Wyrazić siebie

Niewiele jest zespołów z trzydziestoletnią historią, których losy byłyby tak burzliwe, a skład tak niestabilny. The Cure niejednokrotnie byli o krok od rozpadu. Niejeden raz zapowiadali, że nie będą już nagrywać płyt. A jednak Robert Smith nie dal się pokonać demonom i niestrudzenie ciągnie ten wózek.

Robert James Smith urodził się 21 kwietnia 1959 roku w Blackpool w Anglii jako trzecie z czterech dzieci państwa Alexa i Rity Smith. Gdy miał siedem lat, cała rodzina przeprowadziła się do miasta Crawley w hrabstwie West Sussex, niecałe 50 kilometrów na południe od Londynu. Jeśli coś zawdzięczam Crawley, to tylko chęć wyrwania się stamtąd i poznania świata — wspominał Smith w wywiadzie dla „Tylko Rocka” w 2002 roku. Gdyby bowiem wszędzie było jak w Crawley, palnąłbym sobie w łeb. To było i nadal jest tak bezduszne miejsce!
Jego rodzice byli dość wyrozumiali: sam twierdził, że kiedy był dzieckiem, traktowali go jak równego sobie. Trochę gorzej wspomina szkołę. Nigdy nie potrafiłem pojąć, dlaczego szkolny reżim jest pomyślany tak, aby skutecznie zniechęcić uczniów do czytania i do zdobywania wiedzy — mówił. Cały czas miałem kłopoty, bo usiłowałem coś zmieniać. Trochę lepsze wspomnienia zachował jedynie z Notre Dame Middle School, do której uczęszczał między 11 a 13 rokiem życia. Była to szkoła bardzo liberalna, stawiająca na swobodę myślenia. Dopiero tam dotarło do mnie, że nie wszyscy nauczyciele to sukinsyny, a może i więcej, że nie wszyscy dorośli to sukinsyny. Znacznie gorzej wspomina już lata spędzone w St. Wilfrid’s Comprehensive School, z której został wydalony w ostatnim roku nauki. Tak naprawdę edukację zawdzięczam starszemu bratu i ojcu — mówił nam. Zawdzięczam im obu więcej niż nauczycielom.

Starszemu bratu zawdzięcza takie edukację muzyczną. To on zabrał go na festiwal na wyspie Wight, gdzie na Robercie szczególne wrażenie zrobił występ Jimiego Hendrixa. Dodajmy, że w domu nie brakowało płyt The Beatles, The Rolling Stones i Captaina Beefhearta. Od brata przyszły lider The Cure dostał także pierwszą gitarę. Gdy nadeszły czasy glam rocka, Smith zaczął interesować się nie tylko muzyką, ale także całą otoczką, która jej towarzyszyła. Po tym, jak zobaczyłem Davida Bowiego w makijażu w „Top Of The Pops”, natychmiast pożyczyłem od starszej siostry zestaw do makijażu i pomalowałem sobie twarz – wspominał w wywiadzie dla „Billboardu”. Podobalo mi się to, jak dziwnie wyglądałem i to, jak bardzo ten fakt denerwował ludzi. Nakładasz cień do powiek i ludzie zaczynają na ciebie krzyczeć. Jakie to dziwne i jakie cudowne…

Mimo swojej niechęci do szkoły to właśnie w Notre Dame Middle School Robert poznał Michaela Dempseya i Laurence’a Tolhursta, z którymi zaczął grywać po lekcjach. Jeden z ich pierwszych zespołów nazywał się The Obelisk. Założyłem grupę, bo coś trzeba było robić— wspominał początki swojej działalności w „Tylko Rocku” Smith. W tym czasie w ogóle nie myślałem o sukcesie. Zespól to byty spotkania z kolegami, robienie hałasu i picie piwa, które dostawaliśmy zamiast honorariów. W styczniu 1976 roku Marc Ceccagno, Robert Smith i Michael Dempsey wraz z dwoma kolegami ze szkoły sformowali zespół Malice. Smith pełnił w nim tylko funkcję gitarzysty, nazwisko pierwszego wokalisty nie jest znane. Po kilku przetasowaniach w składzie nowym frontmanem został Martin Creasy, Porl Thompson objął funkcję gitarzysty prowadzącego, a Laurence (zwany w skrócie Lol) Tolhurst został perkusistą. W tym składzie grupa dała tylko trzy koncerty — wszystkie w grudniu 1976 roku.

Gdy w styczniu 1977 roku odszedł Martin, formacja zmieniła nazwę na Easy Cure (od tytułu piosenki napisanej przez Lola). A wiosną rozpoczęła regularne występy, głównie w Crawley i okolicach. W domu rodziców Roberta Smitha zarejestrowała pierwsze demo. Michael: Starzy Roberta mieli przybudówkę i tam ćwiczyliśmy trzy, cztery razy w tygodniu. Robert przynosił akordy, ja kombinowałem linię basu, Lol wymyślal podkład, a potem obydwaj pisali słowa. Niebawem trafili na ogłoszenie niemieckiej wytwórni Hansa, która szukała młodych zespołów. 13 maja w londyńskich Morgan Studios odbyło się przesłuchanie. Włączyli kamerę wideo i powiedzieli: „Zagrajcie kilka swoich piosenek” — wspominał Smith. Zagraliśmy, a oni podpisali z nami kontrakt.

