Route Of Kings, Londyn 27.07.2002

Jak przeszłość ma wpływ na teraźniejszość

MMMM to było coś! Piękny, słoneczny, ale dzięki Bogu bezdeszczowy dzionek, w powietrzu dało się poczuć coś niepokojącego, jakiś dreszczyk emocji, może to sprawka serducha, które tak długo oczekiwało mającego odbyć się tuż, tuż wielkiego show? Pewnie tak, no cóż jak się później okazało, było więcej niż wielkie, niesamowita mieszanka przebojów drobiowej spóły w połączeniu z żywiołową reakcją publiki stworzyły bajeczny klimacik.

Tak się skomplikowało moje żytko, że ciałem (nie zawsze duszą) pozostaję w tym dość przyjaznym dla człeka kraju, los też sprawił mi niespodziankę i otrzymałam szansę ponownego posłuchania i ujrzenia grupy (pierwsza była Hala Sportowa w Łodzi, The Dream Tour….). Bilety załatwione przez Internet, z dwumiesięcznym wyprzedzeniem, miejsca stojące, czas otwarcia; 4 p.m (punktualnie co do minuty normalnie!), obok miłość mego życia, wkoło niezliczona gromada wiernych fanów. Co zaś do stylu ubioru, jak to zostało przyjęte dominowała czerń, wszystkie chwyty dozwolone, każda idea na miarę złotej szpilki.

Od samego początku pełne zaskoczenie, jeśli chodzi o organizacje: kulturalna ochrona, (no kjurcze tylko ten zakaz wnoszenia butelek bez zakrętek, Boziu droga, przecież woda jest mokra….) już nie wspominając o dokładnym przeszukiwaniu bagażu, w celu odnalezienia kamerek itp.. i tak na wszystko można znaleźć rozwiązanie, zacięty fan, rządny fotek poradzi sobie i w tak podbramkowym położeniu. Niech to, to nie Polska! Ludziska okazali się kulturalni, żadnych przepychanek, zupełne zrozumienie, co mnie zdumiało? Ano potrafili nawet odsłonić na życzenie, dziwne ale możliwe. Scenka wielka, dwa telebimy, pod stopkami zielona trawka, w tyle półokrągłe siedliska, dla twardzieli ( no bo jak można się bawić na siedząco, a tak w ogóle siodełka były przytwierdzone do gruntu w całkiem sporej odległości od centralnego punktu wydarzenia.. no i co to za frajda he? Co tu dużo gadać, najciekawiej zawsze jest na środku!!!!!!!!! AA nie wspomniałam o wyglądzie biletu umożliwiającego wstęp do raju! Ładniutki, jak to zawsze zresztą! Tło czerwono-różowe, motyw różyczki (no a czemuż by nie?) picture z lodem a’la płyta ‚Galore’ rozmazanym centralnie właśnie w Hyde P. no i logo organizatora- The route of Kings; jak na ironie- różyczka. Nie powiem, dość postępowe. W bocznych rejonach też interesująco; zadbano o komfort słuchaczy, umieszczając budki z popitkiem (bez skojarzeń!) oraz jadłem, natomiast mniejsza punktacja oceniam różnorodność dostępnych gadżetów, właściwie to brak różnorodności, bo takowa wystąpiła. Ceny wprawdzie nie powalające, a to chyba dlatego że nie było w czym wybierać. T-shirty, to jasne, jakieś „kubłaki” na herbatkę i dość liche ulotki ze zdjęciami. Na całe szczęście po koncercie, jakiś podejrzany typek ogłaszał się na cale gardzielisko, że ma do zaoferowania postery. No i zaspokoiłam swój głód kolekcjonerski, niemalże za ‚friko’ (gostek chyba zbierał na piwko). Rodacy? A owszem. Było ich paru. Jeden koleś z odwróconą koszulką na lewa stronę, oznajmił wprawdzie, że jedynie towarzyszy, ale jak tylko zobaczył Smitha, wczłapującego na podium, to aż ….. zorientował się, że źle się ubrał. Z kolei blond piękność, niszczyła swoje struny głosowe, relacjonując bieg wydarzeń (zapewne) nieobecnemu/obecnej ludce do komóry (oojjj będzie rachuneczek). Byli również przedstawiciele innych krajów Europy (nnnno i nie tylko, nie tylko); Francuzi, Niemcy, Węgrzy czy wreszcie Azjaci (bo ja wiem, chyba Japonia). Niezły mix w każdym bądź razie.

The Cranes grali dobrze, Mogwai jeszcze lepiej, jednak każdy dobrze wiedział po co przyszedł, hm, dla kogo właściwie … z każdej strony było tylko słychać: ‚ ok, dajcie wreszcie Cure!’, się wie, publika przekazywała to życzenie miedzy sobą, grzecznie wsłuchując się w grane utwory kolejnych gości, ale i tak każdy stał (czy phi, siedział jak na szpilkach)

Nareszcie, po półgodzinnej przerwie, w trakcie której przygotowywano sprzęt ,sprawdzano nagłośnienie i normowano inne chwyty techniczne, wkroczyli mistrzowie z wielkim czarodziejem na czele. Jak się wszyscy rozwrzaskali, mamo! Robi wykonał parę porządnych przejść, pooglądał najpierw widownie, pomachał do niej (no i można sobie wyobrazić naszą reakcję, to wyglądało jak pielgrzymka ,ops bez religijnych odniesie?). Normalnie szaleństwo! W momencie wszystkie łapki powędrowały do góry, grom braw powitalnych, każdy chciał jakoś zaznaczyć swoją obecność, robił więc co tylko mógł.

