Guardian: Życie jest czymś okropnym

„Przez całe życie grałem muzykę dla własnej przyjemności”– twierdzi lider The Cure. W wywiadzie dla dziennika „Guardian”opowiada o muzycznych wyborach, polityce i o tym, dlaczego nie chciał mieć dzieci.

– Mam konto na Facebooku, ale nic na nim nie zamieszczam – mówi Robert Smith. Podobnie jest z innymi serwisami społecznościowymi – Nigdy nie wysłałem ani jednej wiadomości. Jestem tam, bo w przeciwnym razie ktoś mógłby się pode mnie podszywać.

Lider The Cure ma podobne podejście do udzielania wywiadów: – Nie mam potrzeby rozmawiać z kimkolwiek poza moimi znajomymi. Znajduję się w dziwnym położeniu, w którym świat oddala się ode mnie. Ale tak naprawdę jestem z tego zadowolony. Ani trochę mnie to nie martwi. Nie mówię: „O mój Boże, zostaję w tyle” – stwierdza artysta. Dla „Guardiana” zrobił jednak wyjątek, bo jest to – jak mówi – szanowana gazeta.

Smith nie mieszka już w Londynie, ale śledził w telewizji niedawne burzliwe wydarzenia w stolicy. – Żyję na tyle długo, że pamiętam zamieszki w Brixton: policja, strajkujący górnicy, agresja. To było zupełnie co innego, miało charakter polityczny. Ostatnie rozruchy w pewnym sensie też takie były, ale z drugiej strony ludzie włamywali się do sklepów tylko po to, żeby kraść. Pod wieloma względami był to jedynie niepohamowany wandalizm. To smutne. Milion ludzi maszeruje w proteście przeciwko wojnie i nikt nie zwraca na to uwagi. Ale nie można odreagowywać, kradnąc trampki i paląc cukiernie – ocenia.

Co zatem doprowadziło Wielką Brytanię do obecnego kryzysu? Zdaniem Smitha – nierówność. – Jeden procent tych na szczycie to ludzie dziesięć razy bogatsi niż dolne 30 procent. Za rządów laburzystów sytuacja się jeszcze bardziej pogorszyła. Dlaczego nikt z tym nic nie robi? – zastanawia się Smith.

Minęły ponad dwa lata, odkąd The Cure – zespół założony w 1978 roku przez uczniów jednej ze szkół średnich w Sussex – wystąpił po raz ostatni w Wielkiej Brytanii. Przed wydaniem ostatniego jak dotąd albumu „4:13 Dream” z 2008 roku zespół wyruszył w roczną trasę koncertową. Widzowie tych koncertów mieli okazję usłyszeć niemal cały katalog utworów The Cure. Niektóre występy trwały ponad trzy godziny. Po powrocie do kraju na ekipę 50-letniego wówczas Smitha czekał deszcz pochwał i nagród. Mimo to lider przyznaje, że nie był pewien, czy muzycy kiedykolwiek jeszcze zagrają w tym składzie.

– Przez całe życie grałem muzykę dla własnej przyjemności. Wizja, że mogłoby to się przerodzić w machinę czy biznes, jest po prostu przerażająca – mówi Smith.

Przez kolejne osiemnaście miesięcy było o nim cicho. Nadrabiał zaległości w czytaniu, słuchał muzyki, z którą nie miał styczności od lat: starego bluesa i jazzu. Przyjął zaproszenie do gościnnego udziału w sesjach nagraniowych zespołów Crystal Castles i Japanese Popstars. Na początku 2011 roku do menedżerów The Cure zgłosili się organizatorzy angielskiego Bestivalu. Chcieli, żeby zespół Smitha wystąpił w roli głównej gwiazdy tegorocznej imprezy. Lider grupy zastrzega jednak, że udział w festiwalu nie oznacza wcale powrotu do regularnego koncertowania.

Na początku lat 80. zespół The Cure nie miał sobie równych w kategorii muzyki mrocznej i przygnębiającej – wystarczy wspomnieć takie albumy jak „Faith” (1981) czy „Pornography” (1982). Potem grupa zwróciła się w stronę bardziej popowych brzmień. Jednak zdaniem Smitha takie piosenki jak „The Lovecats” czy „Friday I’m In Love” nie powstały z potrzeby realizowania komercyjnych ambicji.

– „Faith” to był dźwięk skrajnej rozpaczy, bo tak się wtedy czuliśmy. Ale nie ciągnęliśmy tego tylko dlatego, że według nas takie są oczekiwania naszych fanów. Pięć lat później występowaliśmy we wszystkich głupawych popularnych programach, robiąc sobie jaja z samych siebie – wspomina wokalista.

W ostatnich latach próbował pisać piosenki, które odnoszą się do sytuacji na świecie. – Niewiele z nich trafia na ostateczną wersję płyty – zaznacza. – Rozpolitykowany muzyk wydaje się być czymś niestosownym. Mało jest artystów na tyle mądrych, by się zajmowali takimi sprawami. Jeśli polityka jest ich mocną stroną, to cierpi na tym muzyka i odwrotnie. Nie sądzę, żebym z moim wyglądem mógł temu podołać, brakuje mi powagi – przyznaje Smith.

Zamiast tego wciąż wraca do tematów bardziej osobistych. W internecie można znaleźć koncertową wersję utworu „A Boy I Never Knew”, który nie znalazł się jeszcze na płycie The Cure. Smith jawi się tu jako wrażliwy i szczery autor: „Chciałbym widzieć, jak on śni/ patrzeć jak śpi/ mieć jego ręce wokół siebie”– śpiewa, a fani spekulują, że jest to piosenka o ojcostwie, czy raczej tęsknotą za nim (Smith i jego żona Mary postanowili nie mieć dzieci).

Smith przyznaje, że inspiracją dla tego bardzo osobistego utworu byli po części jego znajomi, którzy stracili dzieci, choć pierwszym impulsem była historia chłopca znad jeziora Turkana – szkieletu odkrytego przez paleoantropologa Richarda Leakeya.

– Ma milion lat, więc nie jest raczej nikim z nas, choć jest nam wystarczająco bliski. Czytałem poruszający artykuł, będący rekonstrukcja jego ostatniego dnia: wpadł w błoto nad brzegiem rzeki, umarł, a jego szczątki skamieniały – opowiada Smith.

– Więź między ojcem a dzieckiem, której doświadczę tylko z jednej strony, zdaje się przewyższać niemal wszystko inne. Każde zwierzę woli umrzeć niż stracić swoje potomstwo. Ale tu chodzi tylko o geny. Całe nasze istnienie sprowadza się do troski o następne pokolenie, choć nie wygląda na to, aby nas to dokądkolwiek prowadziło – martwi się artysta.

Czy to oznacza, że sam nigdy nie chciał przekazać dalej swoich genów? – Nigdy nie żałowałem, że nie mam dzieci. Pod tym względem jestem stały. Sprzeciwiałem się swoim narodzinom i nie mam zamiaru narzucać komukolwiek życia. Dla mnie życie jest czymś okropnym. Nie mogę mówić o bezcelowości egzystencji i jednocześnie mieć rodzinę. Tego nie da się pogodzić – przekonuje Smith.

Autor: Louis Pattison Źródło: Guardian

Share on FacebookTweet about this on TwitterShare on Google+Pin on PinterestShare on LinkedInEmail this to someone