Katowice, Spodek 15.11.1996

To było spełnienie marzeń. To było absolutne spełnienie muzycznych pragnień osiemnastolatka. To było pierwsze, najważniejsze, moje spotkanie z The Cure na żywo…

15.11.1996r. Spodek, Katowice, Polska. Pamiętam jak przywitał nas niezwykle chłodny, piątkowy poranek na dworcu głównym w Katowicach. Nazbyt zapobiegliwie wybraliśmy (Manias z Gosią; Johnny i ja), wcześniejsze połączenie i byliśmy na miejscu kilka minut po szóstej! Do koncertu pozostawało zatem ponad dwanaście godzin. Dwanaście godzin tułania się po zimnym, ponurym, raczej niewesoło nastrajającym centrum Katowic. Po wypiciu gorącej kawy/herbaty w obskurnej dworcowej mini-restauracji, udaliśmy się do miasta. Godziny później spędzone mało miały wspólnego ze świadomym, przytomnym zwiedzaniem, czy też poznawaniem okolicy. Ciśnienie, napięcie, ekscytacja, które towarzyszyły temu wydarzeniu od wielu tygodniu, powoli osiągały apogeum i chyba żadne z nas, nie pragnęło niczego poza jednym – nadejścia „godziny zero”! Upragnionego momentu, kiedy wreszcie wyjdą na scenę, pełni blasku (uwielbienia i chwały…) i zagrają koncert spełnionych życzeń…

Okolice Spodka zaczęły się zaludniać około trzy godziny przed koncertem. To było niesamowite, zobaczyć tyle „bratnich dusz” w jednym miejscu. Atmosfera ogromnego podekscytowania, swoistego uniesienia w oczekiwaniu na pierwszy polski koncert, była absolutnie magiczna. Kiedy dostaliśmy się do środka, kończyła się próba i jeśli dobrze pamiętam, grali Trust… Chwila, na którą czekałem od ponad pięciu lat, właśnie nadeszła. Już za kilkanaście minut miały ziścić się największe marzenia zarówno wczesnej młodości, jak i obecnego czasu dojrzewania, wchodzenia w dorosłość. Zgasły światła, tłum ruszył pod scenę, a ja razem z nim, rozległ się przeszywający wrzask i krzyk, a z głośników rozbrzmiały charakterystyczne, tak doskonale znane dzwoneczki, zwiastujące Plainsong. I zaczął się, od tak dawna wyczekiwany, katowicki show fantastycznej piątki z Cure Team: Roger, Jason, Robert, Simon, Perry.

Nie będę nawet próbował opisać mojego stanu emocjonalnego przez pierwsze kilkanaście minut. To był szok. Wielki. Płakałem jak dziecko. Byłem jakieś sześć – dziesięć metrów od sceny, między Simonem, a Perrym. Chwilami przesuwałem się bardziej do środka, by podziwiać samego Mistrza… A On śpiewał, czarował jak zawsze, hipnotyzował od pierwszych taktów „zwyczajnej piosenki”. Z każdym kolejnym utworem: Want; Club America; Fascination Street i Lullaby(reakcja publiczności bliska histerii…); podczas Pictures Of You rozejrzałem się po hali – tysiące światełek oświetliło mrok panujący dookoła; pięknie to wyglądało… i następne, This Is A Lie; The Blood; The Walk; Just Like Heaven(zaczęła się podróż w czasie, do bardziej odległej przeszłości…). Emocje rosły jakby wprost proporcjonalnie. Kiedy z głośników rozbrzmiały pierwsze dźwięki Cold, poczułem się totalnie wyeksploatowany (pewnie reszta publiczności również…) i o mało co nie padłem z wrażenia. Wspomnę jedynie dla pewności, że był to dopiero jedenasty utwór tego wieczoru, z trzydziestu jeden, które zagrali…Euforia trwała do ostatnich taktów zasadniczej części koncertu, którą zakończyli wspaniałą wersją Disintegration, racząc w międzyczasie uczestników tego cudownego misterium, takimi perełkami jak m.in. Push; Treasure; Prayers For Rain; …Deep Green Sea; Bare. Na pierwsze bisy właściwie nie było trzeba długo czekać, bo atmosfera była tak gorąca, a krzyk i radość ludzi przeogromne, że po kilku minutach zespół był z powrotem na scenie. I znów rozbłysły kolorowe światła, a za plecami muzyków, po raz kolejny zatańczyły fantastyczne, bajkowe wizualizacje. Zaczęli pięknie, od Love Song, by przejść w bardziej popowe klimaty, czyli: Friday…; Close To Me (Spodek zamienił się w jedno wielkie, falujące akwarium…), Why Can’t I Be You? (podczas którego Robert przeszedł na prawą stronę sceny i śpiewał tylko dla mnie…). Tym wyjątkowym akcentem, podczas którego łzy szczęścia i radości leciały mi strumieniami, zespół zakończył pierwszą partię bisów. I znów kolejne minuty oczekiwania, nawoływań, wrzasków, oklasków…

Charolotte Sometimes – przepięknie rozpoczęli swoje kolejne pojawienie się na scenie. Co działo się z ludźmi, wystarczy sobie wyobrazić. Szaleństwo! Kiedy zagrzmiało Play For Today, miałem wrazenie, że zespołu zupełnie nie słychać. I wiem na pewno, że przebiliśmy słynnym już „ooooooo” Paryż, gdzie to chóralne śpiewanie pod klawisz miało swój początek (przynajmniej oficjalny…). Trzy utwory kończyły drugi bis. Powrót do źródeł. Spodek eksplodował! Boys Don’t Cry; 10: 15… ; Killing An Arab; Komentarz chyba zbędny, a i słów brakuje, żeby choć po części oddać to wszystko, co działo się w samej końcówce. Zbliżał się finał i mimo, że chyba większość zgromadzonych spodziewała się tego jednego, jedynego utworu, (A Forest, oczywiście…), byłem wniebowzięty, kiedy Robert zapowiedział Faith. Jak się okazało, w przepięknej, ogromnie wzruszającej, wstrząsająco osobistej, intymnej interpretacji Smitha… Przyznaję, że stałem jak słup, wpatrzony tępo przed siebie, nie mogąc wydusić słowa, połykając z trudem ślinę, ocierając łzy z twarzy. Zeszli ze sceny, niewątpliwie zachwyceni przyjęciem, jakie zgotowała im wspaniała polska publiczność. A ja, wmurowany, próbowałem ogarnąć choć część tego, co działo się z moim ciałem i sercem przez ostatnie godziny…

Powrót przepełnionym pociągiem do Bydgoszczy. Zwolnienie lekarskie ze szkoły, żeby odreagować i dojść do siebie. Godziny spędzone na wpatrywaniu się w zdjęcia, wsłuchiwanie się w zapis koncertu, który życzliwe i wspaniałomyślnie podarowała mi, Mary Poole ze Starachowic. To był okres wczesnej młodości, wchodzenia w dorosłość. Tamtej nocy, podczas mojego pierwszego spotkania z The Cure pragnąłem, by trwał on jak najdłużej… Czasami, jak dziś, po kilkunastu latach, mam wrażenie, że moje pragnienie się spełniło… Jakbym wciąż miał osiemnaście lat.

s’the figurehead

Share on FacebookTweet about this on TwitterShare on Google+Pin on PinterestShare on LinkedInEmail this to someone