Ukłucie róży

Jeśli ktoś liczy, zabierając się za czytanie tej recenzji na rzetelną i obiektywną ocenę muzyki zawartej na Bloodflowers srodze się zawiedzie. Z założenia bowiem każda recenzja jest subiektywnym spojrzeniem na pewien układ (sic!) zdarzeń, które towarzyszyły chwilom na zawsze przypisanym poznawaniu danego dzieła. Niektórzy kojarzą pewne obrazy z zapachami, inni wiążą zdarzenia z życia z czytanymi właśnie książkami. W moim przypadku generalnie największe znaczenie ma muzyka, z jaką w określonych chwilach dane było mi zetknąć się. Stąd zatem będzie zupełnie nieobiektywnie, ba, powiedziałbym, że momentami manierycznie, by nie powiedzieć sztucznie.

Pretensjonalność tej recenzji polega na nadmiernym epatowaniu uczuć, jakie wiążą mnie z niektórymi nagraniami. Próbując opisać, ile te piosenki znaczą dla mnie, popadam w skrajną melancholię, tak szkodliwą dla fachowości tekstu. Za dużo niedomówień, za częste używanie wielokropków, oto całe zło.

Tymczasem muzyka zawarta na Bloodflowers zmiata swoją odśrodkową siłą wirującego krążka całość zastrzeżeń, jakie można The Cure postawić. Nagrywali Bloodflowers jako epitafium. To miał być łabędzi śpiew, pożegnanie lata. Machanie białą chusteczką. Cholerna wata cukrowa i łzy na deszczu. This is the end, ogłosił Robert Smith. Więcej nie będzie. Kołysanka wyśpiewana, a Japończycy mogą sobie szeptać, że będzie inaczej. Możecie mnie pocałować, w końcu każdy ma prawo kiedyś powiedzieć „koniec”. Why Can’t I Be You – powiedział kiedyś Smith. Chcę być nikim. Chcę być tobą. Zapomnijcie, że istnieję. Wypaliłem się. Że byłem, będzie świadczyć tylko muzyka.
Początek faktycznie jest nie z tego świata. Out Of This World to narastające dźwięki, zapowiadające z jakiego rodzaju muzyką będziemy mieli do czynienia. Czyżby Robert Smith usiadł przed kartką papieru i zapisuje kolejną wersję swoich koszmarów? Być może, choć tym razem nie są to spostrzeżenia nastolatka przerażonego pająkami. Samo brzmienie tego nagrania zwiastuje inne The Cure. Jest łagodnie, jakby wyciszone głosy gitar obawiały się zbudzić demony dzieciństwa. Ten powoli nabierający kształtu utwór rozwija się w pełen cichego zrezygnowania patos, dzięki któremu przyjdzie nam na nowo spojrzeć na dokonania naszego życia. Nie ma w tym nagraniu zbędnej nuty, nie ma krzykliwego śpiewu, nie ma hałasu gitary. Jest cisza, w zadziwiający sposób podawana na tacy przez kolejne instrumenty.

Watching Me Fall to industrialna rzeźnia. Zamykam oczy i widzę czasy, gdy świat wydawał się poukładany. Szary, ale poukładany. Nigdzie nie pędził, nikomu nie wadził. Sprowadzał się do prostego pytania „czego słuchamy i co pijemy”. A teraz, mając na plecach bagaż znoszonych marynarek, czując na szyi pętle uwiązanych krawatów i pohamowując odruch wymiotny po czarujących uśmiechach czuję się jak marionetka, której kazano pójść do teatru, gdzie każdy może pociągnąć za sznurek. Gitary rzężą, wokalista wykrzykuje swoje przesłanie, a wszechwładne poczucie zrezygnowania przesłania niebo. I najgorsze, że nawet nie mogę wykrzyknąć „goodbye blue sky” – bo kolor nieba od lat jest stalowoszary. To nagranie to kwintesencja The Cure.

Za każdym razem, gdy Bloodflowers wędruje do mojego odtwarzacza, obiecuję sobie „żadnych negatywnych myśli”. Posłucham There Is No If…, myśląc o chwilach spędzonych z Wiadomo z Kim i będzie dobrze. Ale jakoś nie potrafię zacząć od tej miłosnej piosenki, z przecudną partią gitary, tak zapadającą w pamięć od pierwszego słyszenia. I tak napędzam się znakomitym (ach to piękne solo gitarowe!) The Loudest Song, spokojnie i leniwie przemykającym się przez palce z siłą zimnego, górskiego potoku. Katuję swoje zmysły cudnym pożegnaniem w Last Days Of Summer.

A potem, gdy wreszcie chciałbym odpocząć, gdy marzy mi się wytchnienie nadciąga rozwalający „39”. To już monumentalny symfoniczny finał płyty, który sprawia, że ktokolwiek miał jeszcze wątpliwości dokąd nas ta muzyka zaprowadzi – wreszcie zna kierunek. Nadchodzi XXI stulecie. Wysoka technologia i porażający syf dookoła. Wokalista krzyczy, gitary rzężą, perkusja wali jak oszalała, a człowiek siedzi i marzy o świecie, który przeminął…
I na koniec bukiet krwawych kwiatów. Smithowskie spełnienie marzeń o wielkim finale. Poraża. Wywołuje dreszcze. Tnie serce na kawałki i każe zapomnieć, że zbawienie duszy należy się tym, co kiedykolwiek naruszyli przysięgę. Cóż, chyba znam przyczynę, dzięki której lepiej dziś rozumiem słowa Roberta Smitha. Człowieka pogodzonego z losem, wykrwawiającego się na scenie od wielu lat. Bloodflowers miał być pożegnaniem. Na szczęście nie jest, choć takiego poziomu smutku, melancholii, refleksji nad życiem The Cure już chyba nigdy nie osiągną. Robert Smith powiedział kiedyś, że ten album brzmi tak, jak ostatni album The Cure brzmieć powinien. I to jest najlepsze podsumowanie Bloodflowers.

Coż, napisałem na początku, że to nie będzie fachowa profesjonalna recenzja. Nie jest to tekst oparty na rzetelnym porównaniu Bloodflowers z poprzednimi płytami The Cure. To wyłącznie prywatna ocena niżej podpisanego, którą można (choć nie trzeba) przeczytać, kliknąć ‘back’ w przeglądarce i nigdy więcej nie wrócić na tę stronę. Można też skomentować. Można to później nazywać bzdurą, sileniem się na przejawianie ambicji nad-recenzenckich, itd. Nic podobnego. To po prostu moje zdanie o tej płycie i już.

Ukłuła mnie ta róża. Ale tak to jest z tymi krwawymi kwiatami…

Arcydzieło. Polecam.

Kriss
Recenzja ukalaza sie w 2008 roku w serwisie www.artrock.pl

Share on FacebookTweet about this on TwitterShare on Google+Pin on PinterestShare on LinkedInEmail this to someone