Robert Smith: Polska stała się częścią świata The Cure!

O Londynie, Brighton i Crawley…

„Wiem, że to może brzmi paradoksalnie, ale w dużej aglomeracji, gdzie bardzo wiele się dzieje, może być trudniej. Bo tam jesteś konsumentem. Nic nie popycha cię do podejmowania działań. Londyn oddalony był o godzinę pociągiem, więc ja i moi nastoletni rówieśnicy jeździliśmy raczej w drugą stronę, nad morze do Brighton. Było bliżej i taniej. Do Londynu zacząłem jeździć, gdy miałem 17 lat, gdy zaczął się punk. I tez nie do samego miasta, ale na jego południowe obrzeża, do Croydon. Londyn nigdy nie był dla mnie pociągający. Nie miałem nigdy takich myśli jak inni muzycy, że do tego miasta trzeba pojechać, bo tam się wszystko zaczyna. Jeśli chciałem zobaczyć czyjś koncert, mogłem zrobić to w Brighton. To był obowiązkowy przystanek każdego znanego zespołu. A tam łatwiej nam było dojechać.”

Piotr Kaczkowski: A takie zdjęcie, które masz. 6 lat i gitara w ręku. Czy to już wtedy wiedziałeś o tym?

„Mam takie zdjęcie. Oczywiście mam 6 lat, trzymam w ręku gitarę, którą dostałem od brata na Boże Narodzenie. Uczył mnie. Ze dwa miesiące. Ale przestał, gdy zorientował się, że jestem od niego lepszy. W ogóle myślę, że szczytem umiejętności w graniu osiągnąłem gdy miałem jakieś 12 lat. Tak. Chodziłem na lekcje dwa razy w tygodniu. Uczyłem się grać klasycznie. Byłem dobry. Te lekcje trwały jakieś dwa lata. Ale nigdy nie myślałem o sobie jako o gitarzyście. Teraz sięgam po gitarę, gdy chcę coś napisać. Ale myślę, że zawsze wiedziałem, że będę chciał tworzyć coś kreatywnego w muzyce. Ale nie było to związane z gitarą. Nie wyobrażałem sobie, że będę gitarzystą w zespole gdy dorosnę.”

PK: Czego słuchałeś?

„Mój brat, 10 lat jest odemnie starszy, siostra 8 lat, więc oni słuchali bez przerwy muzyki. The Beatles, The Rolling Stones, Jimi Hendrix, Creem i Alex Harvey całą muzykę lat 60. Szczególnie ta psychodeliczna, ona otaczała mnie już od dzieciństwa. Tą moją muzykę… odkryłem mając 12-13 lat to N. Glam, David Bowie… Miałem chyba 13, kiedy poszedłem na pierwszy koncert. To był występ The Machavis Orchestra. A w tydzień później byłem na koncercie R. Gallaghera, potem Thin Lizzy, The Rolling Stones, David Bowie. Tak, to było tournee Station To Station. Ciekawe… nigdy nie odbierałem siebie, jako wielbiciela gitar. Chociaż występ Thin Lizzy, był bardzo gitarowy. Ale pamiętam jakie wrażenie zrobił na mnie występ skrzypka. Joan LePointe. Byłem na jego koncercie. Słucham bardzo wielu różnych wykonawców. Chyba nie było wśród nich nikogo, ani żadnego stylu, nie wyróżniając specjalnie. No może z wyjątkiem Carlosa Santany, którego nie lubiłem. Z bardzo prozaicznego powodu… był jeden chłopak w szkole, którego nie znosiłem a on uwielbiał Santane. Ale moim nieustannym idolem był Jimi Hendrix. Ciekawe, że nie z powodu gry, bo nigdy nie chciałem grać tak jak on, chciałem być taki jak on.”

O Hendrixie…

„Wyobrażałem sobie, że on prowadzi takie niezwykle kolorowe i ekscytujące życie, którego ja prawdopodobnie nie zaznam. Byłem dzieciakiem przecież, chodziłem do szkoły, gdzie mówiono mi co trzeba a czego nie wolno. Moim udziałem były frustracje przy świadomości braku siły przebicia a on żył pełnią życia, tak jak ja bym chciał.”

PK: A czy to nie ojciec mówił ci wtedy: możesz zostać kim chcesz, nawet kosmonautą?

„Mówił mówił, ale kłamał. Żeby zostać kosmonautą, trzeba mieć naukowe przygotowanie. Generalnie jego podejście było uczciwe, może używając tych słów chciał po prostu swoim dzieciom powiedzieć: starajcie się dać z siebie wszystko, próbujcie żyć do pełna. Oczywiście to było dość radykalne podejście bo w tamtych czasach w mojej szkole, 14 letni uczeń stawał przed doradcą zawodowym , który na podstawie rozmowy określał kierunki jego szkolnego programu i ustalał plan dalszej kariery. Myślę, że ojciec chciał mi wtedy powiedzieć: nie przejmuj się tym, co oni dla ciebie ustalą, po skończeniu szkoły zdecydujesz sam. Tak to rozumiem. Dziś. Bo, gdy skończyłem szkołę oświadczyłem mu, że mam pomysł na zajęcie się muzyką… Przyjął to i dodał jeszcze: spróbuj, jeśli ci się nie uda, spróbujesz czegoś innego. To była dobra lekcja wychowawcza.”

