Sopot, Sfinks 21.04.2001

Na wyjazd do Sopotu na Międzynarodowy Zlot Fanów The Cure nie namyślałem się długo. Gdy tylko pojawiła się w Internecie na polskiej stronie wzmianka o imprezie, już wiedziałem, że muszę być obecny. Nie ważne czy to będzie w Warszawie, Ełku, Rzeszowie czy Świnoujściu. Wstępnie miała nas jechać 10 osób, a pojechaliśmy tylko w 3 osoby tj. ja, Marzena i mój młodszy brat Błażej o pseudonimie artystycznym ODI. Niska frekwencja spowodowana była zbyt dużymi kosztami jak na nasze śląskie kieszenie. Sam pociąg kosztuje na okrągło 150 zł od osoby w obie strony, do tego jakiś prowiant, napoje wyskokowe, wejściówka na party a gdzie reszta? Nie ważne. To przecież zlot z okazji urodzin Roberta Smitha, które prawdziwy fan powinien świętować w obecności najbardziej zagorzałych wielbicieli swojego idola, tym bardziej iż organizator obiecywał telefoniczne składanie życzeń solenizantowi przez telefon.

Sobota 21 kwietnia 2001 r. godzina 8:50. Leje deszcz. Stoimy na peronie w Katowicach. Przez megafon kobita informuje, iż pociąg do Gdyni jest opóźniony o 20 min. No problem. Czekamy. Na peronie nie widać żadnych fanów Cure. W ogóle mało ludzi czeka na pociąg. Robi się zimno. Brrr. Wreszcie nadjeżdża lokomotywa z 9 wagonami i już jedziemy. W przedziale jesteśmy sami. Skracając sobie czas podróży gramy w karty, pijemy piwo, śpiewamy, pijemy piwo i bawimy się w „chowanego”. Ok. 11:30 za oknami oglądamy betonu stolicę, gdzie Hitler i Stalin zrobili co swoje.

O godz. 16:02 jesteśmy już w Sopocie. Widać pierwsze grupki fanów. W okolicach dworca PKP zauważyliśmy świetnie plakaty reklamujące zlot (duży plus dla organizatorów za profesjonalizm). Próbujemy jeden odkleić na pamiątkę ale mocno trzyma, więc składamy na plakacie tylko swoje autografy i idziemy przywitać się z morzem. Ciągle leje. Ta typowo angielska pogoda sprzyja melancholii dzisiejszego dnia. Jest dużo zimniej niż na Śląsku. Spacerujemy trochę po plaży wdychając nieustannie jod, lecz na molo nie wchodzimy ponieważ ledwo można ustać na nogach od zimnego, północnego wiatru. Na obiad mieliśmy ochotę na smażoną rybę ale nie było czynnych smażalni. Wybraliśmy się więc do wypróbowanej Pizzy Hut. Pizza i sałatki były wyśmienite.

Ok. 19:00 udajemy się pod Sfinks, spodziewając się tłumów ludzi a tu ku naszemu zdziwieniu stoi 10 osób. Lokal jeszcze zamknięty. Robimy sobie pamiątkowe zdjęcie przed klubem i cierpliwie czekamy. Robi się ciemno. Ciągle pada. O 20:20 zaczęli wpuszczać po kilka osób. Tłum ludzi już oblegał front klubu, psiocząc na pogodę. Robi się coraz większy tłok. Po kilkunasto minutowej przepychance nareszcie jesteśmy w środku. Szybko szukamy miejsca do siedzenia. Prawie wszystko zajęte. W końcu znajdujemy wolny stolik w pomieszczeniu, gdzie sprzedawano gadżety. Chyba to był ogródek o którym pisał Maciek Herman w materiale reklamującym imprezę, chociaż z powodu pogody był zadaszony grubą folią. Od razu zaopatrzyliśmy się w koszulki w cenie 25 zł. Można było kupić również plakaty 10 zł (te, które chcieliśmy zerwać przy dworcu PKP), kartki po 2 zł, kubki po 20 zł i płytę zespołu Michelle. Miała być również giełda płytowa, ale nie było. Od razu podchodziłem do tej kwestii bardzo sceptycznie, ponieważ giełda płytowa w moim rozumieniu to każdy uczestnik zlotu indywidualnie, który chce się wymienić między sobą z innymi fanami. Bo któż by chciał sprzedawać pozbywać się swoich kolekcji płyt, bootlegów, singli, kaset Video itp.? Jasne, że chciałbym dostać te wszystkie rzeczy za jednym zamachem ale to tylko moje największe marzenie. Ale do rzeczy…

