O kotach i pająkach. Rozmowa z Robertem Smithem

Gdy kilka lat temu, przed koncertem The Cure w Katowicach, po raz pierwszy rozmawiałem z Robertem Smithem, skoncentrowałem się niemal wyłącznie na jego twórczości, ewolucji artystycznej, filozofii. Nie wszyscy jednak wielbiciele Smitha byli opublikowanym wywiadem usatysfakcjonowani. Dostałem kilka listów od zawiedzionych fanów, których materiał znudził, bo co tam twórczość i filozofia, skoro nie ma nic o kotach i pająkach. O kotach i pająkach? A tak, o kotach i pająkach. Bo podobno Robert uwielbia koty i pająki, no i najchętniej o tym właśnie rozprawia. No dobra, pomyślałem, jeśli jeszcze kiedyś będę miał sposobność z nim pogadać, nie ominę tego tak ważnego zagadnienia. I gdy w związku z wydaną niedawno płytą przekrojową ,,Greatest Hits” Robert znowu udzielił mi wywiadu, zapytałem również o koty i pająki. Nie jestem jednak pewien, czy wielbiciele The Cure będą wyjaśnieniami swojego idola w pełni usatysfakcjonowani…

Wyznałeś kiedyś, że lubisz płyty, które stanowią całość, które mają swój klimat. Jak sądzę, nie jesteś zwolennikiem albumów składankowych, siłą rzeczy złożonych z rzeczy mniej lub bardziej przypadkowych…
Masz rację. Niespecjalnie lubię składanki

Składanki uświadamiają nam, jak szybko upływa czas, jak szybko wszystko przemija, odchodzi w niepamięć…
Myślę, że można spojrzeć na nie w ten sposób. Wiesz, problem z tą konkretną składanką polega na tym, że ukazuje się w nie najlepszym momencie. Sama płyta jest niezła. Jestem dumny z wszystkich utworów, które się na niej znalazły. Ale wolałbym, aby ukazała się kiedy indziej, nie teraz.

Dlaczego?
Siedzieliśmy w studiu i pracowaliśmy już nad nowym albumem The Cure, gdy zadzwonił ktoś z wytwórni i po prostu poinformował nas, że zamierzają wydać „Greatest Hits”. Rzecz w tym, że po ukazaniu się naszego ostatniego dzieła, „Bloodflowers”, nie odnowiliśmy kontraktu z Fiction (firmą podległą wytwórni Universal – przyp. WW). W tej sytuacji wydawcy nie pozostało nic innego, jak wymyślić coś, by zarobić jeszcze na naszych starych nagraniach, zwłaszcza że niebawem straci do nich prawa. Tak narodził się pomysł zbioru przebojów. Nie był to jednak nasz pomysł, a wytwórni.

Starsze składanki The Cure, „Standing On The Beach”; „Galore”, miaty bardziej intrygujące tytuły. Dlaczego tym razem zdecydowaliście się na coś tak oczywistego, by nie powiedzieć trywialnego, jak Greatest Hits?
Wytwórnia nalegała właśnie na „Greatest Hits”. Wiesz, w kontrakcie, który podpisałem przed laty, zapewniłem sobie całkowitą kontrolę nad płytami składankowymi. I dopóki byłem związany z Fiction umową, mogłem wstrzymać wydanie ,,Greatest Hits”, mogłem zażądać zmiany tytułu, i tak dalej, i tak dalej. Ale ponieważ, jak już powiedziałem, nie odnowiłem kontraktu, wytwórnia może jeszcze przez jakiś czas kompilować nasze nagrania w dowolne zestawy. Gdy więc poinformowano mnie, że zamierza wydać „Greatest Hits”, miałem dwa wyjścia: albo machnąć na to ręką i pozwolić, by zrobiła, co chce, albo włączyć się w pracę nad całością i samemu wybrać nagrania, dorzucić nowe piosenki, dodać drugą płytę z akustycznymi wersjami przebojów, a wreszcie zadbać o odpowiednią oprawę plastyczną płyty. Skoro album i tak miat trafić na rynek, chciałem, by był dla fanów czymś bardziej ekscytującym niż w wersji, którą spreparowałaby wytwórnia.

