Stylistyczne niezdecydowanie

Z wypowiedzi Roberta Smitha – jedynego właściwie w tamtym czasie członka zespołu – wynika, że po wydaniu Pornography w jego głowie nie działo się najlepiej. Cóż, to słychać. The Top jawi się jako połączenie stylistycznego niezdecydowania, zaniku weny melodycznej i nadmiernej skłonności do eksperymentów z pogranicza psychodelii.

Nacechowany jest nią cały początek płyty. W majestatycznym Shake Dog Shake ciężki riff zmielono flangerem, a po chwili grzęźniemy w gę-stej zawiesinie gitar – lider sam zresztą grzęźnie, bo nie wykroił żadnego wyrazistego refrenu, ogranicza się do pokrzykiwania: Shake, shake, shake… W Birdmad Girl wkracza przećwiczony na „fantasy singles” funkujący puls basu, jest też ejtisowa elektronika, ale brzmiąca zgrzytliwie, zamiast popnośności. Wailing Wall przenosi słuchacza na ciasne uliczki bliskowschodniego miasta – orientalny motyw klawiszowy, odpowiednie perkusjonalia i niepokojące odgłosy pomagają wręcz filmowo je sobie wyobrazić, ale… To nie soundtrack, a w dodatku impresja jest stanowczo zbyt długa. Całkiem do niej zbliżony (minus orient) jest Give Me It – co z tego, że nabrał postpunkowej energii, skoro przez kilka minut zespół katuje nas chaotycznymi dźwiękami. Sens tego utworu zrozu-miałem dopiero słuchając mocnej, surowej, brutalnie basowej wersji demo, dostępnej w wydaniu deluxe.
Polecam ją i kilka innych.

Jesteśmy w połowie materiału. Dopiero teraz Smith przypomina sobie, że trudnił się też pisaniem piosenek. Dressing Up pod względem aranżacyjnym jest świadectwem złotej epoki syntezatorów, a pod pozostałymi względami przypomina, że można zaniepokoić słuchacza, używając z całkiem ładnych dźwięków. Optymistycznie spoglądamy na świat, słuchając The Caterpillar z nietypową dla zespołu gitarą akustyczną. Wybrano ten numer na singel, ale wybitny kandydat na listy przebojów to nie jest. W zbliżonym do tej dwójki nastroju utrzymuje jeszcze odbiorcę Piggy In The Mirror. A potem – kolejny zwrot stylistyczny, napędzany werblami The Empty World.

Koniec albumu przynosi zaś powrót psychodelii: w Bananafishbones zgrabna melodia stopniowo przykrywana jest warstwą drażniących dźwięków, a zamykający utwór tytułowy nuży zmierzającym donikąd transem… Żeby było jasne: nie ma nic złego w trudnych utworach czy stanowiącej wyzwanie aranżacji. Musi to jednak czemuś służyć, być spójne, jak na Pornography. The Top daleko do tamtego dzieła. Można postawić tezę, że bardziej wartościowym obrazem The Cure z lat 1983-84 jest zawierająca „fantasy singles” składanka Japanese ‚Whispers.

BARTEK KOZICZYŃSKI

Recenzja ukazała się w miesięczniku Teraz Rock.

Share on FacebookTweet about this on TwitterShare on Google+Pin on PinterestShare on LinkedInEmail this to someone