Warszawa, Katowice, 18-19.02.2008

Nie wiem, czy potrafię ocenić obiektywnie, które moje koncerty The Cure były lepsze, a które gorsze. Ale wtorkowy koncert w Spodku dostarczył mi chyba najwięcej wzruszeń i masę zabawy. I tak go zapamiętam – jako prawdziwe święto. Moje gardło też długo dochodziło do siebie… A to coś znaczy, bo dawniej nie zwykłem śpiewać, a właściwie wyć, na koncertach… Warszawa była OK, nawet bardzo OK., ale jakoś ją przeżyłem bardziej na chłodno…

Zapamiętam wstępy do obu koncertów. Same rozpoczęcia są zawsze u The Cure szczególnie magiczne. To, że jeden występ zacznie się od dzwoneczków na wietrze i „Pieśni” a drugi od „Taśmy” i „Open” przewidziałem – mogłem tylko strzelać w jakiej kolejności. I mimo mojej całej miłości do „Plainsong”, całego wzruszenia, który ten utwór u mnie wywołuje, to powiem wam, że dla mnie bardziej ekscytujący jest medley „Tape/Open”. Właśnie takie otwarcie bardziej pasuje do wish-owej dynamiki obecnego składu The Cure. Są wykonania „Open” różne, czasem zbyt mało wyraźne, jednak w Spodku to było to, co tygrysy lubią najbardziej. Energia, ciężar, tempo, ale i klarowność brzmienia połączona z pełną dyscypliną wykonawczą. Wtedy już wiedziałem, że będzie lepiej niż w poniedziałek, niezależnie od setlisty. Czy ktoś zwrócił uwagę, że obecna wersja „Tape” jest nieco przetworzona w stosunku do oryginału z 1992 roku, czy to ja mam gumowe uszy?…

Gdyby tylko utwory z „Pornography” zagrane w Torwarze przenieść do Spodka… To podczas „One Hundred Years” można było najlepiej odczuć różnicę w sposobie nagłośnienia obydwu koncertów. Gdyż w Warszawie było po prostu trochę za cicho. Gdybyśmy mogli we wtorek usłyszeć jeszcze choćby „The Figurehead” („I can lose myself in chinese art and silesian girls”?) i „A Strange Day”, to już byłoby perfekcyjnie. Bo „One Hundred Years” zabrzmiało w Katowicach tak, jak powinno. Jak grzmot! I naprawdę nie zawracałem sobie głowy myślami, że nie ma wizualizacji czy innych bajerów, bo kto ich potrzebuje, gdy muzyka sama się broni w najlepsze…

Skoro było „Open”, to jego starszy brat w postaci „Shake Dog Shake” też musiał się pojawić. Zapamiętam, że uszczęśliwili mnie tym do końca. Znakomity, 100% cure’owy killer koncertowy – gniew, autoironia, agresja, jazgot. The Cure AD 1983-84. Ciekawy, choć krótki okres eksperymentów wszelakich. Wersja katowicka w pełni spełniła moje oczekiwania – wykrzyczałem ją z Robem od AAAAA do SSSSSSSSHHHHHHHHHAKE…

Zapamiętam pierwsze bisy z „At Night” na czele. Znowu mocniej, głośniej, głębiej było w Spodku. „A może oni w Warszawie zrobili pełnowymiarowy soundcheck, a nie koncert?” – pomyślałem uśmiechając się do siebie. „At Night” znowu wzleciało w powietrze wielkim znakiem zapytania: „Someone has to be there… „Znowu zabiło precyzją gitar w tworzeniu nastroju, sugestywną monotonią perkusji i atakującym trzewia ciężarem basu. Transcendencja wręcz namacalna. Potwierdzenie, że The Cure to mistrzowie kreowania atmosfery. Kafka byłby dumny, a Lynch z wrażenia wypaliłby ze siedem papierosów…

Będę też pamiętać, jak w Warszawie Robert wygłupiał się przy „Close To Me” i „Why Can’t I Be You?”, jak był bliski łez podczas obu wykonań „A Boy I Never Knew”. Jak roadie wnosił nową gitarę podczas „Push” w Warszawie, a Rob odesłał go do kąta. Zapamiętam niesamowitą energię owego „Push” i niezwykle potężne, ale jakże pięknie klarowne katowickie „Pictures Of You”, które nigdy wcześniej tak mnie nie porwało na koncercie. Może to kwestia mojego „rozpadowego” wieku?… Długo nie wyleci mi z głowy zabawnie brzmiące tremolo Smitha na gitarze podczas „Lullaby”, ani fantastyczne wersje „Fascination Street”, które mimo tak częstego męczenia tego utworu, zabrzmiało zaskakująco dobrze. Zapamiętam piękną wersję „To Wish Impossible Things” (chyba największa niespodzianka, jeśli chodzi o setlistę…). Zapamiętam, jak Rob próbował w Katowicach złapać w swoje ręce pierwsze nuty Simona w „At Night”. Zapamiętam też długo, jak Robert na pożegnanie rzucił swoje „Thank you, good night, see you next time” a potem ukłonił się i puścił do nas frywolnie oko. Nie zapomnę nigdy tych emocji i radości, jaką odczuwałem stojąc 10 czy 15 metrów przed sceną. To jest jakiś inny świat.