Czy obie nowe piosenki, Cut Here i Just Say Yes, nagraliście specjalnie z myślą o Greatest Hits?
Owszem. Nagraliśmy cztery czy nawet pięć nowych piosenek, aby ostatecznie wybrać dwie najlepiej pasujące do konwencji albumu takiego jak „Greatest Hits”. I powiem ci, że nie było to łatwe zadanie. Kiedy nagrywasz nową płytę, poszczególne piosenki współbrzmią ze sobą, wypływają jedna z drugiej, tak że można z nich stworzyć całość, która – od tego zaczęliśmy naszą rozmowę – ma swój klimat. Właśnie tak najbardziej lubię pracować – kiedy wszystko do siebie pasuje. Z „Greatest Hits” było inaczej, ponieważ podstawę stanowiły nagrania już istniejące, w dodatku takie, które najlepiej sprawdziły się w radiu, a więc bardziej taneczne niż inne, o szczególnym charakterze. No i chodziło o to, by dodać dwa nowe utwory, które pasowałyby do tamtych szesnastu. Powiedziałbym, że pisząc je, czułem się trochę dziwnie. Ale myślę, że kawałki, które ostatecznie powstały, lepiej czy gorzej przegryzają się z pozostałymi.

Album Greatest Hits zawiera też dru-gą płytę, z nagranymi niedawno akustycznymi opracowaniami piosenek z płyty pierwszej. Czy dobrze się bawiłeś, przygotowując nowe wersje wszystkich tych hitów sprzed lat?
Owszem. Zresztą nie było to coś nowego. Na próbach często gramy akustycznie. Zwykle, gdy przygotowujemy się do sesji nagraniowej, ogrywamy sobie najpierw wszystkie piosenki akustycznie. Chcę się bowiem przekonać, czy każdy rzeczywiście wykonuje właściwą partię. Bo kiedy już gramy elektrycznie, łatwo się schować za ścianą hałasu, sprzężeń. I wtedy trudno mi się zorientować, czy każdy gra to, co powinien. Inna sprawa, że wielbiciele zespołu bardzo rzadko mogą nas we wcieleniu akustycznym postuchać. Publicznie bowiem nieczęsto się na takie granie decydujemy. Stąd pomysł aku- stycznej płyty. Wiadomo było bowiem, że fani nie będą zachwyceni pomysłem składanki. Pomyśleliśmy więc o czegoś dodatkowym, by odnieśli się do niej z nieco większym entuzjazmem.

Nagraliście na przestrzeni lat wiele rzeczy, które są rozproszone na różnego rodzaju kompilacjach, płytach filmowych, stronach B singli itp., jak przeróbki Purple Haze Jimiego Hendrixa, Young Americans Davida Bowiego czy More Than This Roxy Music. Czy nie było dobrym pomysłem dodanie właśnie ich do Greatest Hits jako prezentu dla fanów? A może planujecie wydanie osobnego albumu z takimi rzadkimi nagraniami?
Do końca 2002 roku ma się ukazać boks z nagraniami ze stron B wszystkich naszych singli. I mam nadzieję, że uda nam się przekonać wytwórnię, by dołączyła do niego pty- tę z wszystkimi pozostałymi nagraniami The Cure, do których niełatwo dziś już dotrzeć, jak właśnie „Purple Haze” czy „Young Americans”.