We wrześniu 1977 roku zespół opuścił wokalista Peter O’Toole. Jego obowiązki przejął Robert Smith i jesienią tego samego roku grupa zaczęła pierwsze nagrania, zgodnie z postanowieniami kontraktu z Hansą. Wytwórnia jednak nie była zadowolona z rezultatów. Szefom Hansy nie spodobała się piosenka Killing An Arab, którą zespół chciał umieścić na pierwszym singlu. Jej tytuł mógł sugerować rasistowską postawę muzyków, chociaż tekst został zainspirowany powieścią Obcy Alberta Camusa, a konkretnie sceną zabójstwa nieznajomego Araba przez głównego bohatera. Mimo że piosenka nie niosła w sobie żadnych treści rasistowskich, emocje wokół niej nie opadły przez lata. Wzbudziła kontrowersje, kiedy ukazała się na składance Standing On A Beach (Fiction Records, 1986), radio unikało grania jej, kiedy wybuchła wojna w Zatoce Perskiej, a także po wydarzeniach z 11 września 2001. W późniejszych latach lider The Cure podczas koncertów zmieniał tekst utworu, śpiewając na przykład Kissing An Arab lub Killing Another.

Wróćmy jednak do 1978 roku. Po starciach z wytwórnią, która chciała, by Easy Cure wykonywali przeróbki piosenek innych wykonawców, młodzi muzycy zostali ostatecznie bez kontraktu. Dawali nam te stare piosenki do zarania – żalił się Smith w wywiadzie dla „New Musical Express” z 1978 roku. Nie mogliśmy w to uwierzyć. Było lato 1977 i myśleliśmy, że będziemy mogli nagrać szokujące piosenki, które napisaliśmy, a oni oczekiwali od nas nowych wersji banalnych kawałków rock’ n’ rollowych. Duch punk rocka na dobre wstąpił w młodych muzyków. Bezkompromisowa postawa być może uratowała przyszłość grupy, ale w rezultacie Easy Cure wrócili do punktu wyjścia nie wydając oficjalnego materiału. Dziś można bez problemu przekonać się o ich ówczesnych zdolnościach dzięki reedycji płyty Three Imaginary Boys z 2004 roku (Fiction), która zawiera dodatkową płytę z bonusowym materiałem, w tym z utworami z taśm demo nagranych przez Easy Cure.

Kariera Easy Cure nie trwała długo. 22 kwietnia 1978 roku zagrali swój ostatni koncert w Montcflore Institute Hall nieopodal rodzinnego Crawley, po którym pożegnali się (jak się później okazało nie na zawsze) z Porlem Thompsonem. Następnie skrócili nazwę do The Cure i jako trio zaczęli pracę od nowa.
Dwie osoby pomogły nadać karierze The Cure rozmach. Jedną z nich był John Peel, drugą Chris Parry. Legendarny prezenter radia BBC zaprosił grupę do udziału w swoich sesjach. Po raz pierwszy zagrała u niego 4 grudnia 1978 roku. A potem powracała do jego programu jeszcze w 1979, 1980, 1981 (w styczniu i w grudniu) oraz 1985. Chris Parry, który poszukiwał zespołów do swojej nowo powstałej firmy Fiction, bez wahania podpisał kontrakt ze Smithem i spółką po zapoznaniu się z ich taśmą demo. Pierwszy singel, Killing An Arab/10:15 Saturday Night, ukazał się jednak w barwach Smali Wonder, w grudniu 1978 roku. Taki krok był decyzją Parry’ego, który doszedł do wniosku, że wytwórnia Polydor, której podlegała Fiction, nie jest zainteresowana wydawaniem singla nieznanych debiutantów w gorącym, przedświątecznym okresie.

Kontrowersje, jakie wywołała piosenka ze strony A, nie pomogły grupie przebić się na listy przebojów. The Cure zabrali się więc za nagrywanie pierwszej długogrającej płyty. Roli producenta podjął się sam Chris Parry. O atmosferze sesji przesądził konflikt między nim a Smithem — obaj mieli odmienne wizje powstającego dzieła. Utwory zarejestrowano mimo wszystko dość szybko, zachowując surowe, minimalistyczne brzmienie. Album zatytułowany Three Imaginary Boys w Anglii ukazał się w czerwcu 1979 roku. Co ciekawe, zespół zdecydował się na krok, który był dość popularny w latach 60., polegający na nie umieszczaniu singlowych kawałków na dużej płycie. W rezultacie na debiutanckim wydawnictwie zabrakło piosenek Killing An Arab i Boys Don’t Czy. Pojawiły się natomiast w amerykańskim wydaniu płyty, które pod tytułem Boys Don’ t Cry ujrzało światło dzienne w 1980 roku. Pomijanie materiału singlowego na albumach zdarzało się The Cure także w przyszłości.

Debiut nie miał zbyt ciepłego przyjęcia. Recenzent „New Musical Express” pisał: Ich produkt jest bardziej sztuczny niż inne. Może jest to część ich planu, ale raczej wygląda na naiwność Dalej zaś znęcał się nad zdolnościami młodych muzyków: Przez większość czasu wokalista próbuje złapać oddech, gitarowe riffy są oględnie mówiąc prymitywne, perkusja brzmi jak zabawka… Płytę pochwalił jedynie magazyn „Sound”, który przyznał jej aż pięć gwiazdek. Na łamach tego pisma można było przeczytać, że Three Imaginary Boys to album, który obiecuje coraz lepszy i coraz bogatszy materiał.

