Tagesspiegel: Czarne Słońce

28 sierpnia 2005 r.

Melancholicy mrocznego rocka – The Cure zagrali w Wuhlheide.

W niedzielny wieczór Wuhlheide zostało udostępnione specjalnie dla The Cure na ich jedyny niemiecki koncert w krótkim europejskim tournee. Przecieramy oczy i dziwimy się – znowu tu są. Świetnie. My też znowu tu jesteśmy i mamy możliwość dyskutować o albumach z wczesnych lat osiemdziesiątych. O wersjach „Boys don’t cry”, o świetnych albumach live, o najmroczniejszym, najlepszym okresie twórczości. The Cure istnieją już od prawie trzydziestu lat. Z jednej strony przeżywamy wieczór powrotu historycznej subkultury, z drugiej – gigantyczny występ bardzo dobrze wypadającego na koncertach zespołu z utalentowanym wokalistą i piosenko-pisarzem. Rozpoznawalnego po natapirowanych włosach, wronim gnieździe na głowie i rozmazanej szmince Roberta Smitha nie można nie lubić. Ewentualnie trzeba przymknąć oko na wizerunek, jaki Smith stworzył i który nosi jego imię. Potrafi on lamentować śpiewając, udawać cierpiącą figurę, która goni nas w mroku, by zaraz potem zaskakująco odśpiewać euforyczny hymn „Just like heaven”.

Są tutaj nie tylko ubrane na czarno postaci, natapirowane wrony i goci. Przyszły zarówno matki z córkami, jak i córki, które przyprowadziły tu matki, cure-turyści z Anglii i Holandii, cure-pary, które są razem pewnie od czasu wydania albumów Disintegration (1989) lub Kiss me kiss me kiss me (1987). Wszędzie widać czarne lub czerwone usta z rozmazaną szminką. Około połowa publiczności przyszła ubrana w niegdyś nieodłączną, jednak dziś już raczej rzadko noszoną, czerń. Jednak prawie nie ma biało upudrowanych twarzy ani sztucznych pajęczyn we włosach, są natomiast dostępne koszulki z dzisiejszego wieczoru z obowiązkową cure-czcionką (przez lata było ich kilka) także w kolorze.. różowym. Kolorze, z którym trudno kojarzyć jest The Cure.

Smith stoi na scenie oczywiście, jak zawsze, w głęboko wyciętej czarnej koszuli. Odwieczny kontur sylwetki z wiszącą nisko od czasów „Boys don’t cry” gitarą. Czyli wygląda jak zawsze. „Nie, przytył!”, „Tylko na twarzy..”, „Lata rocka i lata w trasie koncertowej to psie lata, jeden rok liczy się jak siedem”. Tak jak ostatnie trzy koncerty, ten też zaczynają od „Open” i „Fascination Street”. Słuchamy i jesteśmy w domu. The Cure i ich muzyka są ponadczasowi. Miniony czas widać raczej na starzejących się sobowtórach Roberta, widać go bowiem nie tylko na scenie – kilku stoi też przy stanowiskach z piwem, jeden na schodach, sześciu, siedmiu, ośmiu kolejnych na trawniku między trybunami. Robert ma sobowtórów, jednak nie tak wielu jak w połowie lat osiemdziesiątych, ich wskaźnik wyraźnie bowiem spadł.

Blade gwiazdy nad Wuhlheide, niesamowity hałas w lesie. Robert Smith śpiewa „A strange day” i „One hundred years” – na naszych twarzach rysuje się wniebowzięcie. Zapalniczki nie pójdą w ruch – w przypadku fanów The Cure byłoby to naganne. Zamiast nich w górę idą aparaty i telefony komórkowe, wywołując wrażenie światła nad publicznością. Właściwie nikt nie jest sam – w przeciwieństwie do tego, co śpiewają The Cure, każdy ma do kogo zadzwonić. Robert Smith kończy śpiewać pierwszą piosenkę na bis i potem, w środku ciemnego, głębokiego lasu, następuje punkt kulminacyjny wieczoru – „A Forest”. Dreszcz przebiega po plecach wszystkich. Drugi bis przynosi wczesne, szybkie utwory – „Three imaginary boys”, „Grinding Halt”, wytęsknione „Boys don’t cry”, nie do przebicia „10.15 Saturday night” z „trip trip trip” wydobywającym się z tysięcy gardeł oraz klasyczny „Killing an Arab” – swoją trzyminutową wersję powieści Alberta Camus „Obcy” Smith kończy zmianą tekstu, która brzmi jak „loving an arab”. Czyżby była to polityczna deklaracja? A może tylko nam się zdawało?

Smith jest bardzo nieśmiały. Przemyka na i ze sceny, tkwi nieruchomo między kolejnymi kawałkami. Jego jedyne gesty to wyciągnięcie ramion przed klatkę piersiową. Nie wypowiada nawet trzech słów w ciągu prawie trzygodzinnego koncertu. Robert Smith woli śpiewać. Po muzycznej eksplozji za sprawą „Killing an arab” następuje trzeci, ostatni już bis – spokojne, powolne, finezyjnie smutne „Faith”.

Prawdopodobnie niektórzy spośród wielotysięcznej publiczności, wciąż w transie po koncercie, zagubili się w lesie Wuhlheide. Być może ciągle jeszcze błąkają się tam, nucąc pod nosem „lost in a forest”.

Share on FacebookTweet about this on TwitterShare on Google+Pin on PinterestShare on LinkedInEmail this to someone