Dlaczego zrezygnowałeś z włączenia do programu Greatest Hits piosenki Killing An Arab? To przecież jedno z najważniejszych wczesnych dokonań The Cure. Czy obawiałeś się, że tekst znowu wywoła burzę w świecie arabskim, jak przed laty, gdy utwór po raz pierwszy ukazał się w Stanach?
Nie. Wiesz, wyboru utworów dokonaliśmy już w czerwcu. Najpierw spisaliśmy na kartce tytuły wszystkich trzydziestu dwóch piosenek, które ukazały się na przestrzeni lat na naszych singlach. A potem każdy z członków zespołu wybrał spośród nich dwadzieścia, które jego zdaniem powinny znaleźć się na płycie. I wiesz co? Na żadnej liście nie było ,,Killing An Arab”. Ostatecznie zdecydowałem się umieścić na ,,Greatest Hits” tylko dwa z naszych najwcześniejszych nagrań singlowych: ,,Boys Don’t Cry” i „A Forest”. A z „Killing An Arab” zrezygnowałem. Pamiętaj, że musiałem odrzucić aż szesnaście utworów. I było wśród nich wiele interesujących, ważnych rzeczy, o które nadal można by się spierać. Ale będę bronił naszego wyboru. Każdy z szesnastu hitów, które są na płycie, znalazł się tam z jakiegoś konkretnego powodu. A „Killing An Arab”? Szczerze mówiąc ani przez chwilę nie brałem go pod uwagę. Chociażby dlatego, że w chwili wydania wcale nie odniósł sukcesu. Właściwie nie zwrócił niczyjej uwagi. Został dostrzeżony dopiero dziesięć lat później, kiedy ukazał się na składance „Standing On The Beach”. A sława, jaką wtedy zdobył, wcale nie była czymś pożądanym (oprotestowały go organizacje arabskie w Stanach, upierając się, że jest przepełniony nienawiścią rasową przyp. WW). I gdybym dzisiaj włączył
go do programu „Greatest Hits”, jedynym powodem byłaby próba wywołania kontrowersji, odcięcia kuponów od jego złej stawy. A to ostatnia rzecz, na jakiej by mi zależało. Moim zdaniem zresztą o wiele ważniejszym wczesnym singlem The Cure, z okresu pierwszych dwóch-trzech lat działalności zespołu, był ,,Boys Don’t Cry”. Chociażby dlatego, że był grany w radiu, a więc zaistniał w świadomości słuchaczy.

Czy pamiętasz okoliczności powstania Boys Don’t Cry?
Owszem. To była jedna z pierwszych moich prób stworzenia czegoś, co zabrzmiałoby jak muzyka The Beatles. Chodziło o bardzo, bardzo tradycyjną piosenkę w duchu 1963 roku. Wiesz, kończę pracę nad miniwitryną internetową poświęconą w całości ,,Greatest Hits” (już kilka dni po naszej rozmowie można było do niej zajrzeć pod adresem www.curehits.com – przyp. WW). I tam znajdą się nie tylko informacje na temat wszystkich piosenek, ale można będzie też ich posłuchać w wersjach demo. Polecam ci zwłaszcza „Boys Don’t Cry”, bo w tej najwcześniejszej wersji brzmi zupełnie inaczej niż na singlu. Zresztą większość z tych utworów brzmiała pierwotnie inaczej niż później na płytach.

Utwór Lovecats sprawił przed laty, że wielbiciele The Cure ujrzeli w tobie miłośnika kotów. Czy pamiętasz, w jakich okolicznościach powstał?
Podczas trasy, na której promowaliśmy płytę ,,Seventeen Seconds”, nauczyliśmy się na pamięć wszystkich piosenek z filmów Walta Disneya, do jakich udało nam się dotrzeć. Nie pytaj, jak do tego doszło, bo nie pamiętam. Wiem na pewno, że najbardziej spodobała nam się piosenka z „Aryskotratów” (filmu znanego w Polsce także pt. Kocia arystokracja – przyp. WW). W tym czasie stała się wręcz czymś w rodzaju hymnu The Cure. I pamiętam, że pewnego razu, gdzieś w 1982 roku, usiadłem kompletnie nawalony w jakimś paryskim barze przy fortepianie i próbowałem zagrać tę melodie. Nagle dotarło do mnie, że wcale nie gram piosenki z „Aryskotratów”, a coś zupełnie innego. To były moje pijackie wariacje na temat owej melodii (śmiech). Na szczęście, choć byłem nietrzeźwy, przyszło mi do głowy, by włączyć dyktafon i zarejestrować to, co wyszło spod palców. A w następnych dniach rozwinąłem ów pomysł w „Lovecats”.