Na „Three Imaginary Boys” nagraliśmy 24 piosenki w 5 dni — bronił swojego dzieła Smith w 1980 roku. Wszystkie kawałki z długiego początkowego rozkwitu naszej działalności zostały zarejestrowane w grudniu 1978 roku i następnie zdecydowaliśmy, które umieścić na płycie. Chociaż wiele z nich jest dobrych, albumowi brakuje spójności. Jednak nawet i on po latach przyznawał, że nie ma dobrego zdania o debiucie. Nienawidzę go — mówił w 1989 roku. Nie potrafię pojąć, dlaczego ludzie te ogóle go kupowali. Po wydaniu płyty The Cure ruszyli w trasę razem z Siouxsie & The Banshees. Gdy zaledwie po paru dniach gitarzysta John McKay opuścił The Banshees, jego miejsce zajął Smith. Po zakończeniu trasy problemom personalnym musiał stawić czoło także The Cure. Z zespołem pożegnał się basista Michael Dempsey, a jego miejsce zajął Simon Gallup z Lockjaw, z którym grupa Roberta Smitha grała razem koncert w 1978 roku, jeszcze jako Easy Cure. Do The Cure dołączył także klawiszowiec Matthieu Hartley, który również grał w Lockjaw, a także w The Magazine Spies. Nie chciałem grać nowych piosenek, bo wiedziałem, że nie spodobają się one Michaelowi — tak o powodach rozstania z Dempseyem mówił Smith. Chciałem mieć więcej instntmentów. Chciałem mieć nowe podejście zacząć od nowa z innym składem. Gały tylko Simon i Matthieu dołączyli, a było to w listopadzie 1979, zaczęliśmy pracę nad nowymi piosenkami. Zanim to się stało, członkowie The Cure wraz z grupą zaproszonych gości nagrali jako Cult Hero singel z piosenkami A Cult Hero i I Dig You. W sesji wziął także udział Porl.

Podczas rejestracji drugiej dużej płyty Smith chciał mieć większy wpływ na przebieg nagrań. W rezultacie został współproducentem. „Seventeen Seconds” to pierwszy nasz album z prawdziwego zdarzenia — mówił w wywiadzie dla „Tylko Rocka”. Od początku do konca dzieło The Cure. Nikt oprócz nas nie miał wstępu do studia. O wszystkim decydowaliśmy sami. Seventeen Seconds ukazał się w 1980 roku nakładem Fiction i zawierał muzykę mroczniejszą, zimniejszą, ale i głębszą niż debiut. Odnotował także większy sukces na brytyjskich listach bestsellerów — wszedł do pierwszej dwudziestki, chociaż znów zdarzały się niepochlebne recenzje. Prasa nie potrafiła uwierzyć, że to ten sam zespól, bo tak bardzo się zmieniliśmy od czasów ,,Three Imaginary Boys” — tłumaczył niechęć dziennikarzy Robert. Bronił jednak płyty jak mógł: Mogłem się zgodzić z wieloma ktygcznymi uwagami pod adresem debiutu, ale nie mogłem znieść, jak ktoś krytykował ,Seventeen Seconds”, bo to dobry album.

Europejska trasa przebiegała w dość dziwnej atmosferze. Z jednego z hoteli zespół uciekł bez uregulowania rachunków. W Holandii muzycy zostali aresztowani za kąpiel nago w morzu. We Francji ukradziono im ciężarówkę ze sprzętem (Przez następnych dziesięć dni chodziliśmy w tych samych ubraniach i pożyczaliśmy instramenty od innych). Gdy dotarli z koncertami do Australii, okazało się, że cieszą się tam większym zainteresowaniem, niż przypuszczano. Szkoda tylko, że organizator zamiast przenieść koncerty do większych sal, postanowił zrobić więcej koncertów w małych wnętrzach. Simon: Graliśmy w maleńkich klubach na maleńkich scenach. Robert uderzał gitarą w moje ramię. Ja uderzałem go basem. Robert mu wtórował: Mieliśmy zagrać jakieś siedem, osiem koncertów, a zagraliśmy dwadzieścia cztery. To było straszne. Prawie żadnych wolnych dni. Podczas trasy zaczęły się psuć stosunki zespołu z Hartleyem i niebawem ich drogi się rozeszły. Grupa znów zaczęła działać jako trio, a funkcję klawiszowca częściowo przejął Smith. The Cure coraz bardziej pogrążali się w mrocznej muzyce.

Kolejnym krokiem był album Faith, na którym jeszcze wyraźniej przewijały się tematy śmierci i przemijania. Matka Lola byla wtedy ciężko chora i rozmawiałem z nim wiele o śmierci — mówił Smith. Chodziłem do kościoła, gdzie pisałem piosenki. Myślałem o śmierci, patrząc na ludzi, którzy tam przychodzili, bo pragnęli życia wiecznego. Nagle zdałem sobie sprawę, że nie ma we mnie wiary, co bardzo mnie przeraziło.

