Veni, Vidi, Vici. The Cure, Łódź, Atlas Arena.

Nie wiem do końca jak opisać ten koncert. W prasowych doniesieniach czytałem tytuły: ‚Legenda nie zawiodła’ i dalej w tym stylu. Ja mam pewien niedosyt. Może dlatego, że kapela Roberta Smitha, jak i on sam, to moi młodociani idole, ukochany zespół, muzyka. I spodziewałem się może dlatego po koncercie czegoś więcej, choć tak naprawdę chyba winna jest słaba akustyka łódzkiej hali. Wizualnie było także tak sobie. Pamiętam obsługę video kamer na koncercie Foo Fighters. Tam była bajka, profesjonalizm z najwyższej półki, tutaj na dwóch ekranach dwa obrazy ze statycznych kamerek ustawionych gdzieś koło głośników. Również nie rzucały na kolana efekty wizualne na estradowych ekranach, choć bywały prezentacje, które mogły się podobać. Częściej jednak był zwykły obraz z kamery. Ale najważniejsza była muzyka i zespół. To, że tylko Simon będzie rzucał się w oczy, ruszał na scenie nie było istotne. Zespół jest b. statyczny na scenie i taki jego urok. Sam Smith nie jest jakimś specjalnym showmanem. Zero rockowej ekspresji, ale to nie wada. Taką muzykę grają The Cure i trudno by biegali na scenie w rytm np. ‚Pictures of You’, prawda?

Ciekawym spostrzeżeniem całego koncertu, dla tych, którzy tam nie byli z pewnością zaskakującym, było to, że po pierwszym, drugim bisie ludzie wychodzili do szatni i niespecjalnie szybko wracali do bram słysząc, że zespół gra kolejny bis (były trzy, w ostatnim dopiero zespół zagrał ‚Lullaby’, a szkoda, bo publiczność była już lekko zmęczona koncertem). Słabo wypadał Robert wokalnie, zwłąszcza w ‚Lovecats’ czy ‚Close To Me’, singlowych przebojach zespołu. Nagłośnienie było słabe, ale i zespół jakby grał cały czas na tych samych fuzzach, gitary brzmiały tak samo, czasem wydawało się, że leci ciągle ten sam utwór. Specjalnie tego się nie czepiam, taki urok koncertów, Foo Fighters przez 2,5 godziny grali jakby ‚jeden numer’. Słaba akustyka nie pozwalała wydobyć uroków i finezji instrumentów, stąd może klawisze brzmiały zawsze tak samo, w ‚Lovesong’ prawie niesłyszalnie (a one w zasadzie grają główną linię melodyjną utworu). Podobnie zespół nie starał się uzyskać brzmienia blach w ‚Why Can’t I Be You’ (zagranego również pod sam koniec koncertu), co całkowicie zmieniło kształt muzyczny tego kapitalnego songu. Przypomina mi się tutaj klawiszowiec Paul „Wix” Wickens, klawiszowiec, od lat 70-tych grający z Paulem McCartney’em (o czymś to także świadczy), właśnie z koncertu ex-Beatlesa w Warszawiem na którym to wyczarowywał on z klawiszy brzmienie trąbek w ‚Penny Lane’, wiolonczeli w ‚Eleanor Rigby’ czy fleta w ‚Fool On The Hill’. I robił to tak, że wydawało się, że słyszymy prawdziwy instrument a nie jego syntezatorowy obraz. Można jak się chce. Ale Paul to Paul!

22.10.2016, początek ok. 20.30 Ponad dwugodzinne obcowanie z wielkim zespołem. Nie od dzisiaj wiadomo, że muzykę Cure najlepiej słuchać w zaciszu domowym, może na słuchawkach, gdzie nie umyka całe piękno i głębia ich muzyki. Przypuszczalnie zespół i tak zagrał na poziomie nieosiągalnym dla żadnego polskiego bandu. Zastanawiać może, dlaczego zespół kilka ze swoich największych przebojów zagrał dopiero na bisach. To zasada koncertów rockowych, wiem o tym, ale szkoda było mi trochę publiczności zgromadzonej pod sceną, która poza kilkoma numerami jak ‚Friday I’m In Love’ czy ‚Just Like Heaven’, nie miała okazji zbytnio sobie podokazywać, o co przecież także chodzi na koncertach rockowych. Zespół zaproponował celebrowanie ich muzyki w skupieniu i raczej bezruchu. Repertuar? Chyba taki jakiego się spodziewałem. Było i ‚Last Day’s Of Summer’, ‚Plainsong’ (zaczynał koncert, podobnie jak przed laty na pierwszym koncercie zespołu w naszym kraju), moje ulubione ‚Want’, ‚In Between Day’s’, obowiązkowe ‚Boy’s Don’t Cry’. Poza tym ‚High’, ‚Fascination Street’.

Jako support Anglików zagrał szkocki zespół The Twilight Sad i grał całkiem nieźle, ale niestety wszyscy czekali na główną Gwiazdę wieczoru i sam klimat ich koncertu psuła cała otoczka koncertowa, wchodzący ludzie, powoli zapełniające się miejsca na środku sali, na widowniach, brak całkowitego wyciemnienia, hałas i brak zwracania uwagi na to co się dzieje na scenie. No i oczywiście słabsze nagłośnienie od tego, jakim mieli dysponować Cure. Przypomniał mi się koncert Counting Crows w Chorzowie przed laty. Amerykanie byli supportem The Police i było niestety tak samo, a koncert Counting Crows podobał mi się bardziej niż nijakie Police Stinga.

The Cure w Łodzi? Veni, Vidi, Vici. Mimo wszystko!

Relacja ukazała się na blogu „Mój top wszech czasów”.