Czyli tak naprawdę piosenka nie ma zbyt wiele wspólnego z kotami? Miałeś kiedyś kota?
Gdy byłem dzieckiem. Odkąd dorosłem, nie trzymam w domu żadnych zwierząt. Chociażby dlatego, że wiele podróżuję i nie bardzo miałby kto się nimi zająć.

Z kolei piosenka Lullaby sprawiła, że zaczę- to mówić o twojej fascynacji pająkami…
Lullaby” opartem na jednej z historyjek, które opowiadał mi wuj, gdy miałem jakieś pięć lat. Wymyślił postać Człowieka-Pająka i jego przygody, które miały mnie przerazić. I rzeczywiście sprawiały, że latem ze strachu w łóżko (śmiech). Inna z jego historyjek zainspirowała utwór „Head On The Door” i zdecydowała o klimacie płyty, której dałem taki właśnie tytuł. Gdy byłem dzieckiem, wujaszek wydawał mi się dziwakiem i potworem. Dziś postrzegam go jako jedną z najbardziej inspirujących osób, z jakimi się zetknąłem.

Czy Lovesong to prawdziwa piosenka miłosna?
Tak. Prezent ślubny dla żony. Uważałem, że to najwspanialsza rzecz, jaką mogę ją obdarować.

A Friday I’m In Love?
,,Friday I’m In Love” to owoc wspólnego piątkowego popołudnia z Simonem (Gallupem przyp. WW) w pubie. Dopiero zaczęliśmy nagrywać płytę Wish”. I po czterech dniach siedzenia w studiu postanowiliśmy wybrać się na rowerach do najbliższego pubu. Tak zrobiliśmy. Piliśmy piwo i gadaliśmy o miłości. A gdy wróciliśmy do studia, napisałem tę piosenkę.

Czym jest dla ciebie tworzenie piosenek?
Komponowanie muzyki to coś, co przychodzi mi niesłychanie łatwo, właściwie w naturalny sposób. Kiedy przez kilka dni nie mam instrumentu w dłoniach, źle się czuję. Granie i tworzenie muzyki to jedna z tych czynności, które naprawdę uwielbiam. Inna sprawa z pisaniem tekstów. To ta cięższa strona tego, czym się zajmuję. Żeby napisać tekst, muszę naprawdę mieć coś do powiedzenia. I nie wystarczy, by było to coś, co dla mnie samego wiele znaczy. To jeszcze nie jest materiał na piosenkę. Tekst musi też przemówić do kogoś innego. I szczerze mówiąc, strasznie się nad tym męczę. Zwłaszcza, że stawiam sobie bardzo wysokie wymagania. Każda piosenka, nad którą pra- cuję, ma być lepsza niż wszystko, co stworzyłem wcześniej… Dodam, że piszę tylko wtedy, gdy mam natchnienie. A jeśli nie mam natchnienia? Cóż, nie martwię się tym. Nawet jeśli przez pół roku nie czuję się zainspirowany do napisania nowego tekstu, nie przejmuję się tym, bo znaczy to tylko tyle, że po prostu nie mam nic do powiedzenia. Wiesz, ja nie uważam się za zawodowego twórcę piosenek. Pisanie piosenek to coś, czym zajmuję się od czasu do czasu. Ja nie żyję po to, by tworzyć piosenki. Ja piszę piosenki, których tworzywem jest moje życie.

W jednym z wywiadów opowiedziałeś powracający sen: wypadasz z okna, a w ciele czujesz odłamki rozbitej szyby. Czy zdarzało się, że sny inspirowały pisane przez ciebie teksty?
O tak, bardzo często (śmiech). Zwłaszcza w latach osiemdziesiątych. Wiele moich tekstów z tamtego okresu powstało tak, że zaraz po przebudzeniu siadałem na łóżku i notowałem to, co zapamiętałem ze snu. To trwało siedem, może osiem lat. Większość piosenek na płytach, „The Top” i „Head On The Door” ma takie właśnie źródło. Także na „Kiss Me Kiss Me Kiss Me” jest trochę utworów wyrosłych ze snów. Miałem w tamtym czasie wrażenie, że moje sny stały się zniekształconym, dziwnym odbiciem rzeczywistości, tego wszystkiego, co przeżywałem. Natychmiast po zaśnięciu zaczynałem śnić. Doświadczałem na nowo, ale w jakimś innym wymiarze, wszystkiego, co mnie niepokoiło. A owe sny pozwalały mi ujrzeć moje przeżycia w nieco innym świetle. Był to okres, kiedy próbowałem penetrować własną podświadomość. Ale od dawna tego nie robię. Udało mi się oddzielić sny od owej skłonności do eksperymentowania z samym sobą.

