Wciąż na fali

(Recenzja napisana 1 listopada 2008 r.)

Jeśli ktoś zwątpił już w Roberta Smitha, to czeka go teraz smutna niepodzianka. The Cure powracają w formie, w jakiej nie słyszeliśmy ich od wczesnych lat 90. „4:13 Dream” aż kipi od emocji, melancholijnego nastroju i wpadających w ucho melodii.

Przede wszystkim grupa dawno nie miała takiego dobrego początku płyty jak w przypadku trzech kolejnych utworów „Underneath The Stars”, „The Only One” „The Reason Why”. Pierwszy rozciąga się w sześciominutową suitę w duchu ostatnich fascynacji postrockiem, drugi to wręcz idealny radiowy singiel na miarę „Friday I’m In Love”, a trzeci może wpędzić w kompleksy zastępy nowojorskich zespołów jak The Bravery czy nawet Interpol, które próbują na nowo korzystać ze spuścizny po The Cure.

Poza tym prawie cały album trzyma równy, wysoki poziom pod względem kompozycji oraz różnorodności stylistycznej. Nie brakuje na nim funkujących niespodzianek jak „Freakshow”, prostego i poruszającego „Hungry Ghost”, najbardziej współczesnego pod względem brzmienia „Sleep When I’m Dead” czy zaraźliwiego melodyjnością „The Real Snow White”. Wreszcie ostatnim, i wydaje się, najmocniejszym elementem tej płyty, jest przedostatni mroczny utwór „The Scream”, który dramaturgią przypomina najlepsze momenty „Disintegration”. W ten właśnie sposób grupa udowadnia, że wciąż potrafi zmierzyć się ze swoją legendą.

Po ostatniej wizycie w Polsce na początku roku, kiedy The Cure zagrali dwa ponad trzy godzinne koncerty w Spodku i na Torwarze, pewnie nikt nie miał wątpliwości, że Robert Smith wciąż jest w świetnej formie. Na dobre zespołowi wyszło skurczenie składu do czterech osób oraz powrót gitarzysty Porla Thompsona, który od początku kariery grupy regularnie przewija się w jego szeregach. Nie da się jednak ukryć, że repertuar ostatniej dekady nijak ma się do osiągnięć w latach 80. Ta sytuacja zepchnęła również The Cure do pozycji „zespołu kultowego”, który może i cieszy się uznaniem grona fanów, ale są oni raczej ślepo zapatrzeni w jej dokonania i nie potrzebują ciągłego potwierdzania wielkości zespołu.

Na szczęście od pewnego czasu można obserwować powolne wychodzenie zespołu z tej izolacji muzycznej, na którą członkowie zespołu sami się skazali. Świadczyły o tym przy okazji przedostatniego albumu występy na popularnym amerykańskim festiwalu z muzyką niezależną Coachella czy wspólne koncerty z Interpol i Mogwai. Natomiast w tym roku znaczenie zespołu odbudowują też takie wydawnictwa jak „Perfect As Cats: A Tribute To The Cure”, na którym jego covery wykonują m.in. ubiegłoroczna rewelacja brytyjskiej sceny Bat For Lashes, popularny amerykański zespół indie-rockowy The Dandy Warhols czy nawet metalowe Jesu oraz EP-ka „Hypnagogic States”, na której część repertuaru „4:13 Dream” zremiksowali członkowie 30 Seconds to Mars, 65 Days Of Static, My Chemical Romance, Fall Out Boy, którzy dziś stylizują brzmienie, a nawet image, na wzór The Cure.

Dla Roberta Smitha to bardzo ważny moment w karierze, ponieważ jego grupa pozostaje jednym z ostatnich aktywnych składów, które są pomostem między latami 80., nową falą a rozwijającymi się wciąż nowymi trendami w muzyce gitarowej. Najnowszym albumem The Cure świetnie skorzystali z tej sytuacji i pokazali, że wciąż są na fali.

Jacek Skolimowski
Recenzja znaleziona na stronie Students.pl

Share on FacebookTweet about this on TwitterShare on Google+Pin on PinterestShare on LinkedInEmail this to someone