Werchter Festival, 2.07.2000

….Kiedy w kwietniu dane mi było przeżyć dwa wspaniałe spotkania z THE CURE w Pradze i Łodzi, nie przypuszczałam, że to jeszcze nie koniec mojego Dream Tour’u w tym roku…

Gdy pojawiła się kolejna możliwość zobaczenia ich na żywo, zastanawiałam się co najwyżej dwie sekundy – a jeśli to rzeczywiście ostatnia trasa??? może to mój ostatni koncert??? nie mogę nie pojechać – przecież nie wybaczyłabym sobie do końca życia!….

…i tak oto moja Trasa Marzeń niespodziewanie się przedłużyła….

…Poranek w Werchter wyjątkowo gorący….Bramki udało się przejść bez bólu, a więc będzie można spokojnie nagrywać i robić zdjęcia… Dopiero 11.00, a już tak grzeje! Jak na patelni….Walczę z rosnącym upałem i coraz bardziej natrętnym zmęczeniem po podróży… nie pomaga nawet zimne piwo (strasznie cienkie zresztą)….jak wytrzymam do 23.00, skoro dopiero 13.00???? Całe szczęście, że nie jestem sama, dzięki temu udaje mi się nie zasnąć…

Zaczyna Counting Crows, a więc już 17.30….godziny spędzone na zabijaniu czasu…. nie sprawdziły się prognozy internetowe – miało być pochmurno z przelotnym deszczem, a tu tak przygrzewa…. Jest po 19.00 – zaczyna Paul Weller – to chyba odpowiednia pora, by przemieścić się bliżej sceny, choć tłumy niesamowite… robi się coraz bardziej nerwowo – już za cztery godziny….

….nagle czuję krople deszczu!….przed 21.00 – w miejsce Pearl Jam, którzy odwołali swój występ z powodu tragedii w Roskilde – wychodzą na scenę muzycy z Live….a deszcz pada coraz bardziej….Live całkiem niezły, chociaż wolałabym, żeby to był jednak R.E.M….. z nieba ktoś wylewa wodę wiadrami… no i jak ja będę nagrywać Cure`ów w takiej ulewie?….. nie przypuszczałam, że pod moim parasolem mieści się naraz tyle osób…. wmawiam innym (choć sama w to nie wierzę), że niebo się przejaśnia i na Cure`ach na pewno przestanie padać….

PRZESTAŁO PADAĆ!!! Jestem całkiem przemoczona, ale co tam – już prawie 23.00… nagle słychać znajome dźwięki…tak – to Adagio For Strings…uruchamiam nagrywanie… po kilku minutach Out Of This World, Watching Me Fall – czyli bez niespodzianek… od razu powala mnie wspaniałe nagłośnienie…no i te dwa ogromne telebimy, na których spokojnie oglądam każdy ruch Roberta, każdy nieśmiały uśmiech czy grymas na Jego twarzy, skupienie nad gitarą…

Want – „…chcę, żeby niebo spadło mi na głowę…chcę, żeby zamiast deszczu padała krew…” Fascination Street, Open – …gapię się jak dziecko, a Robert przychyla mi nieba….

The Loudest Sound – jedyny utwór na ostatniej płycie, za którym nie przepadam, na koncercie też mi nie pasuje…wolałabym w tym miejscu Where The Birds Always Sing… albo There Is No If …

Maybe Someday – …może ten dzień jest końcem wszystkiego?…. Shake Dog Shake – co za siła!!! From The Edge Of The Deep Green Sea – …cudownie, zaraz usłyszę to, co kocham słyszeć: “…never never never never never let me go she says…”, a potem: “…why why why are you letting me go? she says…” to nie deszcz, ocieram łzy z twarzy…..

Inbetween Days – jeśli zagrają podobnie jak w Pradze, to zaraz powinno nastąpić…..

