Zakodować w pamięci

Z Warszawy do Łodzi nie jedzie się zbyt długo. Samochodem to raptem jakieś dwie godziny. Jadąc spokojnie, nie szalejąc. Było późne popołudnie, trochę przed dziewiętnastą, piątek, czternastego kwietnia. Nie zwykłem wyrzucać biletów po koncertach. Są przecież pamiątką, symbolem przeżytych chwil, pretekstem do wspomnień. Także i ten leży tuż koło mnie. Także i ten przywołuje wspomnienia. Miałem scenę naprzeciw siebie, jako jeden z niewielu w dziwnie skonstruowanej hali. Wprawdzie dzieliła mnie od niej spora odległość, ale wydawała się tak bliska. Robert Smith wyszedł spokojnym krokiem, nieco zamyślony. Przez ramię miał przewieszoną gitarę. Obok niego reszta grupy. Byli gotowi. Zaczęli grać. Smith zaśpiewał pierwsze wersy pierwszej pieśni tego wieczora: „When we look back at it all, as I know we will”. Zamknąłem oczy. Chciałem zakodować jak najwięcej z tego występu. Ostatnia płyta, ostatnia trasa. Więcej już nie będzie tego zespołu.

Od kilku tygodni znałem już na pamięć album Bloodflowers, którym The Cure mieli pożegnać się z publicznością. Ot, po prostu, Smith i spółka postanowili, że dosyć im nagrywania, dosyć występowania na żywo. I ogłosili zakończenie działalności. Omawiane wydawnictwo miało być czymś w rodzaju requiem, pieśni pogrzebowej dla formacji. Udało się to w pełni. Powstała płyta łącząca w sobie wszystkie te elementy, które decydowały o wielkości The Cure w przeszłości, a jednocześnie jednorodna stylistycznie, zwarta, monolityczna. Płyta niezwykle smutna, mroczna, ale i pełna tak charakterystycznego dla twórczości zespołu, wyjątkowego piękna. Krytycy chcieli widzieć w niej kontynuację ciemnego, depresyjnego wątku albumów Pornography i Disintegration, ze względu na wszechobecny tu, dołujący klimat. Ale nie, mimo tych oczywistych podobieństw, Bloodflowers nie jest żadnym odcinaniem kuponów od starszych dokonań, jest dziełem niezależnym, dziełem samym w sobie, i chyba to, biorąc pod uwagę nie najmłodszy już wiek członków zespołu, jest największym zaskoczeniem.

Całość otwiera zacytowany powyżej we fragmencie „Out Of This World”. Na tle stopniowo narastającego, pełnego melancholii i swoistej zadumy podkładu, Smith snuje swą zawiłą opowieść o przemijaniu i przeznaczeniu. Tajemnicą muzyków jest, jak z tak prostych składników (jednostajny, senny rytm, przewidywalne progresje gitar i pianina, cichy głos wokalisty) udaje się im wyczarować coś tak wybitnego. Sekret tkwi najprawdopodobniej w odpowiednio subtelnych zmianach akordów, w ciągłym utrzymywaniu onirycznej atmosfery. Dość, że efektem tych zabiegów jest utwór monumentalny, podniosły w swym wyrazie, na poważnie zapowiadający wielkie emocje w dalszej części albumu.

Płynnie przechodzimy do drugiej odsłony Bloodflowers, epickiego, jedenastominutowego „Watching Me Fall”. Słychać odrobinę elektronicznego tła, ale po chwili jest już tradycyjnie: znowu wolne tempo narracji, znowu rozbudowane partie poszczególnych instrumentów i przepełniony bólem śpiew Roberta Smitha. Na wysokości 3:35 i ponownie 5:35 dochodzi do chwilowych kulminacji wciąż podskórnie pulsującej dramaturgii tej muzyki. Za moment wszystko wraca do normy. The Cure nie śpieszą się, za to wypełniają każdą lukę dźwiękowej przestrzeni bardzo skrupulatnie, sięgając zarówno po dysonansowe, zgiełkliwe wyładowania gitar, jak i delikatne, odległe smaczki brzmieniowe.

Podobny charakter mają wszystkie kolejne fragmenty tej płyty, dzięki czemu zachowuje ona spójność, choć wiem, że niektórych może momentami nużyć. Ale prawie każdy utwór oferuje coś od siebie, prawie każdy przykuwa uwagę i udowadnia konieczność swej obecności w zestawie. „Where The Birds Always Sing” podoba się za sprawą pomysłowo prostej melodii canta, dzięki której rozpływająca się w płaszczyźnie aranżacyjnej piosenka nabiera właściwego kształtu. „The Last Day Of Summer” wydaje się być kolejnym majstersztykiem, utworem dopracowanym formalnie, w którym głos Smitha pojawia się dopiero po dwuminutowym wstępie, a tematy melodyczne zmieniają się naturalnie, wypływając jeden z drugiego. Ostatnia na płycie ballada tytułowa obfituje w smętne, dławiące pasaże, nad którymi króluje Smith, w zakończeniu bardziej lamentując, niż śpiewając.

Jednak na koniec zostawiłem najwspanialszy tu utwór, „39”. Podczas gdy instrumentalistom udaje się wykreować wstrząsający kolaż brzmień, łączący elektroniczny motyw główny z enigmatycznym dudnieniem basu i apokaliptyczną partią gitary, Robert Smith w porażający sposób interpretuje jeden ze swych najbardziej wyrazistych tekstów. „So the fire is almost out and there’s nothing left to burn” to w jego ustach metafora kryzysu wieku średniego, rozrachunek z dotychczasowym, trzydziestodziewięcioletnim życiem. „Wszystko co obiecałem, wszystko czego próbowałem, wszystko co robiłem – w ten sposób karmiłem ogień. Ale ten ogień już się prawie wypalił” – wyznaje Smith, niespodziewanie szczery do bólu. Bloodflowers robi znakomite wrażenie i coś mi się wydaje, że zapamiętamy ją na dłużej.

Borys Dejnarowicz, wrzesień 2001
Recenzja pochodzi z Niezależnego Serwisu Muzycznego „Porcys”.

Share on FacebookTweet about this on TwitterShare on Google+Pin on PinterestShare on LinkedInEmail this to someone