Lider The Cure tak wyjaśnia pomysł na tę płytę: Chciałem wyrazić różne formy wiary, aby zrozumieć, do czego jest ona ludziom potrzebna i czy istnieje naprawdę. Zadawałem sobie pytania, dlaczego ludzie robią to, co robią. Dlaczego niektórzy z nich poświęcają życie w imię czegoś, co dostaną po śmierci. Bardziej lapidarnie płytę podsumowuje Mike Hedges, producent albumu: Słuchając większości piosenek z „Faith” można się powiesić. Grupa powoli podbijała brytyjskie listy, tym razem docierając do pozycji 14. Muzycy dużo koncertowali: w Europie, USA, a także w Australii i Nowej Zelandii. Nie wpłynęło to dobrze na nastroje. Smith: Musieliśmy żyć z tą przygnębiającą, na pól religijną płytą przez caly następny rok, objechać z nią caly świat, a tego właśnie nie powinniśmy byli robić. Występy nabrały nieco psychodelicznego charakteru —przed wyjściem zespołu na scenę wyświetlano krótkometrażowy film Carnage Visors (reż. Ric Gallup). W tym okresie na Thc Cure zaczęła poznawać się Ameryka. Co prawda nie odnotowali wtedy jeszcze spektakularnego sukcesu na tamtejszych listach, ale wytwórnia A&M wypuściła w 1981 roku dwupłytowy album Happily Ever After, na który składały się płyty Seventeen Seconds i Faith.
Czy The Cure jeszcze istnieje? Sam się nad tym zastanawiam. Napisałem 90 procent materialu na „Pornography” i nie mógłbym opuścić zespołu, bo beze mnie nie byłoby The Cure. Ale doszedlem do miejsca, w którym naprawdę nie mam ochoty pracować w ten sposób. Mam dość bycia otaczanym caly czas przez tych samych ludzi. Postanowiłem zrobić sobie przerwę i w pewnym sensie The Cure już nie istnieje. Takie rozważania snuł lider grupy w grudniu 1982 roku na łamach pisma „Melody Maker”. O tym, że The Cure było w tamtym czasie na krawędzi rozpadu, świadczą nawet teksty utworów, które znalazły się na albumie Pornography. Nieważne czy wszyscy umrzemy — takimi słowami otwiera płytę piosenka One Hundred Years. W innym wywiadzie z tego okresu Smith zwierzał się: Zacząłem czuć, że mam dość bycia w zespole. Pogrążaliśmy się coraz bardziej. Wychodziliśmy z mieszkania o 10 wieczorem, upijaliśmy się i szliśmy nagrywać. Kończyliśmy o 10 rano, szliśmy do pubu, upijaliśmy się i szliśmy spać Rozmiary, jakie podczas sesji Pornography przybrało picie alkoholu, obrazuje Lol: W rogu studia zbieraliśmy wszystkie puszki i butelki, które opróżniliśmy. Pod koniec sesji bylo ich tak dużo, że można się bylo W nich zakopać. W jaśniejszych barwach widzi pracę naci albumem Phil Thornalley, który pełnił wtedy rolę producenta: To byla jedna z moich ulubionych sesji. Wszyscy się dobrze rozumieliśmy. Pornography okazało się największym sukcesem w dotychczasowej historii The Cure. Zarówno komercyjnym (8. miejsce na liście najlepiej sprzedających się płyt w Zjednoczonym Królestwie), jak i artystycznym. Jakby chcąc zaprzeczyć nawarstwiającym się problemom, a także od dalić się od ponurego wizerunku, który wokół siebie wykreowali muzycy, w listopadzie 1982 roku grupa wydała singel z chwytliwą piosenką Let’ s Go To Bed, zupełnie inną niż materiał z Ponrography. Jednak o tym, że było Źle, świadczyły wydarzenia na trasie. Załamania nerwowe przechodzili nie tylko członkowie zespołu, ale także ludzie pracujący w ekipie technicznej. Atmosfera była bardzo napięta. Podczas europejskich koncertów doszło do bójki między Robertem Smithem a Simonem Gallupem. Następnego dnia Smith wyleciał do Anglii, ale ostatecznie wrócił, by dokończyć trasę. Po zakończeniu koncertów Simon opuścił grupę, a Smith przyjął posadę gitarzysty w Siouxsie and The Banshees. Wziął udział w trasie zespołu oraz pojawił się na koncertowej płycie Nocturne (Geffen, 1983) i studyjnej Hyena (Geffen, 1984). A wraz ze Steve’em Severinem z The Banshees utworzył efemeryczną grupę The Glove. W tamtym czasie nie miałem gdzie mieszkać w Londynie, więc spałem u Steve’ a na podłodze, zawinięty w płaszcze —wspomina. Mieliśmy pomysł, aby nagrać plytę, eksperymentując z tyloma narkotykami, ile tylko uda nam się zdobyć.. Wynikiem był wydany przez firmę Wonderland album Blue Sunshine.

Grupa The Cure, która przechodziła zawirowania personalne, bardzo wówczas ograniczyła działalność, ale nagrała dwa single: The Walk i The Lovecats. Oba, podobnie jak Let’s Go To Bed odbiegające od ponurego wizerunku formacji, odniosły spektakularne sukcesy, docierając odpowiednio do 12. i 7. miejsca na brytyjskich listach. Pierwszą z tych płytek Smith zrealizował jedynie przy współudziale Tolhursta, który zza perkusji przesiadł się za klawisze. W The Lovecats na basie zagrał Phil Thornalley, a perkusistą został Andy Anderson.