Czas płynął nieubłaganie. W ogródku można było, zrobić się na Roberta i to za friko. Chętnych była cała masa, ale ja nie miałem z czym startować. Wspaniałą rzeczą była księga w której można było złożyć życzenia samemu Robertowi z okazji 42 rocznicy urodzin, co oczywiście uczyniliśmy. Ok. 22:30 na scenę wyszedł zespół CURIOSITY. Jako, że w tym czasie siedzieliśmy sobie przy stoliku, słysząc głośne dźwięki utworu HOLY HOUR szybko pobiegliśmy na salę główną na koncert pozbywając się w ten sposób stolika. Pierwsze dźwięki zwaliły mnie z nóg. Perfekcyjne nagłośnienie i niczym sobie oświetlenie w kolorze czerwonym. Totalny profesjonalizm zespołu. Sala zadymiona papierosowym dymem i wszechobecny zapach piwa dawały specyficzny klimat tego klubowego grania. Wczułem się w ten klimat. Pomyślałem, że Robert, Lol i Michael w takich właśnie warunkach klubowych zaczynali swoją karierę. Zamykam oczy i czuję się jak na koncercie The Cure. Utwór A STRANGE DAY jakby przeniósł mnie w początek lat 80 do pubu w północnej Anglii. Stoimy z lewej strony sali, jakieś 3 m. od sceny. Wokół nas same przyjazne twarze, żadnego chamstwa, tłoku i dzikiego napierania tłumu. Ogólnie wymarzona atmosfera. Zbliża się półmetek koncertu. Wokal Vincenta do złudzenia przypomina głos Roberta. Spełniły się obietnice organizatora co do perfekcji wokalisty. Cała sala śpiewa PLAY FOR TODAY. Wydaje się, że słyszy nas cały Sopot, ba całe Trójmiasto. Totalne szaleństwo. Zespół zaserwował nam same greatest hits do momentu, gdy po raz pierwszy na żywo usłyszałem utwór ANOTHER JOURNEY BY TRAIN oraz zniewalający, mało powalający na kolana cover zespół JOY DIVISION LOVE WILL TEAR US APART, wykonywany również przez The Cure. To był po prostu rarytas, perełka tego koncertu, utwór podczas którego ciarki same przechodziły po plecach. Po ponad dwugodzinnym rozkoszowaniu się muzyką Cure nadszedł czas na bis. Publiczność rozkręciła się na maxa. Z wielkim zadowoleniem CURIOSITY zaczęli od PORNOGRAPHY, kolejnej perełki, którą po raz pierwszy większość z nas słyszała na żywo. Przy A FOREST ja i ODI dostaliśmy się pod sama scenę tańcząc pogo. Coraz więcej ludzi dołączało do nas. BOYS DON’T CRY wrzeszczymy na całe gardła, coraz szybciej i szybciej, aż zmęczenie daje się we znaki. Klasyczne zakończenie utworem KILLING AN ARAB zwiastuje koniec. Zespół schodzi ze sceny. Wszyscy krzyczymy we want more!, we want more!!! Mamy nadzieję na bis. Bezskutecznie. W pewnym momencie ODI bierze mikrofon do ręki. Krzyczymy – we want more!!! Wtem ochrona odbiera mu mikrofon natychmiastowo nie butuje go, lecz upomina ostrzeżeniem ustnym i wzrokowym. Miałem cichą nadzieję na FAITH, ale nie. Zespół zachował się z honorem być może celowo zostawiając ten utwór wyłącznie dla Roberta. Bo tylko Robert może kończyć show utworem FAITH.

Po koncercie przy piwku EB zawarłem wiele znajomości. Poznałem wiele ciekawych i wspaniałych ludzi z całej Polski. Gdy zawierałem znajomość mój brat poszedł za kulisy i załatwił autografy od wszystkich muzyków CURIOSITY. Stojąc przy barze na sali, gdzie był wyświetlany koncert zauważałem Vincenta wokalistę. Bez wahania poszedłem do niego i zagadałem. Myślałem że odpowie fuck off ale okazał się bardzo miłym i kulturalnym człowiekiem. Zaprosiłem go do stolika. Nie odmówił. Odmówił tylko piwa. Spytałem go o kilka błahych spraw. Opowiadał, że Robert jest również bardzo prostym i skromnym człowiekiem, że są przyjaciółmi i to on namówił Vincenta do zagrania w Polsce. Po wtórnym złożeniu autografu tym razem na plakatach, przeprosił i poszedł rozmawiać z innymi fanami. Odniosłem sukces, ponieważ po raz pierwszy dogadałem się z osobą nie znającą języka polskiego. Najważniejsze, że w tej co prawda krótkiej rozmowie, rozumiałem jego a on mnie. Ok. 4:45 opuszczamy klub Sfinks. Chyba jako jedni z pierwszych ponieważ sale była ciągle pełne zadowolonymi i uszczęśliwionymi fanami Cure. Szkoda było opuszczać tak wspaniałą atmosferę i CURE-owy klimat, zapach świeżego powietrza i zimnego Sopotu, ale całodobowe zmęczenie dawało się we znaki. O godzinie 5:06 usiedliśmy w przedziale pociągu do Katowic.

Jedynie żal mi było, że obietnice organizatorów co do składania telefonicznych życzeń solenizantowi nie zostały dotrzymane. Szkoda, bo Robert na pewno by się ucieszył, a serca fanów zabiły by szybciej, słysząc głos Roberta. A może składali te życzenia, tylko w tym czasie byłem w WC? Podczas powrotu do domu nurtowało mnie tak wiele pytań: czy przyjaciele, bo tak muszę ich nazwać, którym rozdałem fan ziny TEAM CURE i swój adres odpiszą do mnie i będą w kontakcie? Dziś mogę odpowiedzieć, że tak. Odpisali. Może nie wszyscy ale MAYBE SOMEDAY!!! Z utęsknieniem czekam na kolejny taki zlot.

CURIOSITY kolejno zagrali: THE HOLY HOUR, A STRANGE DAY, FASCINATION STREET, WATCHING ME FALL, HIGH, WHERE THE BIRDS ALWAYS SING, IN BETWEEN DAYS, MAYBE SOMEDAY, THE LAST DAY OF SUMMER, LOVESONG, FROM THE EDGE OF THE DEEP GREEN SEA, LAST DANCE, JUST LIKE HEAVEN, PLAY FOR TODAY, THE DROWNING MAN, BLOODFLOWERS, ANOTHER JOURNEY BY TRAIN, LOVE WILL TEAR US APART, 10:15 SATURDAY NIGHT; BIS – PORNOGRAPHY, ALL CATS ARE GREY, A FOREST, BOYS DON’T CRY, KILLING AN ARAB, FOREVER

Mariusz Odelga

 

Share on FacebookTweet about this on TwitterShare on Google+Pin on PinterestShare on LinkedInEmail this to someone