Solidnie i bez zachwytów

Gdzieś w okresie późnego liceum, za namową Przemka (mam nadzieję, że się Przemek nie obrazi), mojego ówczesnego mentora w kwestii The Cure, wybrałem się na tak zwany „Zlot Kjurów” do Sopotu. Pamiętam, że lało jak z cebra i w trakcie ponadgodzinnego czekania na bilety zdążyłem się już porządnie przeziębić. Gdy wreszcie zdołaliśmy wejść do środka, oczom mym ukazał się las… Robertów Smithów. Poważnie, panna czy koleś, obowiązkowo: czarny strój, ciemny makijaż i odpowiedni fryz. Oczywiście, zdarzały się też i „nie-sobowtóry”, jak chociażby: ja, Przemo i jego koleżanka, której imię (wybacz) niestety wyleciało mi z głowy. Ponadto, na scenie tkwił zespół Curiosity (z Belgii) i muszę przyznać, że wokaliście (mimo, iż był obcięty na łyso) świetnie udawało się naśladować wokal Smitha. Zagrali sporo z Bloodflowers, kilka piosenek z Wish i parę lepiej znanych kawałków z innych płyt, jak „A Forest”, „In Between Days”, „Boys Don’t Cry” czy klasyczny „Lovesong”. Naprawdę doznawałem. (Klimacik, że niby jestem na koncercie The Cure.) Ostatnie co pamiętam to drobny epizodzik z miejscową dziewczyną przy wyjściu, która widząc mój pogarszający się stan podgorączkowy poczęstowała mnie proszkiem od bólu głowy (schowałem go do kieszeni, bojąc się podstępu!) i próbowała przekonać, że „jak na osiedlu nie założysz dresu, to już oni wiedzą jak cię do tego zmusić” (?). Cała ta wyprawa skończyła się dla mnie dłuższym pobytem w łóżku oraz sporą dawką antybiotyków.

To tyle tytułem wątku dygresyjno-wspomnieniowego (w Porcys jest on obowiązkowy), a teraz do rzeczy. Zacznę od tego, że The Cure to kompletnie moja drużyna. Był okres, kiedy zasłuchiwałem się w nich niemal codziennie. (Swoją drogą, frapujące, jak mało znałem wtedy dobrej muzyki.) Posunąłbym się wręcz do stwierdzenia, iż dorobek formacji mam w jednym palcu, ale nie chciałbym się specjalnie wozić. Wracając do tematu, muszę przyznać, że ich nowy, trzynasty właściwy i trzynasty w mojej kolekcji album, na tle wcześniejszych osiągnięć nie prezentuje się nadzwyczajnie. By precyzyjnie umiejscowić go na tle przeszłości, z grubsza mamy tu utwory łączące w sobie popowość Wild Mood Swings z charakterystycznie rozlaną atmosferą Bloodflowers i nawarstwionym gitarowym brzmieniem rodem z Wish. Ale niestety, jako całość płyta wydaje się dość bezbarwna. Bo biorąc pod uwagę wartość kompozycyjną, jest zdecydowanie za długa i przez to sprawia wrażenie trochę rozmytej (szczególnie w części środkowej). Naturalnie, jakościowo biorąc, daleko tu do katastrofy, lecz od zasłużonego bandu pokroju The Cure mam chyba prawo wymagać zdecydowanie więcej?

Spójrzmy zatem pokrótce, co oferuje krążek. Do moich prywatnych highlightów należy przede wszystkim opener „Lost”, zbudowany na trzech powtarzających się akordach, ze Smithem budującym napięcie raczej skandując, niż śpiewając: „I can’t find myself”. Później chwytliwy, przywołujący rejony Wild Mood Swings „The End Of The World”. Podoba mi się też sekwencja kończąca: (choć znów, może odrobinę przydługi) „The Promise” i untitled track, swobodnie przywodzące na myśl wyjątkowy nastrój poprzednika. Generalnie to w sumie równy album; nieco słabiej wypadają chyba tylko „Us Or Them” lub niefortunnie pozbawiony melodyjności i stąd lekko toporny „Never”. Umówmy się, że self-titled to w żadnym wypadku płyta słaba. Z drugiej strony, pomny doświadczeń dawnej potęgi kapeli, nie mam się też szczególnie czym zachwycać. Ot, po prostu solidne Cure-owe granie: momentami bardzo dobre, chwilami przeciętne. Ponadto, dodatkowy wymiar odbioru gwarantuje jak zawsze nieśmiertelny, czterdziestopięcioletni już Robert Smith, potrafiący swoim głosem przyćmić / uratować marniejsze fragmenty materiału. Zastanawiam się natomiast nad dalszymi planami lidera. Głupio, gdyby kolejny album okazał się przykrym rozczarowaniem. Dla fanów będzie to obowiązkowy wydatek, a dla nas konieczność napisania niepochlebnej recenzji. A może Smith i spółka kompletnie zaskoczą i nagrają absolut? To byłoby coś, heh.

Paweł Greczyn, październik 2004
Recenzja pochodzi z Niezależnego Serwisu Muzycznego „Porcys”.

Share on FacebookTweet about this on TwitterShare on Google+Pin on PinterestShare on LinkedInEmail this to someone