Wyszło jak wyszło

Zaczyna się jak to u nich: od długiego, naznaczonego szczyptą patosu wprowadzenia (Underneath The Stars). Rozedrgane gitary, mocne tło i ten charakterystyczny, lekko „płaczliwy” śpiew Smitha. Roberta Smitha. Floating here like this with you, underneath the stars. I dalej: Alight for 13 billion years, the view is beautiful… Do tego jeszcze krótkie, aczkolwiek dosadne gitarowe motywy Porla Thompsona. Prawdziwa słowno-dźwiękowa bajka. Dalej jest też raczej typowo. Niepisana zasada głosi, że drugi numer na płycie ma być, delikatnie mówiąc, choć trochę przebojowy. I The Only One to cztery minuty melodyjnej gitary, dźwiękowej radości, pasji w głosie Smitha. Cztery minuty oczywiście o miłości (jak większość piosenek tutaj). Naturalnie raz mniej, raz bardziej udanej miłości.

I tak sobie gra ta płyta. Z fajnym mrocznym unisonem Smitha z Simonem Gallupem, a potem jeszcze z Porlem Thompsonem (The Reasons Why). Z ciosanym riffem, pokomplikowanym rytmem i gitarowa anarchią (Freakshow). Z odrobiną hałasu, ale i wpadającym w ucho motywem (The Real Snow White). Z wyskandowanym ze złością tekstem (The Hungry Ghost). Z unowocześnionym hendrixowskim graniem i najbardziej na tej płycie „chorym” tekstem (Switch). Ale i też z czymś bardzo prostym, zwykłym, jakby cure’owo nijakim (Siren Song, The Perfect Boy). Albo z kompozycjami jakby na siłę gmatwanymi brzmieniowo (Sleep When I’m Dead). Takie rzeczy rozwalają klimat. Niektóre bardzo, inne może nieznacznie, ale jednak odstają od reszty. Od reszty, która skrywa w sobie jeszcze taką perełkę jak mozolnie „nakręcający” się zmianami nastroju This, Here And Now, With You. Jak wreszcie umieszczony na samym końcu, wszystko mówiący It’s Over. Będący przy okazji najbardziej hałaśliwą rzeczą The Cure od lat.

Nierówna to płyta. Inna sprawa, że wiele zyskująca w kolejnych przesłuchaniach. Kopalnią przebojów 4:13 Dream raczej nie jest.I dobrze. Czymś wielkim na miarę Pornography, Disintegration czy Bloodflowers też nie. Trudno. Największym problemem jest chyba czas między 4:13 Dream a The Cure, poprzednim dziełem Smitha i kolegów, który tak bardzo nakręcił oczekiwania fanów. Wyszło jak wyszło. Prawie na cztery gwiazdki. Tylko, że akurat w tym przypadku „prawie” robi naprawdę sporą różnicę.

Grzesiek Kszczotek

Recenzja ukalaza sie w miesieczniku Teraz Rock w 2008 roku.

Share on FacebookTweet about this on TwitterShare on Google+Pin on PinterestShare on LinkedInEmail this to someone