Sziget Festival, Budapeszt 31.07.2002

Budapeszteńskiego koncertu The Cure nie zapomnę nigdy. Pierwszy raz mogłem na żywo posłuchać i zobaczyć ich i to w takiej niesamowitej atmosferze. Ze względu na egzaminy nie mogłem być na Zillo .Zdecydowałem jednak , że nie zmarnuję takiej okazji, nawet pomimo odległości dzielącej Szczecin od Budapesztu. Teraz wiem, że było warto.

Kupiłem bilet autokarowy z Berlina i nie mogłem doczekać się wyjazdu. W Budapeszcie miałem być w dzień koncertu. W autokarze dowiedziałem się (wraz z 10 innymi pasażerami) ,że nie ma dla nas miejsca i musimy czekać jeden dzień dłużej!! Był bym na miejscu już po koncercie!! W dodatku byłem jedynym Polakiem, a kierowca i tzw. „pilot” nie mówili po angielsku!!

Po trwającej przeszło godzinę dyskusji zdecydowano się wpuścić jeszcze kilka osób-w tym mnie. Dwie Niemki jadące też na Sziget musiały czekać do następnego dnia a miały wykupiony bilet na cały festiwal!! Nie wiem jak coś takiego mogło się stać w rzekomo renomowanej firmie berlińskiej.. Na szczęście dotarłem na czas. Czułem się zmęczony 15h jazdy i jeszcze tym całym kabaretem. Ożywiłem się dopiero jak w metrze spotkałem paro-osobową grupę fanów kjurów z Rosji. Wszyscy w koszulkach i charakterystycznych fryzurach. Szli do pubu a ja chciałem kupić sobie jeszcze bilet więc „See you at the concert”. Na wyspie pełno osób a było dopiero koło 15 godziny. Upał , kurz ale liczył się tylko dzisiejszy wieczór. Byłem zaskoczony rozmachem festiwalu -sklepy, restauracje, kilka scen, obiekty sportowe. Połączyłem się z „grupą rosyjską” i wypatrywaliśmy innych fanów. Ondrej z Moskwy był na koncercie w Łodzi ,to jest jego drugi. Skrzykneli się przez Internet i razem przyjechali nad Dunaj pociągiem. Przeszliśmy po festiwalowych straganach a tam ładnych pamiątek z The Cure!! Po drodze spotkaliśmy chłopaka z Rumunii. Tak jak my przyjechał tylko na ten jedyny dzień. Jedna z młodych Rosjanek okrywa się flagą rosyjską.

Martwię się , że nie mogę znaleźć nikogo z Polski. Wypatruję Alexcure -przysłała mi „mejlem” swoje zdjęcie z charakterystyczną koszulką zespołu. Nie zdawałem sobie sprawy , że będzie tu aż tyle osób a to się okaże niczym przy wieczornym koncercie. Na głównej scenie oglądamy „The Mission”. Naszą uwagę zwracają porządne telebimy. Już za parę godzin to na nich będziemy oglądać Roberta. Niektórzy robią sobie maski przeciw tumanom kurzu. O 20 postanawiam ustawić się pod samą sceną. Właśnie gra jakiś bardzo popularny na Węgrzech piosenkarz. Ludzie świetnie się bawią. Jestem bardzo szczęśliwy- tak niewiele brakowało a nie dotarłbym tutaj. Nie mogę uwierzyć, że za parę chwil zobaczę po raz pierwszy na żywo zespół mojego życia. Na scenie techniczni coś ustawiają. Ktoś stawia piwo dla zespołu. Pierwsze próby wywołania Roberta S. i spółki. Pewnie robi sobie właśnie makijaż pomyślałem. Jest we mnie tyle emocji , które trudno mi opisać. Mam dobry widok na scenę i telebim. Na pewno z tego miejsca będę dobrze widzieć mr.Smitha.

