Tam i z powrotem – relacja z koncertu The Cure na Meltdown Festival

To będą dwie godziny deprechy. Najprawdopodobniej nie zagramy żadnego wielkiego hitu” – zapowiadał ten koncert Robert Smith w tygodniku Time Out. CURÆTION-25 to miał być jednorazowy występ, od początku owiany tajemnicą i wypełniony niespodziankami. Była ta główna, jedna… ich brak.

Zastanawia mnie sens pisania recenzji z koncertów – teraz, kiedy możemy oglądać je nawet na żywo dzięki różnego rodzaju aplikacjom, siedząc nawet w domowym fotelu. Czy jest jeszcze sens wyrażania swoich przemyśleń i uczuć, a poźniej boksowanie się z kimś, kto odważnie podsumuje to jednym zdaniem „gówno prawda” – ba, nawet nie całym zdaniem, ale brawurowym zlepkiem słów godnym śmietnikowego Facebooka. Przecież każdy, kto nie mógł być w Southbank Centre, i tak miał możliwość przeżywania niedzielnego wieczoru w co prawda  gorszej jakości obrazu, dzięki aplikacji Periscope. Może to zrobić również teraz, w każdej chwili, w nieco lepszej na YouTube. I wyrobić sobie zdanie na temat koncertu.

No właśnie – koncert. Zastanawia mnie również dla kogo był ten występ? Jak sam Robert stwierdził zaproszenie z Meltdown nadeszło już po podpisaniu kontraktu na „jedyny europejski występ w 2018 roku”, dlatego też festiwal firmował tylko swoim nazwiskiem, a nie nazwą zespołu, jak wcześniej zakładano. Doceniam pomysł odegrania wybranych utworów ze wszystkich płyt, swoistą wycieczkę od początku do końca (?). Tam i z powrotem. Smith już kiedyś, w 2009 roku podczas koncertu w O2 Arena dzień po rozdaniu nagród NME, zastosował podobną retrospekcję. Pisałem wtedy o czekoladkach w trzynastu smakach… tutaj.

O ile w mieszczącej dwadzieścia tysięcy widzów O2 Arenie, The Cure mógł zobaczyć każdy, to na koncert w Royal Festival Hall już nie było tak łatwo się dostać. Tylko 2,5 tysiąca wejściówek, bo tyle widzów mieści sala, rozeszło się błyskawicznie. Najpierw w zamkniętej, dla członków Southbank Centre, a kilka dni później w otwartej sprzedaży. Jak to zawsze w takich przypadkach bywa, jakaś ich ilość wędruje od razu do serwisów odsprzedażowych, które w Wielkiej Brytanii działają najzupełniej legalnie. Ceny cztero-pięciokrotnie wyższe skutecznie mogą jednak ostudzić entuzjazm. Jednak, czy decydując się na ich zakup mogą zwiększyć apetyt?

Na ten wyjątkowy koncert zjechali się fani z całego świata. Niektórzy przyjadą ponownie 7 lipca. Jednak co tu ukrywać, owiany tajemnicą CURÆTION-25 wywoływał większe podniecenie niż anonsowany lipcowy piknik w Hyde Parku. Na sam koniec Meltdown Festival wystąpić miał przecież – „Robert Smith i jego czterech osobliwych przyjaciół”… czyżby zaprosił byłych członków zespołu? Byłoby to niezwykłe połączenie tych dwóch wieczorów. Połączenie przeszłości grupy z teraźniejszością. Ale nic z tych rzeczy. Smith po prostu w najłatwiejszy sposób wybrnął ze wspomnianego wyżej zapisu kontraktowego, który nie pozwolił mu wystąpić pod nazwą The Cure.

Już dzień przed koncertem dotarły informacje, że cały obecny skład zespołu zameldował się w Londynie. Było już więc jasne, że wszystkie te nasze dywagacje o pierwszej części jubileuszowego koncertu raczej się nie sprawdzą. Może wystąpią jacyś goście u boku Smitha? Ale to przecież wymagałoby przygotowań prób itd. No cóż, łatwiej było po prostu skrzyknąć cały skład, odbyć jedną próbę – tą nagłośnienia kilka godzin przed występem i wybrać koncept set-listę.

