Ulice fascynacji

Czy muzyka może być lekarstwem dla duszy? Czy emocje w niej zawarte mogą do złudzenia przypominać własne odczucia, myśli i pragnienia? Czy wreszcie słowa z niej płynące mogą być dźwiękowym odpowiednikiem pamiętnika? Jest tylko jedna odpowiedź na wszystkie te pytania. Odpowiedź twierdząca. Odpowiedź podparta muzycznym dowodem. Trudno zresztą się temu dziwić, gdy już sama nazwa zespołu jest specyficznym rodzajem Lekarstwa.

To nie czas i miejsce, by raz jeszcze przypominać o wyjątkowym miejscu The Cure w krainie rocka. Takie wspominki byłyby dla wielbicieli tej grupy banałem, zaś przeciwnicy na pewno i tym razem nie uwierzyliby, że „Pornography”, „Faith” czy „Disintegration” to jedne z oryginalniejszych muzycznych dzieł lat 80-tych. Wielka trójka… Pełna smutku i przejęcia trylogia (oczywiście traktowana dość umownie). Termin „trylogia” znaczy w tym przypadku najlepsze płyty, a nie rzeczywista trylogię The Cure ).

To był pierwszy album Lekarstwa, z którym się zetknęłam. Wcześniej znałam ich tylko z pojedynczych piosenek (nieśmiertelne „Boys don’t cry”), a poza tym jakoś tak bardziej ciągnęło mnie w stronę cięższego uderzenia. Jednak już pierwsze przesłuchanie wywołało u mnie coś na kształt szoku. The Cure urzekł niezwyczajną zwyczajnością, wręcz prostotą. Bo przecież ich kompozycje nie są jakoś szczególnie zawiłe i skomplikowane – przeciwnie konstruowane są przy pomocy tradycyjnych rockowych instrumentów (ten fantastyczny bas – choćby w „Fascination Street”), łatwych do zapamiętania schematów muzycznych. A jednak właśnie ta prostota podnosi ich twórczość do miana sztuki. Bo choć grać w ten sposób mogło wielu, to jednak nikomu nie udało się wykreować tak przejmującej atmosfery. Atmosfery pełnej jakiegoś przenikliwego chłodu i przeraźliwie szczerego smutku. No i te teksty (może raczej poezja) – opowiadające o niespełnionych nadziejach, przemijaniu, utraconych uczuciach („Last Dance”, „The Same Deep Water as You”, „Pictures of You”).

Do tej układanki koniecznie należy dołączyć niesamowity dramatyzm i charyzmatyczny, pełen ekspresji wokal Roberta Smitha. W tytułowym kawałku „wyrzucany” tekst bardziej niż śpiew przypomina słowa wypowiadane pod wpływem danej chwili, pod wpływem danego zdarzenia życiowego (jak sugeruje tytuł niezbyt przyjemnego). Przez długi czas nie byłam w stanie słuchać dwóch ostatnich kawałków z „Disintegratioin”, wydawało mi się bowiem, że psują one nieco dramatyzm wykreowany przez tytułowy utwór. Dla mnie po czymś takim mogła nastać tylko cisza… Sam na sam z własnymi myślami… Jednak w końcu się przełamałam – „Homesick” i „Untitled” są tu po to, by rozpalić płomień nadziei. Bo mimo wszechobecnego zimna znaleźć można na „Disintegration” chwilowe przebłyski szczęścia i radości – choćby w dobrze znanym „Lullaby”, czy w „Lovesong”. Ten ostatni utwór to niby banalna, wręcz popowa piosenka. A jednak jest w niej coś magicznego, niespotykanego. Bo przecież prostota to jeden z najlepszych atutów The Cure.

„Disintegration” doskonale sprawdza się jako dźwiękowe tło do wieczornych spacerów po zatłoczonych ulicach (fascynacji ?). To tak jakby ktoś jednym magicznym przyciskiem wyłączył odgłos świata. Zabiegani ludzie, szczęśliwe pary, nędzni żebracy, porzuceni kochankowie, bezimienne postacie… wszyscy oni biorą udział w przedstawieniu, są niczym marionetki, którym muzyka układa scenariusz. Brzmi tak, jakby była dźwiękowym odzwierciedleniem myśli i serca. Pełno w niej chłodu, ale i piękna. Pełno szczerości i zaangażowania. The Cure doskonale wiedzą jak to zrobić. Zaufaj i podąż na Ulicę Fascynacji.

Autorką recenzji jest Małgorzata Gołębiewska

Share on FacebookTweet about this on TwitterShare on Google+Pin on PinterestShare on LinkedInEmail this to someone