Bezbarwny maraton. Warszawa, Torwar 18.02.2008

„Co, już się nie boisz?” – spytała mnie mama, kiedy kilka dni temu zakomunikowałem w rozmowie, że w poniedziałek to ja idę na The Cure, nawiązując do niekontrolowanych napadów paniki przy teledysku „Lullaby” w wieku sześciu lat. To zabawne wspomnienie nie zmienia faktu, że autentyczną i szczerą fascynację The Cure przeżyłem wiele lat później, w liceum (a to niespodzianka), zdzierając do oporu kasety „Disintegration” czy „Bloodflowers” tudzież zasłuchując się w składance wczesnych singli na szkolnej wycieczce zamiast poświęcać uwagę koleżankom z klasy. Jak to z licealnymi fascynacjami bywa, obracają się w sentyment rzadko kiedy połączony z szacunkiem, jednak w przypadku grupy z Crawley tak właśnie się stało. Od kilku lat powracam sporadycznie do ich płyt, chłodnym uchem weryfikując przydatność tych albumów w różnych kontekstach i cenię sobie ten dystans, bo „przecież jest tyle dobrych zespołów”, że naprawdę nie trzeba całe życie słuchać jednego. Tyle tytułem wstępu.

Mimo tego idąc na koncert sądziłem, że zadziała magia nazwy i atmosfery stworzonej przez wielomilionową społeczność polskich fanów The Cure. Spodziewałem się, że stanę w gorączkowo reagującym tłumie, gdzie każdy będzie śpiewał teksty i tak dalej. Nie wiem czemu, bo wcale tak się nie działo. W odległości mniej więcej 1/3 płyty od sceny panowała pełna swoboda ruchu i przekrój wiekowy 6-60. Ktoś tam klaskał, ktoś krzyczał, ktoś sobie nucił, większość kręciła koncert komórkami, byli nawet goście, którzy coś tam palili – w tym wszystkim trudno było oprzeć się wrażeniu o lekkiej przypadkowości stojących wokół osób.

Nieważne. Zaczęli od „Plainsong” i o tym, co działo się ze mną w trakcie tego utworu, mogę opowiedzieć tylko bardzo bliskim osobom. Migające światełka, przepięknie płynąca introdukcja i epickie runięcie kilka minut dalej – ten wieczór mógłby się dla mnie skończyć po pierwszym kawałku i nie czułbym żalu. Dziwne rzeczy zaczęły się dziać później – nie należę do ludzi podpierających ściany w obiektach koncertowych, a tu niezależnie od tego czy zespół wykonywał swoje klasyczne kawałki (poza „Pictures Of You” – wzruszenie #2, „Push” – wzruszenie #3 i może jeszcze ze trzy inne) czy nijak nie broniący się materiał z ostatnich lat, nie potrafił wzbudzić we mnie grama entuzjazmu. Co tam nie grało, że zamiast kontemplować wielominutowe wykonanie „From The Edge Of The Deep Green Sea” przeliczałem w pamięci ile numerów do końca setu?

Zdaje się, że coś złego stało się z The Cure podczas prac z Rossem Robinsonem nad self-titled. Jako ktoś, kto wychował się na podwodnych gitarach i wielowarstwowych klawiszowych plamach (a la trzecioligowy Vangelis – pozdrawiam Pawła Sajewicza!) „Disintegration” czy podziwia śmiałe aranżacyjne posunięcia grupy z lat 1983-87, nie umiem się pogodzić ze zredukowaniem składu do dwóch gitar, basu i perkusji, bardzo okazjonalnie wspieranych komputerem. To brudne, szorstkie, chropowate brzmienie, jakie prezentuje od przynajmniej 2004 roku brytyjski kwartet, wbija nóż w serce wielu starszym kompozycjom. Ej no, siłą wczesnych nagrań nie były przecież masywne partie gitarowe, a ostrożnie dawkowany, punktowy minimalizm. Dla mnie „Killing An Arab” nie powinno brzmieć jak Metallica, powinno brzmieć albo jak Buzzcocks, albo wcale.

Odnośnie długości, Fire Engines grywali koncerty, które trwały po piętnaście minut, wychodząc z założenia, że w interakcji artysta/widz liczy się tylko intensywność emocji. The Cure mają nieco więcej materiału, ale, na Boga, nie znaczy to, że nawet najgenialniejszymi kawałkami da się utrzymać napięcie przez trzy godziny i dziesięć minut (3,78 PLN za piosenkę, dla tych, którzy lubią sobie przeliczać). Tym bardziej sięgając po tak średnie punkty repertuaru, jak słabiutkie kawałki z „The Cure”, drugorzędne single typu „Wrong Number” czy bezbarwne kompozycje z nadchodzącej płyty. Ekstrakt z najlepszych momentów formacji niekoniecznie musi przecież oznaczać tracklistę „Greatest Hits”. Koniec końców momenty niezwykle (a na pewno takie trafiły się) umykały w tym maratonie.

Wielbiciele The Cure mają swoje inne zdanie odnośnie tego koncertu i świetnie, na zdrowie. Może jednak nie zwariowałem jeszcze do reszty i znajdzie się przynajmniej jedna osoba, której tego wieczoru również brakowało bardzo wielu rzeczy, żeby choćby pomyśleć o wpisaniu go na listę życia. Klikać w nazwisko poniżej.

Kuba Ambrożewski

 

Relacja ukazała się na portalu muzycznym Screenagers.