Torn Down: Zacieranie starych śladów – recenzja krytyczna

Nie sposób oddzielić „Torn Down” od „Mixed Up”, tym bardziej, że już w czerwcu, oprócz zwykłego wydania na czarnym winylu będzie stanowił część trzypłytowej wersji Deluxe. Czy potrzebnie?

Wróćmy na chwilę do oryginalnej składanki The Cure z 1990 roku. Wtedy to na fali popularności zespołu, Smith postanowił odświeżyć nieco swoje przeboje. Zamówił u znanych producentów (m.in. Paul Oakenfold, William Orbit, Mark Saunders) remiksy utworów z 12 calowych singli. Panująca wtedy moda na oddawanie wszystkich taśm w ręce speców od miksowania, nasuwała w tym wypadku pytanie ile samego The Cure było w tym projekcie?

Teraz mamy inną sytuację. Smith postanowił wziąć sprawy tylko w swoje ręce i sam stworzył pełny album z remiksami. Czy moim zdaniem podołał temu wyzwaniu? Nie. Kiedy usłyszałem o tym pomyśle od razu do głowy przyszły mi te wszystkie nagrane przez niego i zmiksowane w zaciszu domowym covery jak np. „Very Good Advice”, czy „Witchcraft”, o których już mało kto pamięta. Przez myśl przebiegła zepsuta reedycja „Entreat”, której sam się podjął.

I niestety w „Torn Down” mamy do czynienia z tym samym domowym warsztatem i wykonaniem. Wszechobecny i monotonny automat perkusyjny, jakieś przeszkadzajki, minimalistyczny koszmar. Jerzy Rzewuski napisał kiedyś, że coś takiego to „zacieranie starych śladów”. Trudno się z tym nie zgodzić i w tym przypadku. Oczywiście można powiedzieć, że Smith próbował odkryć je na nowo, po swojemu ukazać z innej perespektywy. Większość utworów została jednak doszczętnie obdarta ze swoich szat. Niektóre brzmią wręcz jak jakiś żart („A Night Like This”, „M”), psychodeliczny „Like Cockatoos” zamienił się w nieharmoniczny jazgot, krwisty „Never Enough” jest pusty w środku jak wydmuszka, a „From The Edge Of Deep Green Sea” nie chwyta już za serce, tylko bardziej je uciska. Każdy utwór na tej płycie stracił swój pierwotny urok i klimat. Żaden nie zyskał nic nowego, jak chociażby „Close To Me” wtedy, w 1990 roku. Brzmienie jest płaskie i puste. Trudno mi jest w zasadzie coś wyróżnić? Może „Plainsong” i „Just One Kiss”? Tylko „The Drowning Man” sprawia, że na chwilę wszystko wokół się zatrzymuje. Ale głównie chyba przez to, że nie odbiega zbytnio od oryginału.

Nie wiadomo jak długo przyjdzie nam czekać i czy wogóle doczekamy się nowego albumu The Cure? Jednak wolałbym dostawać od Smitha (Crystal Castles) niespodzianki typu „Not In Love”, niż takie projekty, jak „Torn Down”. Czego nie można zarzucić Smithowi, to tego, że nie przyłożył się do tematu. Wszystko zostało nagrane na nowo. Ale ta płyta przypomina bardziej cover album, tyle że nagrany przez samego Roberta.

Tak wiem, on już nic nie musi udowadniać. Nie musi też na siłę produkować takich albumów, które nie wnoszą nic do niezwykłej historii, którą z takim uporem zapisywał przez lata. W 2018 roku, dziesięć lat po ostatniej studyjnej płycie, dostaliśmy coś na podobieństwo EPki „Hypnagogic States”, która stoi na półce „Nie nadaje się do ponownego przesłuchania”… teraz razem „Torn Down”.

Marcin Marszałek

 

Dla równowagi polecamy lekturę „Torn Down: Dawka ponadczasowego lekarstwa – recenzja bezkrytyczna”.
A jakie są Wasze odczucia po przesluchaniu „nowej” płyty The Cure? Czekamy na Wasze teksty na recenzje@thecure.pl

Share on FacebookTweet about this on TwitterShare on Google+Pin on PinterestShare on LinkedInEmail this to someone