O szkole…

„Notre Dame to była szkoła, jedna z dwóch w Anglii, nowego typu średnich szkół eksperymentalnych, bardziej liberalnie podchodzących do programu edukacyjnego. Byłem jednym z pierwszych uczniów… moje pokolenie. Mieliśmy na przykład salę muzyki, w której było wiele różnych instrumentów i trzy lekcje w tygodniu mieliśmy z nauczycielem, który objaśniał nam te instrumenty, zachęcał do wspólnego muzykowania. Dziś myślę, że to miało wielkie znaczenie. Pokazało mi jak wielka radość może przyjść z muzyki, z muzykowania… szczególnie w grupie. I do tej chwili, tak myślę, bo do tej pory grałem sam dla siebie. A ta eksperymentalna szkoła spowodowała, że wszystko co zrobiłem zawodowo miało charakter grupowy.”

PK: Ale grupa mała. Ale powiedziałeś kiedyś, że mniej musi oznaczać więcej…

„W tej naszej małej grupie, 10-11 letnich uczniów, która zostawała po lekcjach, żeby razem grać muzykę byli Michael Dempsey i Lol Tolhurst. Nie znaczy to, że nie było zespołów większych. Były… nawet 7- osobowe. Nasz pierwszy koncert z zespołem, naszą nazwą Malice, zagraliśmy w ostatnim roku na uczelni, w szkole. Było nas siedmioro na scenie. Porl Thompson był wtedy z nami. To, że po szkole zostało nas trzech oznaczało, że ze wszystkich, którzy robili wrażenie, myślę o muzykowaniu na serio, tylko nasza trójka myślała serio. Dla pozostałych było to raczej hobby, wspólne spędzanie czasu. A dla nas to była muzyka. To, że nie umieliśmy grać, nie oszukujmy się, byliśmy bardzo słabi. A już Laurence, nasz perkusista, po prostu beznadziejny. To spowodowało, że mniej musiało znaczyć więcej. Również było nas trzech bo nie było nikogo innego. Nie znaliśmy nikogo. No i pamiętaj o moim kochanym Jimi Hendrix Experience. To też był zespół 3- osobowy, a fantastycznie, potężnie brzmiał.”

PK: Czy dla ciebie tak jak dla wielu odbiorców, te utwory, które tak się układają (Join The Dots 1978-2001 przyp. MM) czy to dla ciebie też jest taka historia życia?

„Mówię często: To z czasów Faith, albo to z czasów Kiss Me. Chociaż to nie do konkretnych utworów się odwołuję, ale do tego, co wydarzyło się w danym okresie. Mogło mieć związek z tworzeniem, nagraniem, albo równie dobrze mogło dotyczyć czego poza muzycznego, ekipy, przyjaciół… To powoduje, że przypomina mi się dana płyta, bo ja bardzo rzadko słucham wcześniejszych albumów. Powiedział bym, żeby posłuchać płyty The Cure… starej… muszę być naprawdę bardzo wstawiony. To dla mnie przeżycie zbyt osobiste i bardzo zasmucające. Ale gdy patrzę na okładki, albo, gdy układamy utwory na kompilacje np. gdy słucham Let’s Go To Bed po raz pierwszy od lat, to się śmieję… radośnie. Bo przeniosłem się dzięki temu utworowi w szczęśliwsze czasy. Ale gdybym nastawił cały album Faith, działa by na mnie depresyjnie, bo za dużo by mi przypominał.”

PK: w wielu wywiadach z tobą, przed laty, znalazłem określenie ciebie jako pesymistę. Natomiast dla mnie wydajesz się radosnym człowiekiem…

„Pesymista, to ktoś, kto zakłada, że wszystko idzie źle. Zawsze szukam jaśniejszej strony złej sytuacji. Można nawet doszukać się we mnie optymisty. Z każdej opresji, jak pamiętam przez całe moje życie, udawało mi się wyjść. Czy jest tak dlatego, że nie boję się wiary? Że jestem takim rozbitkiem? Już jako nastolatek zrozumiałem, że życie jest zbyt krótkie, by pozbawiać je radości. Co nie oznacza, że udało mi się do tej pory śmiać nieustannie i być zawsze w dobrym humorze. Raduje mnie więc wszystko co robię i myślę, że dlatego jestem raczej optymistą a nie pesymistą.”

PK: Powiedz coś o swojej solowej płycie i o momencie w którym zadecydowałeś, że The Cure kończy działalność….