Występ, który przygotowuję na ostatnią noc to będzie coś zupełnie innego od tego co od dłuższego czasu robiłem”

Zdaję sobie sprawę, że przez wiele lat rozpuścili nas rozmiarem i różnorodnością repertuaru, który prezentują na scenie. Nie wiem jednak, czy ten wybór na niedzielny wieczór był tym właściwym? Sądzac po reakcjach i rozmowach wiele osób przyszło zobaczyć Roberta Smitha po raz pierwszy (to raczej ciekawi bywalcy centrum Southbank), lub też pierwszy raz od dawna. Naprawdę kampanii reklamowej towarzyszącej temu wydarzeniu, w całym Londynie, mogli pozazdrościć artyści z czołówki box-office.

Smith jednak wymyslił sobie koncert daleki od znanego wszystkim katalogu grupy. A tu ile osób, tym więcej życzeń. Zanim oznajmił swój pomysł na wieczór, można już było się domyślać, wszak uczynił to po czwartym w kolejności utworze. Rozluźniony, śpiewający momentami z niezwykłą lekkością, czasami leniwie, jak zwykle niewiele komentujący. Za sceną znany z „The Cure Tour 2016” zestaw świateł i ekranów LED, na których wyświetlano te same, co na trasie wizualizacje. Jedyną zmianą był jego powrót do swoich Fenderów (znane modele m.in. z Seventeen Seconds, czy Bloodflowers) – pewnie na koncert pod zmienioną nazwą kontrakt z Schecter Guitars nie obowiązywał. Dzięki temu przez większość wieczoru można było wychwycić grę Smitha, zamiast trzeszczących dźwięków sygnownych przez niego gitar.

Jednak dla części publiczności nie miało to znaczenia, bo szybko tym co płynęło ze sceny po prostu się znudzili. I jeśli przy pierwszych dźwiękach Three Imaginary Boys wstali, to w miarę trwania koncertu coraz więcej ludzi siadało, tym samym nie śledząc już, co dzieje się z przodu. Bez emocji i reakcji. Cóż dodać, jeśli entuzjazm i brawa w przerwach nie przekraczają kilku-kilkunastu sekund. Niektórzy większość utworów słyszeli zapewnie po raz pierwszy, inni wybraliby bardziej subiektywnie, na pewno byli też tacy, którzy i tak wszystko przyjmą bezkrytycznie. Jak zawsze. Ja jednak liczyłem na coś więcej, niż ponowne wynajęcie tej samej ekipy, świateł i odegranie po prostu tego samego koncertu co dwa lata temu. Nie w jubileuszowym roku grupy. A fragment „39”+”Us Or Them”+”It’s Over” to nie tyle zapowiadane „doły”, co zgrzytanie zębami. Upiorny fragment koncertu. Były też również cudowne momenty jak połączenie „If Only Tonight We Could Sleep” z „Sinking”. Wcześniej kołyszący „The Last Day Of Summer” i wykrzyczany „Want”. Przy „A Forest” czas już się kurczył, dlatego odegrany był nieco szybciej. Wieczór zakończył kawałek, którego wcale nie było na pierwszym albumie, czyli „Boys Don’t Cry”.

Formuła one-off koncertów Smitha już chyba się wyczerpała? Nie chciałbym, żeby podobnie jak Peter Hook zamieniał tylko kolejność. Zagrać jedną płytę, dwie. Po dwie, co jeszcze? Zagrać ją od tyłu? Do połowy, od połowy, losowo? Nie wiem co już myśleć o zapowiadanym nowym albumie? Nie wierzę o zarezerwowanym w lutym-marcu studio, nagrywaniu demo itd. Zespół jako te „najnowsze” gra utwory, które wyleciały z płyty w 2008 roku. Smith mówi o tym, że odzyskał entuzjazm do pisania nowych piosenek. A my jak zwykle wszyscy spotykamy się na ich występach. Tak będzie też 7 lipca w Hyde Parku.

„Hyde Park to będą dość szybkie dwie godziny”

Oby to nie był koncert, na który pojadę i wrócę. Tam i z powrotem.

Marcin Marszałek.

 

fot. Marilyn Kingwill

Share on FacebookTweet about this on TwitterShare on Google+Pin on PinterestShare on LinkedInEmail this to someone