Początek 1984 roku upłynął Smithowi na nagrywaniu kolejnej płyty The Cure oraz wspomnianego albumu Siouxsie & The Banshees. Chociaż największy kryzys jego zespół miał już za sobą, wkład pozostałych muzyków w tworzenie materiału był marginalny. Tym bardziej był to pracowity okres dla Smitha: The Cum mieszkali w pubie, w Reading, a Banshees nagrywali w Richmond. Kończyłem sesję z Banshees, brałem taksówkę do Reading, gdzie barman w pubie zostawiał dla nas otwarte drzwi na całą noc, co nawiasem mówiąc nie było zbyt mądre z jego strony. Zwykle spotykałem się z Lolem Tolhuntem i Andym Andersonem, który przed pracą przygotowywał wielką porcję herbaty z magicznych grzybków. Potem szedlem narywać piosenki, a w okolicach obiadu wtaczałem się do łóżka, by złapać parę godzin snu. Następnie brałem taksówkę z powrotem i jechałem nagrywać z Banshees. The Top ukazał się w maju 1984 nakładem Fiction, a zespół ruszył w trasę, na której do składu wrócił Porl Thompson jako drugi gitarzysta. Pod koniec roku ukazał się pierwszy koncertowy album The Cure — Concert.

Rok 1985 upłynął formacji pod znakiem powracania do formy. Po wyrzuceniu Andersona za zbyt liczne ekscesy nowym perkusistą został Boris Williams. A do The Cure ponownie został przyjęty Simon Gallup (Znowu jesteśmy zespołem — cieszył się Smith). W składzie Smith, Tolhurst, Gallup, Thompson i Williams panowie zaczęli nagrywać album The Head On The Door, który ukazał się w sierpniu 1985 roku. Dzieło okazało się kolejnym sukcesem w Wielkiej Brytanii (miejsce 7), a w Stanach Zjednoczonych wprowadziło formację wreszcie do pierwszej setki (lokata 59). Lata 1985-1986 to także sukcesy koncertowe. The Cure grają między innymi na festiwalu Pink Pop w Holandii, a także na Glastonbury w Anglii. Ten pochód chwały przyćmiły trochę wydarzenia z Los Angeles, gdzie przed koncertem na scenę wtargnął młody chłopak, który na oczach widzów zaczął ranić się nożem. Nie najlepiej grupa wspomina także swoją pierwszą wizytę w Argentynie, gdzie doszło do zamieszek z udziałem kilku tysięcy widzów, którym nie udało się dostać na koncert po tym, jak organizator sprzedał więcej biletów niż mógł pomieścić stadion.
Humor muzykom mogły poprawić wyniki sprzedaży ich nowego albumu. Dwupłytowy Kiss Me, Kiss Me, Kiss Me, który ukazał się w maju 1987 roku, doszedł do 6. miejsca w Anglii i 35. w Stanach, gdzie rozszedł się w platynowym nakładzie. Nieźle radziły sobie także kolejne single, czyli Why Can’ t I Be You?, Catch, Just Lik Heaven i Hot Hot Hot!!! Muzycy nie kryli zadowolenia. Simon: Myślę, że każda piosenka na tym albumie jest znakomita. To jest jak mieszanka „Pornography” i „The Head On The Door” — najlepsze elementy obydwu płyt.

W wywiadzie dla „Tylko Rocka” Smith mówił: W okresie poprzedzającym nagranie ,Kiss Me, Kiss Me, Kiss Me” każdy dzien przynosil gotową piosenkę! Pamiętam, że o drugiej zaczynałem klecic jakieś słowa, o piątej ktoś przynosil mi drinka, a o ósmej utwór był gotowy. Sukcesem okazała się także długa trasa koncertowa. Destrukcyjne tendencje w zespole dały jednak o sobie znać, gdy coraz częściej zaczęło dochodzić do napięć pomiędzy Lolem Tolhurstem i resztą. W rezultacie do The Cure dołączył Roger O’ Donnell, który zaczął zastępować Lola w roli klawiszowca. Konflikt z Tolhustem stał się na tyle poważny, że podczas sesji do następnej płyty zapadła ostatecznie decyzja o usunięciu go z grupy. Życie w tym zespole za bardzo na niego wplynęlo – zwierzał się belgijskiej prasie Smith. Pil za dużo – o wiele za dużo. Nie było między nami bójek, tylko atmosfera zniechęcenia. Nie bez wpływu na tę drastyczną decyzję pozostawał sam charakter współzałożyciela The Cure. Lol różnił się od pozostałych – zdradzał Robert. Na przykład jako jedyny, kiedy rezerwowal stolik w restauracji, mówił, że jest członkiem The Cure – słynnej grupy rockowej. Takie detale wiele mówią o powodach, dla których dana osoba gra w zespole. Smith jednak przyznawał, że atmosfera wewnątrz The Cure też mogła mieć negatywny wpływ na psychikę przyjaciela: Lol gral określoną rolę w przeszłości – rolę ofiary. Ciągle go krytykowaliśmy. Znęcanie się nad Lodem było naszą ulubioną rozrywką ze wolnym czasie. Niestety nie potrafił temu podołać w ciągu ostatnich dwóch lat. Pil tak dużo, że powoli zmieniał się nie do poznania. Stracił poczucie humory, które bryło ważnym elementem jego osobowości.