„Kiss Me Kiss Me Kiss Me to był trochę mój solowy album. Disintegration tym bardziej. Nie rozmawialiśmy wtedy zbyt wiele. Nagranie nie było łatwe, mówię o sobie, ale przecież dla nich może nawet trudniejsze. Kwestia zakończenia działalności The Cure pojawiła się ponownie w 2000 roku. Nawet ustaliłem, że będziemy istnieli do Świąt Bożego Narodzenia. A potem, gdy rok się kończył, zdałem sobie sprawę, że w żadnym w dotychczasowych uczestnictwo w The Cure nie przyniosło mi tyle radości. Więc było by niedorzecznie się jej pozbawić. Mój solowy materiał… ja właściwie mam skończoną płytę, prawie skończoną… i tak może się ukazać na płycie, a wtedy następną będzie nowy album The Cure. To rozwiązanie bardzo mnie cieszy. Naprawdę nie wiem dlaczego nie wpadłem na ten pomysł wcześniej, dlaczego ten pomysł nie przyszedł mi do głowy w 2000 roku.”

PK: Zdajesz sobie z tego sprawę, że dajesz ludziom więcej niż oni oczekują….

„Są co najmniej dwa powody. W czasie koncertów zawsze wyobrażam sobie, że to ja jestem wśród widzów. A gdy już jestem, to wtedy… widzę siebie. Widzę siebie na scenie. Po drugie zawsze chciałem dać z siebie tyle jakby to miał być ostatni koncert mojego życia. Ostatnia rzecz jaką zrobię. W czasie ostatniej trasy każdy z nas wychodził na scenę z takim uczuciem: a co by było gdyby to był nasz ostatni występ, ostatni koncert… Może dlatego to tournee było takie udane? Nie jest łatwo wykrzesać z siebie tyle co wieczór, ale nagroda jest wspaniała. Myślę, że publiczność także odbiera jakąś niezwykłość. Wiem o tym. Często widzę t na twarzach, w tłumie pod sceną. To jest absolutnie wspaniałe uczucie.”

O Polsce…

„Było trochę dziwnie, wtedy wieczorem w Łodzi w restauracji… Towarzyszyła nam ekipa telewizyjna, dziennikarze. A my przecież poszliśmy po prostu na kolację. Ale mam jeszcze takie wspomnienie: serdeczność. To jest to co najbardziej zostanie nam w pamięci. I tą niezwykłą uprzejmość. To była autentyczna radość. Gorące przyjęcie. Naprawdę wspaniała publiczność, szczególnie podczas naszego drugiego pobytu… fantastyczna.”

PK: Oddają wam to, co od was dostają, zgodzisz się?

„Tak… Jak wiesz, przez lata nie udawało nam się przyjechać. Pierwszy raz dopiero w 1996. Nasze tournee zawsze dla nas ktoś organizował, oczywiście dawaliśmy znać gdzie będziemy, gdzie byśmy chcieli pojechać, a gdzie trochę mniej chętnie. I do 1990 roku zorganizowanie i zagranie w Polsce było bardzo trudne. Nie tylko z powodu tzw. zezwoleń. Było to również nie opłacalne. Z komercyjnego punktu widzenia nie sprzedawaliśmy przecież wielu płyt. Gdy przyjechaliśmy po raz pierwszy, wtedy wszyscy w naszej organizacji, dosłownie wszyscy mówili, że ja zwariowałem, że musieliśmy zapłacić za to, żeby przyjechać. Ale ja się uparłem. Ja chciałem zagrać w Polsce. Chciałem zobaczyć jak to będzie. I było wspaniale. Było tak wspaniale, że już potem nie mieliśmy wątpliwości. I zapewniam cię, że jeżeli teraz The Cure ruszy w trasę, to Polska będzie w spisie koncertów, w rozkładzie jazdy. Polska stała się częścią świata The Cure. Myśmy powinni przyjechać do Polski w 1992, może nawet z programem Disintegration, bo przecież wtedy byliśmy niedaleko. Tak się to zdarza, że jedziemy czasem do jakiegoś kraju, a potem zachodzimy w głowę, dlaczego dopiero tak późno. Chociaż o ile pamięć mnie nie myli, to wtedy byliśmy na Węgrzech i w Jugosławii.

Ale z drugiej strony nigdy jeszcze nie daliśmy koncertu w Rosji. A ciągle, myślę, że nie ma roku, by nie ponawiano propozycji występu. Minusem jest to, że jeżeli dostajesz jakieś nowe miasto, do którego jedziesz, to jakieś inne miejsce trzeba usunąć. To z kolei przypomina mi, że w Japonii nie graliśmy od 1984 roku, a tam przecież sprzedają się nasze płyty. Więc jeszcze raz potwierdzam… Jesteśmy dziwną grupą, ale jesteśmy naprawdę zadowoleni, że udało nam się zagrać w Polsce…. że zaczęliśmy przyjeżdżać do Polski. To było bardzo interesujące doświadczenie, również z kulturalnego punktu widzenia. W zachodniej Europie graliśmy w każdym większym mieście i ze smutkiem mówię: one są do siebie coraz bardziej podobne. A Polska zachowała swój charakter.”

Wywiad z Robertem Smithem przeprowadził Piotr Kaczkowski i wyemitował w programie MiniMax 1 lutego 2004 r… a spisał Marcin Marszałek.

Share on FacebookTweet about this on TwitterShare on Google+Pin on PinterestShare on LinkedInEmail this to someone