JEST!!! SINKING – I am slowing down as the years go by I am sinking… tonę razem z Robertem… to drugi, po Faith, tekst, który rozkleja mnie w każdej sytuacji, nie jestem w stanie się opanować…… z bardzo daleka wracam do rzeczywistości – muszę zmienić dyskietkę….niestety, The Kiss będzie bez kawałka wstępu…. ale chłopaki dają czadu….czuję wszystkie wnętrzności….moje serce bije w rytm perkusji….. bardzo szybkie przejście w Prayers For Rain z dziwnym początkiem (jak to dobrze, że dyskietkę zmieniłam przy poprzednim utworze!)….Robert nie pociągnął „raaaaaain” tak jak w Katowicach…ale i tak było wspaniale…. na niebie błysnęły światełka kolejnego samolotu startującego z pobliskiego lotniska…jak to dobrze, że nie ma nad nami sufitu….można odlecieć dalej….

100 Years – jeszcze raz dzięki za telebimy – jak na dłoni widać białe pulsujące światła na całej scenie… co za siła!!!… ale czy będzie jeszcze dzisiaj „pornograficznie”????….

39 – „So the fire is almost out and there`s nothing left to burn..” znowu nie mogę uciec od myśli, że to już może naprawdę ostatni koncert Cure w moim życiu…

Bloodflowers – coraz bardziej czuję, że nadchodzi moment rozstania…. nie wiem, czy to tylko moje wrażenie – Robert odśpiewuje tekst z WYJĄTKOWYM smutkiem i rezygnacją…. znowu jeden z najbardziej wyczekiwanych momentów: ”…Between you and me….” …tysiące godzin wyrzuconych za siebie, bym przez chwilę „żyła”… temu uczuciu NIGDY nie pozwolę przeminąć….

….Co będzie, kiedy powrócą na scenę po przerwie????….jak długo będę jeszcze czekać na to najważniejsze: „Catch me if I fall I`m losing hold…” ? …..wreszcie wracają!!!! Zaczyna się dziwnie, ale znajomo – Just Like Heaven….ktoś z tłumu puszcza bańki mydlane, które lecą do nieba…jest bajkowo…. Co dalej? – niespodzianka! Boys Don`t Cry… a dlaczego mieliby nie płakać?…tempo coraz szybsze, momentalne przejście w 10:15 Saturday Night – znowu jest czadowo… i kolejne zaskoczenie – Killing An Arab – co za ENERGIA!!!! Aż mnie przytkało, tak mnie sponiewierali natężeniem dźwięków…. I nagle: „Good Night, Thank You”….. zaraz, zaraz – jakie Good Night??? A gdzie Faith? Figurehead? A Forest?…. Czyżbym już nigdy w życiu miała nie usłyszeć na żywo Trust? The Same Deep Water As You?… po cichu marzyłam o Like Cockatoos, If Only Tonight We Could Sleep… nawet Hanging Garden czy Other Voices chodziły mi po głowie (New Day czy Play były chyba poza zasięgiem)… a tu “Good Night”….niestety, to nie był żart… zamiast The Cure, zza sceny rozbłysły sztuczne ognie… niebo straciło dla mnie magię….

…Cóż, z poczuciem niedosytu stoję zagubiona w rozchodzącym się tłumie…. nie pozostało nic oprócz wiary, że hasła Roberta typu: „ostatni” po raz kolejny się nie sprawdzą…. i że dla tego rozczochranego, nieśmiałego faceta, dla Jego „melancholijnych kawałków” i płaczliwego głosu znowu będę miała kiedyś okazję tłuc się przez pół Europy….

…Pierwszy koncert Cure widziałam na odkrytym stadionie w Budapeszcie, potem były cztery kolejne w halach, teraz znowu przestrzeń – dzięki Werchter przekonałam się, że występy pod gołym niebem są o wiele bardziej odlotowe i głębiej się je przeżywa….. może więc jeszcze kiedyś dane mi będzie Cure`ować się na jakimś letnim festiwalu…..?????

….TO TOUCH THE SKY JUST ONE MORE TIME… – DZIĘKI KONCERTOWI LEKARZY UDAŁO MI SIĘ DOTKNĄĆ NIEBA RAZ JESZCZE……

Olga Palka

PS : Dziękuję tym wszystkim, którzy pomogli mi przedłużyć mój tegoroczny DREAM TOUR…

Share on FacebookTweet about this on TwitterShare on Google+Pin on PinterestShare on LinkedInEmail this to someone