Mimo że Tolhurst został wymieniony jako członek The Cure na okładce płyty Disintegration z 1989 roku, Robert Smith przyznaje, że nie zagrał on na płycie ani jednej nuty. Album był powrotem do mrocznej atmosfery znanej z Pomography. Czy wpływ na to miały negatywne emocje, jakie targały Smithem? Trudno powiedzieć, bo mimo problemów okres poprzedzający nagrania lider The Cure mógł zaliczyć do udanych, jeśli chodzi o życie osobiste. W sierpniu 1988 roku poślubił Mary Poole — długoletnią towarzyszkę życia, którą poznał jeszcze jako nastolatek w szkole. Kilka miesięcy wcześniej odbyło się inne wesele — Porl Thompson ożenił się z młodszą siostrą Roberta, Janet Smith. Tamten okres był bardzo udany dla The Cure, jeśli chodzi o wyniki sprzedaży płyt. Disintegration doszło do trzeciego miejsca w Anglii i dwunastego w USA. Sukces odniosły także single, zwłaszcza Lullaby (piąte miejsce w Anglii) i Lovesong (piosenka, którą Smith napisał jako prezent ślubny dla żony, dotarła do drugiego miejsca w Stanach Zjednoczonych).

To nadal jeden z trzech najważniejszych naszych albumów – mówił w 2002 roku „Tylko Rockowi” lider The Cure. Powiedzialbym, że to jeden z tych albumów, na których udało nam się najpelniej zrealizować. I to pod każdym względem. Po wydaniu płyty, The Cure znowu objechali z koncertami świat, docierając nawet na Węgry i do Jugosławii. Niedługo w grupie wytrzymał Roger O’Donnell — w czerwcu 1990 roku doszło do sprzeczki między nim i Simonem i w rezultacie Roger został usunięty ze składu. Jego miejsce zajął Perry Bamonte. Długą trasę koncertową, która objęła między innymi występ na festiwalu w Roskilde w Danii (30 czerwca 1990) uświetnił koncertowy album Entreat. Nie był to jednak zwykły przekrojowy materiał z trasy. Całość zarejestrowano w lipcu 1989 roku na Wembley Arena w Londynie, a w programie znalazły się wyłącznie wersje live piosenek z Disintegration.
Z mieszanymi uczuciami przyjęto zestaw Mixed Up (Elektra, 1990), który zawierała remiksy nagrań The Cure. Jego promocję przeprowadzono w dość nietypowy sposób – powołując do życia stację radiową Cure FM, która prezentowała muzykę z tego albumu.

Grupa wyraźnie złapała wiatr w żagle i jeszcze przed zakończeniem trasy zaczęła myśleć o kolejnej płycie. W 1991 roku ograniczyła działalność koncertową, ale dała między innymi akustyczny występ dla programu MTV Unplugged. Następnie zamknęła się w studiu The Manor, gdzie na dobre zabrała się za rejestrowanie nowych utworów. Album Wish z 1992 roku okazał się największym komercyjnym sukcesem The Cure. W Stanach Zjednoczonych dotarł do pozycji drugiej, a w Anglii uplasował się na samym szczycie listy najlepiej sprzedających się płyt. Dobrze radziły sobie także single z tego okresu, zwłaszcza Friday I’m In Love, który stał się jednym z największych przebojów The Cure. Pamiątką po trasie promującej Wish były koncertowe albumy Paris i Show, obydwa z 1993 roku. Na początku 1993 roku z zespołu odszedł Port Thompson, który niebawem dołączył do Jimmy’ego Page’a i Roberta Planta.

W 1994 roku przypomniał o sobie Laurence Tolhurst, który na drodze sądowej domagał się od zespołu innego podziału tantiem za piosenki, twierdząc, że kontrakt, jaki podpisał w 1986 roku, był nieuczciwy. Domagał się także przyznania mu praw do nazwy The Cure. Po długiej batalii sądowej przegrał jednak proces. Byłem na niego wściekły, kiedy mnie pozwał – przyznał Smith – ale żal mi go, że przegral. Gdy zespół opuścił Boris Williams, a Simon Gallup udał się na urlop z powodów zdrowotnych, The Cure po raz kolejny stanęli na krawędzi rozpadu. Nie zniechęciło to jednak Smitha i Perry’ego Bamonte’a (który z klawiszy przesiadł się na gitarę) i zaczęli we dwóch nagrywać nowe piosenki. Na klawisze powrócił Roger O’Donnell, a już w trakcie rejestrowania płyty przesłuchiwano perkusistów, stąd na albumie pojawiło się kilku muzyków grających na bębnach. Ostatecznie miejsce za perkusją zajął Jason Cooper.