W końcu wychodzą. Patrzę na zegarek- jest równo 21. Dajemy się porwać kjurom. Ktoś z tyłu strasznie napiera. Lecę parę metrów w każdym kierunku. Ciężko mi się skupić na słuchaniu muzyki. Widok ochrony uspokaja pchających się. Zaczyna się prawdziwa zabawa. Wszyscy koło mnie śpiewają. Przy „Siamese twins” nasze ręce wędrują ku górze.”100 years” wzbudza niesamowity aplauz. Mam wrażenie że The Cure też się świetnie bawi. Robert często dziękuje, uśmiecha się. Na telebimie twarz Roberta-widać jak wiele wkłada siebie w każdy utwór. Świetne „Play for Today”- wydajemy z siebie charakterystyczne dla piosenki „buczenie” Chwytam podaną mi przez ochroniarza wodę. Nikt nie oszczędza gardła. Niesamowity aplauz po każdym utworze. Zaczyna padać-nigdy się tak nie cieszyłem z deszczu. Nie można już rozpoznać czy to łzy czy krople wody. Wszyscy cali mokrzy. Myślałem że w tym momencie zagrają „Prayers for rain” ale nagle scena cała zielona: śpiewamy „forest”: „…the girl was never there..”..zapominam gdzie jestem. Zespół wychodzi na krótką przerwę. „Lovesong”- słuchamy ze łzami w oczach. Istne szaleństwo przy „Just like heaven”. Warto było choćby tylko dla tych paru minut!! Na zakończenie odkryte na nowo „Boys don’t cry”. Nie mogę uwierzyć , że to już koniec. Cure ściągneli nawet publiczność heavy metalu. Rozmawiam z facetem , który pierwszy raz usłyszał Cure i jest pod ogromnym wrażniem. Na postoju taksówek ktoś podśpiewuje „Boys don’t cry”. Mam wrażenie, że byłem świadkiem czegoś niesamowitego, co może się już nie powtórzy.

Do odjazdu autobusu mam jeszcze trzy dni. Chodząc po Budapeszcie odtwarzam w myślach koncert. Podczas jednego ze spacerów znajduje ukryty w podwórzu malutki sklepik muzyczny a tam znajduje kalendarz The Cure o jakim marzyłem. Rozmawiam z właścicielem. Gdy dowiaduje się ,że jestem z Polski widzę u niego wyraźne wzruszenie. Opowiada mi o swoich wakacjach życia które spędził w naszym kraju. Było to w 1974 ale pamięta wszystko doskonale: Cracow, Hel, Danzig, Poznań, Gniezno.. Podróżował ze znajomymi autostopem , zapamiętał życzliwych , otwartych ludzi. Pyta się mnie czy nadal tak jest. Zastanawiam się chwilę, przełykam ślinę i mówię… yes… Znajduje dla mnie na zapleczu kilkunastoletni plakat Roberta Smitha. Wybieram jeszcze płytę z koncertu, nagranego podczas trasy 1996 w Kanadzie. Gdy pytam się ile za wszystko mam zapłacić mówi ceny o wiele niższe niż sobie obliczyłem. Pytam się czy uwzględnił wszystko. On tylko uśmiechnął się i powiedział :”you are my friend”. Widząc jak nieumiejętnie liczę forinty powiedział jeszcze na do widzenia abym uważał w Budapeszcie bo: „people morality went down”. Ile miał racji okazało się już po paru godzinach. Czekałem na autokar do Berlina i usiadł koło mnie facet .Wydało mi się to podejrzane. Było przecież jeszcze sporo wolnych miejsc. Przysunąłem bagaż pod swoje nogi. Odsunął się ode mnie i przybliżył do czekającego koło mnie Koreańczyka. Sprawa wydała mi się jasna. Postanowiłem nie spuszczać oczu z jego rąk. Nagle chwycił plecak Koreańczyka i już miał się oddalić jak krzyknąłem :”What are you doing??!!” Zostawił łup i zaczął uciekać. Przyszła ofiara dziękowała i obiecała większą ostrożność. Wyjazd do Budapesztu na „kjurów” to fantastyczne doświadczenie. Z niecierpliwością będę czekał na kolejną trasę mojego zespołu.

Michał Kupś (Solveig)

Share on FacebookTweet about this on TwitterShare on Google+Pin on PinterestShare on LinkedInEmail this to someone