Miałem wiele obaw przed tymi koncertami. że może jednak atmosfera nie taka bez tych klawiszy? Taka taka! że chłopaki się postarzeli i brak im wigoru? Wolne żarty. Że nagłośnienie w Torwarze jak zwykle będzie do bani? Nie było, bo było świetne, tylko reżyser trochę przyciszył – może właśnie dlatego, by było słychać? Że już mnie tak to nie ruszy, jak 12 lat temu w Katowicach czy potem w Berlinie? Ruszyło, i to jak! – szczególnie w Spodku. A więc zero rozczarowań? Tak. To, że publika nie tak żywiołowa jak w 1996 roku, w ogóle mnie w tym momencie nie interesowało. The Cure grali dla mnie, ja tam byłem, słuchałem i bawiłem się, więc co mnie mogło obchodzić, jak zachowują się inni?…. Może jeszcze to, że „Us Or Them” i „Freak Show” to raczej pomyłki, ale kamaaan – to tylko fragmenciki z siedemdziesięciu utworów granych podczas koncertów. A poza tym zagrali je tylko w Wawce.

Kiedy mija czas od kolejnych bezpośrednich spotkań z zespołem, pewne wrażenia zacierają się i w pewnym momencie na podstawie zdjęć, zapisów video, cudzych opinii czy wreszcie wrażeń wywoływanych najnowszymi nagraniami zaczynasz coraz bardziej sceptycznie na nich patrzeć. A to Rob jest za gruby i za stary, a to muzyka nie taka jak na „Wish” czy „Porno”, a to nie ma klawiszy, a to zespół jest leniwy i za rzadko wydaje albumy. Potem jednak przychodzi kolejny koncert – taki jak w Warszawie lub w Katowicach – na którym Robert z załogą rozkładają cię na łopatki. Bo jak mają nie rozłożyć, kiedy Smith jest w tak wspaniałej formie wokalnej, do tego rozkosznie rozbawiony podczas pop-bisów w Torwarze, czy przeszywająco wzruszający w końcówce „A Boy I Never Knew”, zwłaszcza w Katowicach. I kiedy okazuje się, że nie jest wcale taki gruby ;) Jak ich nie podziwiać, kiedy Jason wreszcie przekonuje swoją finezją i energią, a Porl imponuje wybornymi szaleństwami gitarowymi, wizerunkiem, czy wreszcie dobrym humorem i pozami wykonywanymi dla ludzi tuż przed sceną. A Simon? Simon to Simon, co tu dużo gadać: przegość i tyle. To na jego basie opiera się przecież cała ta niecodzienna muzyka…

The Cure utwierdzili mnie w przekonaniu, że są klasą samą dla siebie. Kto tam wie, jakie jeszcze nagrania nam zafundują – może to już będzie jakiś autoplagiat albo plumkanie bez pomysłu. Ale koncertowo są po prostu na samym szczycie. Grają z przekonaniem i daje im to wiele radości. Im i nam. Czapki z głów!

The Cure to moja chłopięcość i niedojrzałość, to wciąż żywe nastoletnie wahania, nadzieje i rozczarowania. The Cure to moja zbyt naiwna, zbyt wrażliwa część, która zmaga się wciąż z narastającym od czasu „wejścia w dorosłość” cynizmem, niewiarą i emocjonalnym odrętwieniem. Dopóki The Cure funduje mi takie święta, daje mi takie emocje, wiem, że ta chłopięcość przeżyje mimo coraz mocniejszego oblężenia.

I za to im dziękuję, za to dziękuję Robertowi Smithowi, który nie chce spocząć na laurach i nie zatrzymuje się, bo kocha to co robi. Bo widać, że to kocha. Facet jest dla mnie wielką inspiracją. Wciąż.

Moja trzydniówka z The Cure nie byłaby tak fajna, gdyby nie ludzie, z którymi ją przeżyłem. Kadry panie to podstawa, więc dziękuję i pozdrawiam wszystkich, z którymi mogłem spędzić ten czas – przy muzyce, piwku (czasem z konieczności pszenicznym – choć dobrym, przy śniadaniach i obiadach oraz w tramwajach, taksówkach i w samochodzie na kultowej gierkówce.

Byłem więc już na pięciu koncertach The Cure. Chcę być na jeszcze pięćdziesięciu. To wish impossible things??? Well… it’s never enough! Więc trzymam Cię za słowo, panie Smith.

frankenstein

PS. Aha – jeśli komuś kiedyś wpadnie do głowy spać w Katowicach w Hotelu Olimpijskim koło Spodka, to sugeruję zwrócić uwagę, gdzie dokładnie położony jest apartament. Co z tego, że grzejniki grzeją, a okna zamknięte, gdy w środku 14 stopni? Pani z recepcji powiedziała, żeby się nie dziwić, bo przecież pokój jest od… strony lodowiska! No tak, czego tu oczekiwać? „Pani kierowniczko, jest zima, to musi być zimno! Takie są odwieczne prawa natury.” Mówię wam: Bareja wiecznie żywy…

Share on FacebookTweet about this on TwitterShare on Google+Pin on PinterestShare on LinkedInEmail this to someone