Efektem ich prac była płyta Wild Mood Swings (Fiction, 1996), której nie udało się powtózyć sukcesu poprzedniczki, ale na listach radziła sobie nie najgorzej. Spotkała się natomiast z dość chłodnym przyjęciem recenzentów. W wywiadzie dla „Q” Smith sam przyznawał: To nasz pierwszy album, który nie poradził sobie lepiej od poprzedniego. Sprzedaliśmy jakieś półtora miliona egzemplarzy, czyli mniej więcej połowę nakładu ,Wish”, ale czteroletnia przerwa między tymi wydawnictwami wywarta na to większy wpływ ni ż przypuszczałem. Kilka lat później, również w wywiadzie dla „Q”, bronił tej płyty słowami: Gdy ,,Wild Mood Swings” ukazało się, byłem zaskoczony mieszanymi reakcjami jakie wywołało. Wadą tego albumu jest to, że zawiera o dwie piosenki za dużo — „Gone!” i ,Round Round Round” nie powinny byty tam trafić. Ale „Wild Mood Swings” znajduje się w mojej pierwszej piątce płyt The Cure. The Cure tradycyjnie ruszyli w trasę koncertową, chociaż i tutaj dało się zauważyć pewien spadek zainteresowania ich twórczością, zwłaszcza w Stanach Zjednoczonych, gdzie kilka koncertów zostało odwołanych ze względu na znikome zainteresowanie. Lepiej było w Europie, gdzie Smith z przyjaciółmi podbijali nowe tereny — 15 listopada 1996 roku zagrali swój pierwszy koncert w Polsce, w katowickim Spodku. Po raz kolejny grupie towarzyszyły plotki o zakończeniu działalności, lider The Cure wspominał coś o nagraniu solowego albumu. Na początku 1997 roku pojawił się jako gość podczas urodzinowego koncertu Davida Bowiego, a The Cure mocno zredukowali działalność koncertową.

Mimo co jeszcze przed końcem roku pojawiły się plotki sugerujące nagranie nowego albumu. The Cure faktycznie weszli do studia, na razie tylko po to, aby zarejestrować piosenkę Wrong Number, która trafiła na składankę Galon podsumowującą lata 1987-1996.

Nowy album jednak rzeczywiście był już przygotowywany, chociaż jego premiera nastąpiła dopiero w lutym 2000 roku. Bloodflowers, bo taki tytuł wybrano, pokazał, że zespół wraca do swojego mrocznego oblicza z czasów Pomography i Disintegration. Te trzy płyty stanowią razem trylogię, o czym grupa przypomniała w listopadzie 2002 roku podczas koncertów w Berlinie, gdzie odegrała je w całości. Zapis tych koncertów można obejrzeć dzięki DVD The Cure Trilogy. Tymczasem zespól jak zwykle objeżdżał świat z trasą koncertową, która i tym razem zawitała do Polski. 14 kwietnia 2000 roku zagrali w Hali Sportowej w Łodzi. Chociaż album na listach przebojów nie zawędrował wyżej niż Wild Mood Swings (zarówno w Anglii jak i w Stanach dotarł do pierwszej dwudziestki), spotkał się ze znacznie cieplejszym przyjęciem fanów, a także krytyków muzycznych, czego dowodem była nominacja do nagrody Grammy w 2001 roku. Nieco gorsze wyniki sprzedaży mogły być spowodowane jednak tym, że grupa do minimum ograniczyła promocję, rezygnując z teledysków w MTV oraz wydawania komercyjnych singli. Premierze płyty znów towarzyszyły plotki o rozpadzie grupy. Fani pewnie zdążyli się już do nich przyzwyczaić, ale tym razem przesłanki były poważniejsze niż zwykle – wygasł kontrakt The Cure z Fiction i nic nie wskazywało na to, że zostanie odnowiony. To najlepsza chwila, żeby zakończyc działalność — mówił Robert.

Grupa jednak sumiennie wypełniała zobowiązania wobec firmy i dostarczyła dwie nowe piosenki na składankę Greatest Hits, która ukazała się pod koniec 2001 roku. Podczas wywiadów promujących to wydawnictwo Smith stanowczo jednak twierdził, że The Cure definitywnie kończy działalność. Po raz kolejny czas zweryfikował jego słowa… Następne lata pełne były sprzecznych doniesień na temat działalności grupy. Niby Smith pracował nad solowym albumem. Niby udzielał się gościnnie u innych artystów (w tym w nagraniu All Of This zespołu Blink 182 z albumu bez tytułu z 2003 roku). Ale jednak udało się zwołać skład The Cure na krótką trasę obejmującą europejskie festiwale latem 2002, a także na wspomniane koncerty, na których zaprezentowano Trylogię w listopadzie tego samego roku. No i wiadomość najważniejsza — na wiosnę 2003 roku The Cure podpisali trzypłytowy kontrakt z wytwórnią I Am Records (podległą Geffen). Czyli jednak coś się święciło… Zanim jednak do sklepów trafiła nowa płyta, fani dostali od zespołu specjalny prezent.

Nie od dziś wiadomo, że The Cure lubią wydawać różne single, płyty EP oraz specjalne wersje swoich albumów, na których znajdują się piosenki, które nie trafiły do oficjalnego obiegu, wersje alternatywne znanych utworów oraz remiksy. Nastał czas by zebrać te wszystkie „dziwactwa” razem. Tak powstał czteropłytowy boks Join The Dots: B-Sides And Ratities, 1978-2001 (The Fiction Years) (Elektra, 2004), który jest prawdziwą kopalnią skarbów dla każdego fana.