Wiem, że lubiłeś dawniej tworzyć w dziwnych miejscach, na przykład w świątyniach. Przyglądałeś się ludziom, rozmyślałeś o Bogu, wierze, śmierci, a twoje refleksje znajdowały wyraz w piosenkach The Cure. Czy nadal to robisz? Czy nadal zdarza ci się pisać w kościołach?
Nie pamiętam już nawet, kiedy ostatni raz byłem w kościele. Zdaje się, że było to w ubiegłym roku. Podczas pobytu w Paryżu wszedłem do katedry, niejako odbywając pielgrzymkę do świata swojej młodości… Ale nie, od dawna nie piszę w kościołach ani żadnych innych miejscach publicznych. Byłoby to już dziś bardzo trudne, ponieważ na każdym kroku jestem zaczepiany przez fanów.

Powiedziałeś w jednym z wywiadów: Byłbym już martwy, gdybym rzeczywiście przeszedł przez to wszystko, co opisałem w moich piosenkach. A jednak większość fanów interpretuje utwory The Cure bardzo dostownie, bardzo serio. Jak myślisz, dlaczego?
Słowa, które przypomniałeś, pochodzą zapewne z okresu, gdy próbowałem rozwiać osnuwającą mnie aurę tajemniczości. Ludzie widzą w kimś takim jak ja postać trochę mityczną, wyrastającą ponad rzeczywistość, funkcjonującą w jakimś innym świecie. I przyznam, że był okres, kiedy nie czułem się z tym dobrze, przeszkadzało mi to. Chwilami nie wiedziałem już, kim jestem. Ale jeśli mam być całkowicie szczery, przyznać też muszę, że sam ponoszę dużą część odpowiedzialności za wykreowanie cokolwiek mistycznego, zdecydowanie nierzeczywistego wizerunku własnej osoby. A czy przeszedłem przez to wszystko, co opisałem w piosenkach? Cóż, bez wątpienia nie oszczędzaliśmy się wraz z kolegami z The Cure przez te wszystkie lata. I powiedziałbym, że miałem ogromne szczęście, iż przetrwałem. Jeśli nazwę nasz tryb życia wybujałym, nie będzie w tym cienia przesady. Dopiero w okresie ostatnich trzech-pięciu lat się uspokoiliśmy. W każdym razie ja sam w minionych trzech latach zdecydowanie zwolniłem tempo. Zrozumiałem, że nie jestem nieśmiertelny, że to wszystko, czego próbowałem, może mnie w końcu zabić. Zacząłem dbać o siebie, zwłaszcza o zdrowie psychiczne.

Jak myślisz, czy atmosfera Crawley, gdzie się urodziłeś i dorastałeś, ukształtowała cię jako artystę?
Jeśli coś zawdzięczam Crawley, to tylko chęć wyrwania się stamtąd i poznania świata. Gdyby bowiem wszędzie było jak w Crawley, palnąłbym sobie w teb. To było i nadal jest tak bezduszne miejsce! Chciałem uciec z Crawley i to jedyna pozytywna rzecz, jaką mogę powiedzieć na jego temat. Gdyby było to fajne miejsce, w którym czułbym się dobrze, pewnie bym w nim został. W pewnym więc sensie właśnie jemu zawdzięczam to, że zapragątem wyruszyć w świat.

Ale podobno wielokrotnie tam wracałeś…
W latach osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych przez osiem miesięcy w roku byłem w trasie. A przez pozostałe pomieszkiwałem gdzie popadnie i rzeczywiście zdarzało mi się sypiać na podłodze w domu moich rodziców w Crawley.

