ludzie od razu nas polubili. Tak po prostu. I tak już zostało na lata. Graliśmy tutaj bardzo często. W Paryżu nagraliśmy singiel „The Love Cats” a cały album „Kiss Me Kiss Me Kiss Me” w Prowansji. Mieszkałem we Francji przez 8 miesięcy. Uczyłem się francuskiego w szkole. Czytałem Camusa po francusku. Myślę, ze jest w tym co robimy jakaś wrażliwość, która potrafi przyciągnąć właśnie francuską publiczność. Nie jesteśmy chyba aż tak bardzo angielscy.”

Na pytanie skąd się bierze muzyka The Cure? „Są dwie drogi z których ta muzyka powstaje. Większość, tak około 75% co The Cure robi pochodzi od mojej osoby, a pozostałe 25% najczęściej od Simona lub też kogoś innego z zespołu. I czasami były to świetne rzeczy. Ludzie zapominają, że The Cure to był zawsze zespół, mimo ze zmieniał się przez te wszystkie lata, ale to też dlatego, ze ci ludzie chcieli tez zmieniac swoje zycie robiac cos innego. Niektórzy z naszego otoczenia czasami nie rozumieja, ze mozna wydoroslec i sie zmienic. Ja sie zmienilem. Ale mam mozliwosc robienia tego kiedy chce, kiedy reszta w zespole musi podazac za mna. Jesli nie sa na to gotowi, po prostu odchodza. Ale muzyka jest podstawa tego co robimy. Bez niej zespol bylby niczym. Muzyka jest powodem dlaczego dzisiaj tutaj gramy, nie nasz wizerunek czy moja szminka.”

A czy The Cure to religia? „Absolutnie nie. Gdyby The Cure stalo sie religia nie chcialbym wiecej tego robic. Nienawidze religii. Wszelakich. Uwazam, ze religia jest zrodlem calego malkontenctwa i zidiocenia na swiecie. A sama wiara jest terrorem.”
Ale jest to tytul jednej z plyt The Cure? „Mialem wtedy 20 lat przyjezdzajac do duzego miasta. Wychowany w religijnej, katolickiej rodzinie juz jako 8-latek zdalem sobie sprawe, ze to bzdura. Zajelo mi to jednak sporo czasu by zmienic sposób myslenia i uwolnic sie od tych wszystkich aniolów i demonów. The Cure to nie religia. Wiem, ze mamy bardzo wielu oddanych fanów, ale to co innego. Moze to bardziej kult, nie religia.”

Co oznacza ‚2012. obywatele, nie poddani’ na gitarze Roberta Smitha? „To mówi troche o pograzaniu sie mojego kraju, mojej kultury, kiedy to uwaza sie za wydarzenie slub Williama i Kate i cale to panowanie Królowej. Bylem czescia punkowej rewolty celebrujacej ‚God Save The Queen’ majac nadzieje, ze to wszystko sie wkrótce zawali. Rok 1977. Srebrny jubileusz, to byl jeden z naszych pierwszych koncertów. Nie cierpie tej calej rodziny królewskiej. Tej calej idei monarchii, dziedziczenia, uprzywilejowania. To absurd. Co mnie wkurza to to, ze niektórzy których obserwuje od dawna, a którym zaoferowano tytuly szlacheckie, przyjmuja je stajac sie Lordami, „Sirami”. Szczerze to jesli bym kiedys – co oczywiscie nigdy sie nie stanie – mial dostapic tego zaszczytu ucial bym sobie reke. Bo jak oni moga osmielac sie wreczac mi honory. Jestem bardziej wartosciowy niz oni, ci którzy nigdy nic nie zrobili. Cholerni idioci. Powinienem zostac Królem!” (smiech)

I jeszcze ciekawostka sprzed kilku dni dotyczaca planów koncertowych na przyszly rok. Na pytanie o koncerty w Ameryce Poludniowej Robert Smith odpowiedzial: „Tak, planujemy tam pojechac. Zaraz po wielkanocy w przyszlym roku. Bedziemy w kazdym… no moze nie w kazdym kraju. Nie bedziemy grac w Ekwadorze, bo tam nikt nie gra. Zagramy w Brazylii, Urugwaju, Argentynie, Chile, Peru i Wenezueli. ”

Na koniec… „Utwór, który pomógl Ci przejsc przez zycie? „Ufff na ta chwile ‚Drive In Saturday’ Davida Bowiego. To utwór który chcialbym uslyszec wlasnie teraz….”

tłum. MM

Share on FacebookTweet about this on TwitterShare on Google+Pin on PinterestShare on LinkedInEmail this to someone