Po pierwszych trzech pieśniach, wiedzieliśmy co się święci, będzie lekko smutnawo. Songi z ”Pornography”, ”Disintegration”, i o dziwo- ” The top”, wreszcie ”Faith”. Także Pan Smith chyba miał zamiar być na t-o-p-i-e, w związku z ponowionymi nastrojami dekadenckimi, ”In a high building there is nothing to do..” Słuchacze jakby lewitowali nad powierzchnią, jak zawsze świetnie dobrane kolorystycznie oświetlenie, oraz riffy , wydobywające się z wnętrza gitar Simona i Maga-Smitha, wprowadziły wszystkich w oniryczne uniesienie.

Mój towarzysz kompletnie nie wiedział czy powinien mnie ratować, kiedy ujrzał jak niemal pokopana prądem skakałam w trakcie ”Shake dog shake”, nie wspominając o wielkiej ‚szajbie’ kiedy kuraki zagrali ”Play for today” (no i ludeczki powtórzyli śpiewnie grupowe wykonanie tej pieśni z Paryża, w Le Zenith, każdy chyba, jak mógł zaśpiewać refren wraz ze swymi idolami (potem doprawiłam swój pyszczek zimna woda i nie mogłam wydać z siebie żadnych dźwięków przez kolejne dwa dni, ale opłacało się!!!! naprawdę!). Pan Robi, nie mógł nie wspomnieć o zbliżającej się rocznicy, w końcu nie lada wydarzenie-25 lat razem, nie każde małżeństwo potrafi ze sobą tyle wytrzymać, czyż nie? OOj nie daliśmy odejść muzykom, jeszcze dwa razy wychodzili, aby zaserwować ‚deserek’. Gdy tylko rozbrzmiały pierwsze nutki, po których rozpoznaliśmy ”In between days”, oraz szlagierek” Boys don’t cry”, przeczuwając powoli zbliżający się koniec przedstawienia, ruszyliśmy w szalony, dziki szał (uniesień). Co to była za końcówka! Na tym etapie recenzji, muszę przyznać, że nasza kochana polska publika, jakoś żywiej reaguje na koncertach (nie tylko Cure, już nawet ogólnie), chyba Brytyjczyków dłużej się ‚rozgrzewa’.

Właśnie zabrakło mi tego krajowego, zapalonego kibicowania. Ale jakże inaczej możemy podchodzić do takiego wydarzenia, jakim jest występ ukochanej spółki, skoro tak rzadko u nas bywają? Tutaj to właściwie chleb powszedni, mógł spożywać go częściej, więc nie są aż tak wygłodzeni.

Ale jednak najbardziej położył mnie na łopatki gest Rogera. Do tej pory miałam świadomość, że ten smutasem rzadko się uśmiecha, ale gdzie tam! Zrobi? to! Zrobi?! Tak pięknie zerkał w tłum, z resztą wraz z Robim, cały band dostrzegł ten szczery i spragniony dobrej muzy ogrom ludzi (eja, nie wiem dokładnie jaka ilość przybyła do Parku, kto ma na ten temat informacje… proszę) .A tak poza tym, każdy kto tylko poczuł na sobie ich spojrzenie starał się jak tylko siły pozwalały machać, skakać i robić wszystko, aby tylko stać się zauważalnym w tym zgiełku. Było to wprawdzie męczące (wiem ja cosik o tym!) ale dodawało pewności, że przyszło się po ‚coś’, no jakby to ująć, żeby nie przesadzić? Przyszedłeś, aby stać się jednym z elementów wielkiej grupy ludzi, która swą obecnością składa pewnego rodzaju hołd, im więcej elementów, tym większa konstrukcja, pomnik… bardziej widoczny… to był wręcz konieczne, skoro tylko blisko( no nie zupełnie- 1,5 godziny jazdy metrem, uufff) A zdjęcia są, wykonane ze sporej odległości, ale kupi się lupę, no problem! Nie narzekam, byłam tam, widziałam, słyszałam, czułam każdą najdrobniejszą częścią ciałka, moje oczy w sekundę zmieniły się w rzekę, krew szybciej krążyła w żyłach, a serce poczerwieniało [no ok, nie wiem ale tak się czułam]

To było piękne, niezapomniane, tych wszystkich wrażeń nikt mi nie odbierze, na zawsze zachowam każdy ich ruch, pląsanie Roba, uśmiech O’donella, grę Gallupa, majstersztyk Coopera oraz grę Teddy’ego. Wszyscy byli znakomici, to słońce świeciło przez cały dzień i wieczór specjalnie dla nich, jak na życzenie, nikt ani nic nie mogło zakłócić tak genialnej ceremonii. Niechaj zawsze pozostają sobą, grają tak jak do tej pory, just like heaven…..

hej wszystkie kjuraki! dla was buziaki!!!!

Fushia

Share on FacebookTweet about this on TwitterShare on Google+Pin on PinterestShare on LinkedInEmail this to someone