A czy szkoły, do których uczęszczałeś, miały na ciebie jakiś wpływ?
Niespecjalnie. Może jedna z nich, Notre Dame Middle School, do której chodziłem od dziewiątego do jedenastego roku życia. Była to szkoła bardzo liberalna, stawiająca na swobodę myślenia. Dopiero tam dotarło do mnie, że nie wszyscy nauczyciele to sukinsyny, a może i więcej, że nie wszyscy dorośli to sukinsyny. To były przyjemne dwa lata. A późniejsze? Czy ja wiem? Od trzynastego do siedemnastego roku życia byłem w katolickiej St. Wilfrid’s Comprehensive School. I narastał we mnie bunt, nie jestem bowiem człowiekiem, który łatwo podporządkowuje się wszystkiemu, co mu każą robić. W ostatnim roku nauki zostałem wyrzucony. Czułem się wtedy napiętnowany. Chociaż właściwie i tak miałem dość. Wiesz, tak naprawdę edukację zawdzięczam starszemu bratu i ojcu. Obaj przez cały czas podsuwali mi lektury, wyjaśniali różne rzeczy. Zawdzięczam im obu więcej niż nauczycielom.

Jak dziś wspominasz początki zespołu, kiedy nie nazywał się jeszcze The Cure, a śpiewali w nim kolejno różni wokaliści, ty zaś grałeś jedynie na gitarze?
Założyłem zespół, bo coś trzeba było robić. I jedyne, czego chciałem, to być w nim. W tym czasie w ogóle jeszcze nie myślałem o sukcesie. Kiedy podpisaliśmy pierwszy kontrakt, z wytwórnią Hansa, nadal chodziłem do szkoły. Zresztą nie ja go pod- pisałem, a moi rodzice, bo byłem jeszcze za młody. Nic z tego nie wyszło, ale gdy myślę o tym dziś, widzę, że właśnie kontrakt z Hansą dat mi przedsmak tego, o co może warto było zawalczyć w przyszłości. Jednak, że zasadniczo w tym czasie po prostu
dobrze się bawiliśmy. Zespół to były spotkania z kolegami, robienie hałasu i picie piwa, które dostawaliśmy zamiast honorariów. I tak naprawdę dopiero po pierwszych koncertach w klubach Londynu pojawiła się myśl, że The Cure może się stać czymś poważniejszym. Ale do momentu pojawienia się Chrisa Parry’ego i rozpoczęcia pracy nad pierwszą płytą nie sądziłem, że granie będzie czymś, co wypełni mi dorosłe życie. Zespół uważałem za rozrywkę na weekendy. I zacząłem się już rozglądać za jakąś pracą. Zresztą wiesz, ja nie jestem zwierzęciem estradowym. Wiele wysiłku kosztowało mnie, by się przełamać i zacząć czuć się na scenie w miarę swobodnie. Drugi album, „Seventeen Seconds”, był przełomem. To wtedy nabrałem pewności, że w życiu chcę się zajmować właśnie muzyką.

Przeżyliście na przestrzeni lat wiele trudnych chwil. Czytałem o pobiciach, aresztowaniach. Takich historii było pewnie dużo więcej?
Pewnie, że tak. Ale nie zamierzam ci o nich opowiadać. Wolę, by nikt się o nich nie dowiedział (śmiech). Cafe szczęście, że w początkach The Cure, na przełomie lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych, nie było jeszcze tylu mediów żywiących się plotkami. Nie było też mowy o globalizacji informacji. To były czasy przedinternetowe, przed CNN-owe. I kiedy zdarzało nam się narozrabiać, wiadomość o tym zwykle nie wydostawała się na zewnątrz. Cieszę się, że mogliśmy dorosnąć gdzieś na uboczu, a nie na oczach całego świata.

