Za klimat i za emocje

„Concert: The Cure Live” od „Alchemy”(*) dzieli prawie wszystko – edytorsko wszystko, a muzycznie – powiedzmy bardzo wiele. Tamto to było full-wypas podwójny koncert, tu pojedynczy, ze zgrzebną, czarno-białą okładką. Tam – nagrania starannie opracowano i zmiksowano, tu – między utworami szwy, że aż boli, a brzmienie z lekka garażowe. Tam wirtuozi instrumentów, tu oprócz naprawdę dobrego perkusisty, reszta gra najwyżej poprawnie. Tam kawał naprawdę znakomitej muzyki, a tu też kawał, wcale nie gorszej.  Może tylko mniejszy, bo trzy kwadranse, a nie ponad półtorej godziny. Trudno porównywać muzykę obu zespołów, bo to dwa różne światy (mimo, że debiutowali właściwie w tym samym czasie). The Cure to muzyka grana bardziej sercem, niż paluchami, a w Dire Straits, mimo, że serce też niezbędne, ale bez sprawnych paluchów nie da  rady.

Lata 1982-1985 to nie był szczególnie dobry okres w dziejach The Cure. Nagrywanie Pornografii było wydarzeniem tak wyczerpującym, że The Cure znalazło się na granicy rozpadu. W końcu rozpaść się nie rozpadli, ale zaczęli robić różne dziwne rzeczy – seria przebojowych singli „The Walk”, „Let’s Go to Bed” i „Love Cats” została przyjęta przez fanów ze sporą zgrozą, ale co ciekawe, znakomicie radziła sobie na listach przebojów. Smith w międzyczasie został pełnoetatowym gitarzystą w Siouxsie & The Banshees. W międzyczasie powstała zupełnie niepozbierana płyta „The Top” i ukazało się „Concert: The Cure Live”.

Recenzja, którą wkrótce po ukazaniu się krążka znalazłem w Non Stopie, nie była specjalnie przychylna – ma to momenty, szczególnie na drugiej stronie (winyla), ale w całości nie bardzo się broni. Miałem szczęście dosyć szybko  zweryfikować te opinie i moje odczucia były diametralnie inne. Jedyne, do czego można się przyczepić, to  realizacja. Muzycznie to naprawdę bardzo porządny żywiec – mroczny i ponury, ale zagrany z werwą, bez żadnej rozlazłości. Może być to jakimś zaskoczeniem, bo The Cure w studiu, to był zespół grający mimo wszystko  bardziej nastrojowo, kreujący klimat, a nie robiący hałas. Na scenie jednak potrafili postawić całkiem niezłą ścianę dźwięku, całkiem potężną i całkiem mile wgniatającą słuchacza w podłoże.

Faktycznie druga część jest dużo lepsza, tak począwszy od „One Hundred Years” dzieją się rzeczy duże – przede wszystkim świetne wersje „A Forest”, czy właśnie „One Hundred Years”, ale w pierwszej części jest świetne zagrane „Primary” i „Charlotte Sometimes”. Ten drugi wyszedł tylko na singlu, a do tego ta wersja jest o niebo lepsza od tej studyjnej.  Może trochę dziwić dobór utworów – jakby z premedytacją ominięto te co lepsze z Pornografii, czy „Faith”. Nie ma też „Boys Don’t Cry”, ale on do tego zestawu średnio by pasował. Za to jest „The Walk”, który teoretycznie do tego zestawu pasuje jeszcze mniej. Jednak jakoś się sprawdza. Może dlatego, że ja lubię „The Walk”  (zresztą jak wszystkie te przeboje, które znalazły się potem na „Japanese Whispers”), to i dlatego to mi się sprawdza. Na szczęście ze słabiutkiego „The Top” jest tylko dwa utwory, w tym naprawdę dobry „Shake Dog Shake”. No i na finał mamy „kontrowersyjny” „Killing An Arab”. Dlatego piszę „kontrowersyjny” w cudzysłowie, bo cały szum wokół niego spowodowany jest brakiem znajomości kontekstu, w jakim należy ten utwór umieścić. Po prostu – debile, którzy się buldoczą na ten kawałek mają poważne braki w znajomości literatury i nie wiedzą, że był ktoś taki jak Albert Camus, który napisał „Obcego” i że właśnie tym utworem inspirowany jest „Killing An Arab”. Dla świętego spokoju Smith  na koncertach  gra to ze zmienionym tekstem, żeby nie narażać się na ataki ze strony politycznie poprawnych nieuków, czy jakichś innych oszołomów.

Sprawdzałem w różnych miejscach interenta i nie ma ten koncert przesadnie wysokich notowań. Jednak mi się podoba, nawet bardzo podoba, przede wszystkim za klimat i za emocje – chyba nie zawsze takie dobre. Zawsze mi się tego słuchało bardzo dobrze i raczej moim zdaniem The Cure nic lepszego na żywo nie nagrało (przynajmniej bez obrazków).

(*) – dla spóźnialskich – dlaczego porównuję koncert the Cure do „Alchemy”? Bo „Alchemy” było tematem pierwszego wykładu.

Wojciech Kapała
Recenzja ukazała się na portalu ArtRock.pl

Share on FacebookTweet about this on TwitterShare on Google+Pin on PinterestShare on LinkedInEmail this to someone