Tylko Rock: Gorączka listopadowej nocy

Listopad 1996.

Są zespoły, o których nie można pisać zle. Których każda płyta jest wydarzeniem. Nawet jeśli nie ma cech arcydzieła. The Cure dla mnie jest takim zespołem i chyba na zawsze juz pozostanie.

Podejrzewam, że w momencie ukazania się drukiem tego tekstu, na początku listopada w wielu domach wisiały będą kalendarze z zaznaczoną datą 15. I już wtedy, jeśli nie wcześniej, zacznie się odliczanie.. To niesamowite uczucie dowiedzieć się, ze w koncu, po tylu latach czekania zobaczymy ich w Polsce.

Pamiętam, jak kilka lat temu poszła plotka, ze The Cure zagra na festiwalu w Jarocime. Pamiętam, jak nie namyślając się długo dobre parę miesięcy wcześniej zacząłem ciułać „kasę” na bilet, na przejazd… Pamiętam rozczarowanie, gdy okazało się, że na Roberta Smitha z drużyną trzeba będzie jeszcze poczekać. na pewno to rozczarowanie nie było tylko moim udziałem. Tamten Jarocin aż roił się od koszulek z nastroszonym Smithem, od uszminkowanych ust i bocianich gniazd na głowach.

Pozostaje mieć nadzieję, że tym razem nic nieprzewidzianego się nie wydarzy. Tak jak i jarocińskie festiwale, tak i The Cure zawsze będzie kojarzył mi się z młodym wiekiem, z najbardziej intensywnym poznawaniem świata, z bardzo wieloma nowymi dla mnie wówczas sprawami i z… radiową audycją Romantycy muzyki rockowej (czy ktoś to jeszcze pamięta?). Mało jest płyt (a właściwie kaset bo taki nośnik był wtedy w powszechnym użyciu), które bym tak skatował jak 17 Seconds, Porno- graphy, Kiss Me Kiss Me Kiss Me… Dlatego też trudno mi pisać o The Cure inaczej niz jako o jednym z najważniejszych zjawisk minionej dekady w rocku i chyba nie tylko w rocku.

Oryginalność muzyki, niekonwencjonalne podejście do wielu kontrowersyjnych tematów w tekstach… Po prostu – legenda. Legenda, ale również kopalnia rockowych przebojów. Na przykład Love Song z niedocenianego albumu Disintegration. Zdawałoby się dość banalna, prawie papowa piosenka. Gdy jednak uważniej posłuchać – przeszywający do szpiku kości wspaniały hymn miłosny. Albo urocze Just Like Heaven… Zresztą wymieniać można by bardzo, bardzo długo. Boys Don’t Cry, Charlotte Sometimes, Never Enough, Inbetween Days… Nawet Love Cats ze zbyt rozrywkowej – zdaniem niektórych – płyty Japanese Whispers to nie tylko sezonowe przeboiki. To świetne, choć często znacznie różniące się od siebie kompozycje, bez problemu znajdujące sobie wygodne miejsce na półce z napisem „historia muzyki rockowej”. Dla mnie to najprawdziwsza esencja rocka lat osiemdziesiątych. I dlatego do dziś bez chwili wahania kupuję wszystko, co tylko wyjdzie pod szyldem The Cure. Bez wahania wyłożyłem tez kilkadziesiąt złotych na ich tegoroczny album…

Wild Mood Swings. Od jakiegoś czas dawkuję sobie co wie-czór trochę tego specyfiku. No właśnie. Aż boję się cokolwiek o tym powiedzieć. No bo przecież i The Head On The Door, i Disintegration po pierwszych przesłuchaniach nie podabały mi się zbytnio… A tu czegoś jakby brakowało. Tym bardziej, ze Robert Smith przed wydaniem tej płyty wielokrotnie zapewniał, że będzie to coś absolutnie nowego. Innego od tego, do czego nas ostatnio przyzwyczaił. Jasne było, że powtorki z Pornography czy Faith raczej nie powinniśmy się już po tej grupie spodziewać.