Mało kto wie, że w początkach kariery, w październiku 1978 roku, wracając z koncertu na Universytecie Kent, rozbiliście samochód. I mógł to być koniec The Cure…
Było nas wtedy trzech: ja, Lawrence Tolhurst i Michael Dempsey. Lawrence nie miat prawa jazdy. W drodze na koncert samochód prowadziłem więc ja, a z powrotem – Michael. Podział wziął się stąd, że na miejscu zawsze coś wypiłem, a Michael stronił od alkoholu i był zawsze trzeźwy. Ale tego wieczoru byliśmy niezwykle podekscytowani, ponieważ po raz pierwszy graliśmy dla tak dużej publiczności. I Michael pozwolił sobie wypić kilka piw. Dlatego rozbił samochód. Ja siedziałem z tyłu i byłem tak pijany, że w pierwszej chwili nawet nie zdałem sobie sprawy, iż ulegliśmy wypadkowi. Ale rzeczywiście, wypadek był dość niebezpieczny i mogło się skończyć tragicznie.

Powiedziałeś w jednym z wywiadów: Działalność The Cure miała w sobie zawsze dużo więcej z krucjaty niż działalność innych zespołów. Może dlatego trwamy tak długo. Czy mógłbyś wyjaśnić to trochę szerzej?
Wiesz, kiedy tworzyliśmy The Cure, zależało mi na tym, by był to zespół, w którym naprawdę chciałbym być. A więc zespół przywiązujący wagę nie tylko do tego, co robi, ale też do tego, jak to robi. Dam ci taki przykład: nigdy nie udostępniliśmy naszych nagrań do reklam. A to oznacza, że na przestrzeni lat odrzuciliśmy wiele sposobności zarobienia ogromnych kwot. Ale dochowaliśmy wierności zasadzie, którą sami przyjęliśmy na początku. Przypuszczam, że inni podchodzą do rzeczy tego rodzaju z większym luzem. Nie trzymają się jakichś tam zasad. Nie mają w sobie aż takiego przekonania, że różne rzeczy powinny być robione w określony sposób. I pewnie są z tym szczęśliwi. Ja przestałbym być szczęśliwy, gdybym zaczął doginać własne zasady do rzeczywistości. I mam nadzieję, że ci, którzy słuchają muzyki The Cure, rozumieją to i doceniają – doceniają sposób, w jaki funkcjonuje nasz zespół. To ważne. Gdybym lubił czyjeś dokonania artystyczne i nagle przekonał się, że stoi za nimi jakiś dupek, odrzuciłbym je. Dlatego uważam, że istotne jest nie tylko to, co robisz, ale też, w jaki sposób to robisz. Nie potrafię oddzielić dzieła od artysty. Dlatego dla mnie The Cure to nie tylko muzyka, ale wszystko, co się z nią wiąże.

Czy naprawdę nigdy nie poszliście na kompromis, nigdy nie zrobiliście niczego takiego, czego byś dziś żałował?
Żałuję, że datem piosence Killing An Arab” tytuł Killing An Arab” (śmiech). A mówiąc serio – nie, niczego nie żałuję, bo w działalności The Cure nigdy nie było żadnego kompromisu. No może z wyjątkiem pierwszej płyty, którą można uznać za dzieło kompromisowe. Ale cóż, nie stać mnie było wtedy, aby samemu opłacić nagrania. Jednakże już następna i wszystkie późniejsze powstały za moje pieniądze. I to jest klucz do tego, by uniknąć kompromisów. Jeśli nie bierzesz od innych pieniędzy, nie mogą ci niczego narzucić. Bardzo proste! Zawsze wierzyliśmy, że w którymś momencie odniesiemy jakiś sukces. A wiara umożliwiała nam działalność bez kompromisów. Natomiast kiedy już odnieśliśmy sukces, było jeszcze łatwiej. Po co mielibyśmy wtedy iść na kompromisy? Zawsze uważałem, że lepiej upaść i nigdy nie pójść na kompromis, niz utrzymać się na powierzchni, ale na warunkach, które dyktują inni.

