Sziget Festival, Budapeszt 31.07.2002

Koncert był genialny. I co z tego że cały czas lało Na mnie padało od Out This World do A Forest i to tylko dlatego że (potem) poświęciłam część koncertu na wybycie z tłumu i pomachanie Robertowi jak odjeżdżał. Organizacja koszmarna. Koncert genialny. Przeziębiłam się porządnie ale jestem potwornie szczęśliwa że tu przyjechałam. Korzystając z cynku poleciałam pożegnać chłopaków wyjeżdżających z hotelu na lotnisko – zdążyłam kilka minut przed czasem. Minęłam cierpliwie czekających przed hotelem Kurczaków i pewnym krokiem weszłam do środka. Rozczochrana fryzura rzucała się w oczy wiec skierowałam się czym prędzej w tamtą stronę. Oczy skryte za okularami – ale nie można pomylić. Kiedy odpowiedział na powitanie ‚hello’ serce mi zamarło słysząc tak dobrze znany, uwielbiany i ukochany głos. Powiedziałam, że przyszłam pomachać mu i…. już ktoś krzyknął że już czas wychodzić. ‚You like it?’ – spytał poważnie, z naciskiem na ‚like’. Ludzie, o czym on mówił że tu przyszłam, że go widzę z odległości pół metra? Poddaje się: ‚What do you mean?’. ‚The gig’. Ludzie, jasne że tak! Szok i głupawa odpowiedź: ‚było wspaniałe, niezależnie od deszczu’.

Dopiero po godzinie przeżywając te kilka minut jeszcze raz dotarło do mnie: on nie oczekiwał na ‚jasne że tak’, tylko na konkrety, co było OK, co nie bardzo. Poprzedniego dnia rozmawiałam z ludźmi, którzy mówili mi jak Robert poważnie podchodzi do grania koncertów, żeby nie było żadnej fuszerki, bo wtedy najbardziej wkurzony jest on, bardziej niż fani. A ja mu mowie o deszczu…. Tak sobie stali w tym hotelowym lobby i gadali – paczka dobrych kumpli, wokół paru ich znajomych. Widać że to co R. mówi o dobrej atmosferze w zespole potwierdza się. Zżyłam jeszcze wyciągając stare zdjęcie Roberta z Earl’s Court’u 1996 i dać do podpisu – myślałam że będzie z dedykacją i…. jest: dokładnie to mam dzieło sztuki: jakaś gwiazdka, ślimaczek, inna rozgwiazda – obrysować to wszystko w chmurkę wychodzącą z jego ust i podpisał ‚Robert’. Zdążyłam jeszcze porozmawiać z moim ulubieńcem (J) o sztuce nowoczesnej (eeee, to on mówił: o muzeum w którym coś oglądał, o architekturze Budapesztu), dodatkowa uwaga – bardzo schudł. Z Simon’em o kopalni soli w Wieliczce (kontynuacja tematu jego znajomych, gdy dowiedzieli się że jestem z PL). Dodatkowa uwaga – obcięty na języka.

No i pojechali. A ja, zamiast robić zdjęcia, widząc że nam (‚odprowadzającym’) machają (wychylili się z busa) też zaczęłam machać. Kurcze teraz żałuję…. Ale przecież oni machali nam, nie do aparatu. Bardzo fajni ludzie, byli spokojni, zrelaksowani, zero gwiazdorstwa, zero pozerstwa.

Tais

Share on FacebookTweet about this on TwitterShare on Google+Pin on PinterestShare on LinkedInEmail this to someone