Smith – nazywany czy może przezywany w Anglii ojcem britpopu – bardzo często przyznaje ostatnio, iż w tej chwili najbardziej odpowiada mu wizerunek twórcy piosenek. Zwyczajnych, chyba mniej przebojowych niż kiedyś… I taki jest ten album. Prosty, rozleniwiający. A co do nowatorstwa. Czy mister Robert dotrzymał słowa? Chyba nie. Ja przynajmniej odniosłem wrażenie, iż prawdopodobnie „niechcący” wyszło mu coś w rodzaju suplementu do którejś z dawnych płyt. A może nawet do kilku z nich razem wzię-tych. Singlowy The 13th – bardzo ładny i przebojowy swoją drogą – to taki drugi Catch, knajpiano-swawolny, trochę me-lancholijny, doskonale ubarwiony rewelacyjnymi trąbkami. Brzmi to tak, jakby szkolna orkiestra dyrygowana przez Toma Waitsa grała lamback – napisał o tym utworze recenzent „Melody Makera”. I nie ma w tym wcale ani wiele przesady, ani złośliwości. Mint Car ma w sobie coś z Just Lilce Heaven i z Friday I’m in Love. Szum morza na początku Jupiter Crash jakby przenosi nas w krainę The Same Deep Water As You. Coś z klimatu Disintegration, a konkretnie jego smutniejszej części mamy też i w This Is A Lie, i w Treasure, i w Bare. The Head On The Door, być może ze względu na wątki orientalne, czuć w Numb, Wish w Strange Attraction… No i ten początek. Drażniąco – przejmujący Want, wcale nie tak daleki kuzyn The Kiss (dla przypomnienia podam: otwiera on Kiss Me Kiss Me Kiss Me). Trochę zdziwić może „luzacki” Club America ze Smithem śpiewającym w bardzo nietypowy dla siebie sposób, tekst zaczynający się od: Jadę do twojego miasta na wielkim czarnym koniu trojańskim.

A skoro już tekstach z Wild Mood Swings. Dziennikarka brytyjskiego magazynu Vox stwierdzila, ze jest w nich wiecej pornografii niz….. na Pornography. I trudno sie z tym nie zgodzic. This Is A Lie dla przykladu to jakby wyraz zwatpienia w monogamie. “Why each of us must choose. Why each of us must lose everyone in the world” – to fragment. W wywiadzie udzielonym temu pismu Robert Smith zgadza sie, ze w jego ustach brzmi to co najmniej dziwnie. Przez wiele lat to przeciez on holdowal monogamii. Ale tez zaraz wyjasnia: “ To szczególna piosenka. Wynika z naszej dyskusji w zespole. Rozmawialismy kiedys o róznych drogach, o sposobach na zycie. Przewazyl poglad, ze bardziej satysfakjonujaca jest poligamia. Ja podchodze do tego inaczej, rzeczywiscie jestem monogamista. Ale napisalem taki tekst z nie mojego punktu widzenia. Dlaczego? W jakis sposób mnie to rozwija, poszerza horyzont.”

Slowa Club America z kolei sprowokowaly oskarzenia o mizogonizm i sklonnosc do homoseksualizmu. “Rzecz dzieje sie w nocnym klubie” – opowiada Smith – “A jest o nachalnym uwodzeniu. Napisalem to z perespektywy kobiety, ale w taki sposób, ze mozna odebrac to jak napisane z punktu widzenia geja. Osobiscie znacznie bardziej lubie otoczenie kobiet niz mezczyzn. Zreszta nigdy nie bylem atrakcyjny dla gejów. Kiedy bylem w The Banshees, oni (czyli czlonkowie The Banshees – przyp. Maw) mieli zwyczaj chodzic do klubów gejowskich, gdzie ja zawsze podpieram sciane” – smieje sie Robert.

Tematem Nurnb jest uzależnienie od narkotyków. “He’s love with a drug. Forget everyone. He really cloesn’t cara anymore” – śpiewa Smith. Po czym na łamach „Vox” wyjaśnia: “Nigdy nie znalem i nie widziałem nikogo, kto brałby heroinę i nie był przez nią zniszczony. Heroina jest najgorszym z dragów. Po heroinie zapominasz o całym swiecie.”

Przede wszystkim utwory z tej tegorocznej plyty uslyszymy zapewne 15 listopada. Na pewno zabraknie całej masy wspaniałych kompozycji sprzed lat. I zawsze pozostanie jakiś niedosyt. Ale nie ma to chyba większego znaczenia. Dla mnie nie ulega wątpliwości, że i tak w Katowicach nie będzie na sali pustego miejsca.

MACIEJ WESOŁOWSKI
PS. Właściwie to miało być mniej osobiście… Ale jakoś tak wyszło.

Artykul ukazal sie w miesieczniku Tylko Rock, w listopadzie 1996 roku.

Podziekowania dla Jarka za przyslane materialy.

Share on FacebookTweet about this on TwitterShare on Google+Pin on PinterestShare on LinkedInEmail this to someone