A jednak powiedziałeś przy jakiejś okazji: Czasami wydaje mi się, że jestem w niebie, które wymyślił ktoś inny…
Chodziło mi o biznes, którego jesteśmy częścią. Zacofany i miałki. Nazywają go biznesem muzycznym, ale tak naprawdę niewiele ma wspólnego z muzyką. Tę właśnie stronę działalności The Cure miałem na myśli w wypowiedzi, którą przytoczyłeś. Nasz zespół nie ma bowiem menażera i ja sam muszę się zajmować jego interesami, reprezentować go wobec świata. I zdarzało mi się w związku z problemami na tym tle popadać w przygnębienie, przeżywać frustracje. Ale zwykle moje potyczki ze światem biznesu są źródłem radości. To oczywiście ciężka praca. Zdarzało się, że sześćdziesięciu ludzi upierało się, iż popełniamy jakiś błąd. I musiałem ich przekonać, że to oni się mylą.

Powiedziałeś kiedyś na temat stosunków wewnątrz zespołu The Cure: Nasze rozmowy stały się bardzo powierzchowne, kiedy bowiem spędzasz z kimś tak wiele czasu, nie ma już o czym gadać. A jak to jest dziś?
Słowa, które przytoczyłeś, pochodzą zapewne sprzed ładnych paru lat. Wtedy bowiem prawie się nie rozstawaliśmy i byta to szczera prawda. Ale w ostatnich pięciu latach niewiele czasu spędziliśmy ze sobą. Jedynie podczas ostatniej trasy byliśmy przez cały czas razem. A tak – spotykamy się
od czasu do czasu. Nawet w okresie nagrań nie jesteśmy ciągle ze sobą. Tylko ja siedzę przez cały czas w studiu. Inni pojawiają się i znikają. I dzięki temu, że każdy ma własne życie, nasze rozmowy znowu stały się interesujące. Kiedy ludzie – muzycy czy ktokolwiek inny są ciągle razem, przeżywają dokładnie to samo i co prawda te wspólne doświadczenia mogą ich jakoś tam łączyć, ale wszystko inne zaczynają postrzegać w niewłaściwych proporcjach. Na szczęście ten etap mamy za sobą. Dziś każdy z muzyków The Cure żyje własnym życiem. I spotykamy się jako ludzie o zupełnie innych doświadczeniach życiowych. A to oznacza, że nasze rozmowy znowu stały się ciekawe. A także, iz łatwiej nam się porozumieć.

Twoi wielbiciele starają się upodobnić do ciebie – noszą identyczne fryzury, tak samo się ubierają. Czy nie sądzisz, że to trochę głupie?
Nie. Myślę, że to całkiem urocze. Kiedy byłem chlopakiem, sam próbowałem się upodobnić do mojego idola z tamtych lat, Alexa Harveya. Nosiłem taką samą fryzurę, taki sam T-shirt. Pragnąłem przez jakiś czas być nim. Wiesz, myślę, że ludzie chcą w ten sposób pokazać, że ogromnie lubią The Cure, że są kimś więcej niż tylko zwykłymi fanami. Takie rzeczy zdarzają się tak często, że przestałem się nimi przejmować, przestałem o tym myśleć.

Jeden z waszych fanów, niejaki Jonathan Moreland, próbował się zasztyletować na koncercie The Cure w Los Angeles. Jak zareagowaliście?
Byliśmy aż do końca występu nieświadomi tego, co się wydarzyło. Tour manager postanowił niczego nam nie mówić. I prawdopodobnie postąpił słusznie, ponieważ większość widzów również nie wiedziała, co się stało. Niewątpliwie gdybyśmy znali prawdę, z trudem dociągnęlibyśmy do końca. Gdy powiedziano nam po koncercie, byliśmy zszokowani. Ale cóż, tego rodzaju rzeczy zdarzały się na przestrzeni lat. Różni ludzie decydowali się właśnie podczas koncertu The Cure zrobić coś dramatycznego. Ale przyczyn takich zachowań trzeba szukać nie w naszej muzyce, a w ich sytuacji rodzinnej. Tak w każdym razie myślę.

ROZMAWIAŁ: WIESŁAW WEISS
WYWIAD UKAZAŁ SIĘ W MIESIĘCZNIKU TYLKO ROCK, LUTY 2002