Największym zaskoczeniem, jeśli chodzi o kolejny album The Cure, był chyba wybór producenta. Robert Smith powierzył tym razem to zadanie Rossowi Robinsonowi – ojcowi chrzestnemu nu metalu, który pracował nad brzmieniem zespołów Korn, Slipknot i Limp Bizkit. Chociaż obydwie strony były zadowolone z końcowych rezultatów, w trakcie nagrań nie wszystko przebiegało gładko. Smith nie potrafił pojąć, dlaczego Robinson każe mu wyjaśniać wszystkie teksty, które napisał. Gallup był o krok od znokautowania producenta, kiedy ten chciał, żeby grał tak, aż mu zaczną krwawić palce… Trudy jednak się opłaciły, bo wydana w 2004 roku płyta o prostym tytule The Cure spotkała się z niezwykle ciepłym przyjęciem i stała się jedyną pozycją w dyskografii grupy, oprócz Wish która zarówno w Anglii jak tez w USA uplasowała się w pierwszej dziesiątce list bestsellerów. Dorobek The Cure doceniło MTV. 17 września 2004 roku stacja zorganizowała specjalny koncert z cyklu Icon, podczas którego własne wersje piosenek grupy wykonali różni wykonawcy, a ceremonię poprowadził Marilyn Manson. Wrażenie zrobiły dwa zespoły, Blink 182 i Deftones — pisał nasz wysłannik. Tylko z nimi Robert bardzo serdecznie się przywitał, co też mówi za siebie. Pierwszy przedstawił całkiem zgrabną, pełną punkowej werwy wersje „A Letter To Elise” z „Wish”, a potem z Robertem, tak jak na swoim ostatnim albumie, kawałek „Alt Of This”. Drugi zagrał „If Only Tonight I Could Sleep”…

W 2005 roku skurczeniu uległ skład The Cure. Zespół stał się triem: Robert Smith, Simon Gallup i Jason Cooper. Niebawem jednak znów dołączył Porl Thompson, który załapał się na występ z okazji Live 8 w Paryżu. Następnie aktywność koncertowa została nieco ograniczona (w 2006 roku zagrali tylko jeden koncert na rzecz organizacji wspierającej walkę z rakiem), na scenę wrócili w 2007 roku, odwiedzając między innymi Chiny, Singapur, Nową Zelandię i Meksyk. Koncertom towarzyszyły zapowiedzi kolejnego albumu, lecz jego premiera była ciągle odkładana. Zespół podczas trasy wykonał jednak kilka nowych piosenek. Premiera wydawnictwa The Cure planowana jest na pierwszą połowę roku 2008. Prawdopodobnie będzie to album dwupłytowy, chociaż niewykluczone, że edycja dwupłytowa pojawi się w nakładzie limitowanym, a zwykłe wydanie zawierać będzie tylko jeden dysk. Nieznany jest jeszcze tytuł. Pojawiły się wprawdzie sugestie, że będzie to 4:13, ale nie było oficjalnego potwierdzenia. Dziś ważniejsze są planowane koncerty w Polsce. The Cure zagrają 18 lutego na warszawskim Torwarze oraz 19 lutego w katowickim Spodku. Stan w polowie stycznia: wszystkie bilety na Torwar wyprzedane, koncert katowicki na wyczerpaniu…

Może jest w tym jakaś przemyślana strategia. Najpierw rozpuścić plotkę, że zespół się rozpada, że nie nagra już więcej płyt, a potem nagle zapowiedzieć wydanie no-wego albumu. Fani będą się cieszyć podwójnie. Ale Roberta Smitha chyba nie stać na takie wyrachowanie. W wywiadach często przyznaje, że przed wyjściem na scenę zastanawia się, co by było, gdyby koncert, który ma właśnie zagrać, był ostatnim, jaki da w życiu. Bo przecież kiedyś ten ostatni koncert musi nastąpić. Nikt tylko nie wie kiedy… Dzięki temu za każdym razem daje z siebie wszystko.
Robert Smith, który w kwietniu 2008 roku skończy 49 lat, dziś już nie nie straszy rychłym zakończeniem działalności The Cure. Granie nadal sprawia mi przyjemność, więc po co przestawać – mówi. Ludzie często nie rozumieją, dlaczego starsi muzycy dalej tworzą. Wezmy The Rolling Stones. Ludzie przypuszczaja, że oni robią to tylko dla pieniędzy, a to nieprawda. Robią to, bo scena jest jedynym miejscem,  w którym naprawdę istnieją, miejscem, gdzie funkcjonują na wyższej plaszczyznie. Ja chyba czuję podobnie. Nadal odczuwam rzeczy tak głęboko, jak miało to miejsce, kiedy nagrywaliśmy pierwszą płytę. Nadal śpiewam te piosenki, żeby wyrazić siebie, a nie dla sławy czy pieniędzy. Nadal zdumiewa mnie to, co robię, kiedy robię to dobrze. Jeśli kiedyś stwierdzę, że stałem się karykaturą, wtedy przestanę.

Robert Filipowski
Historia The Cure pt. „Wyrazić siebie” ukazała się w Teraz Rocku, w lutym 2008.

Share on FacebookTweet about this on TwitterShare on Google+Pin on PinterestShare on LinkedInEmail this to someone