Richard Earl opowiada o kręceniu klipów do „Disintegration”

Richard Earl był reżyserem artystycznym większości klipów The Cure. Poniżej podzielił się z nami wspomnieniami z pracy na planie teledysków kręconych do promocji albumu „Disintegration”.

„Zacząłem pracę z Timem Pope’m – reżyserem, w latach 80tych. Już wtedy bardzo podobały mi się dzieła Tima, zarówno filmowe jak i klipy. Jak to zwykle bywało z Timem, tworzenie wizualizacji projektów do tych filmików było niesamowite, gdyż wymyślaliśmy coś, co później stawało się filmem….

Klipy które stworzyliśmy w tamtym czasie dla The Cure były kwintesencją tego stylu. Wiedziałem, że tygodnie po telefonie od Tima, że jest kolejny klip The Cure do nakręcenia, będą bardzo intensywne i twórcze. Wszystko rozpoczynało się od tego, że przesłuchiwałem dany utwór i próbowałem wczuć się w niego, wyczuć atmosferę. Jako że jestem w mniej więcej takim samym wieku jak członkowie grupy, byłem wielkim fanem The Cure i ich muzyki. Cieszę się, że moje zaangażowanie w tworzenie klipów wzmocniło moją miłość do tych piosenek, która trwa do dziś.
Tak więc parę godzin po tym jak po raz pierwszy usłyszałem dany kawałek, razem z Timem rozważaliśmy koncepcję na teledysk. Od tego momentu tworzyliśmy scenariusz, zastanawialiśmy się jakich ujęć i elementów filmowych użyjemy i zaczęliśmy wczuwać się w nastrój tego np. 4 minutowego filmu. Pod koniec dnia miałem już naszkicowane pewne pomysły odnośnie scenografii i scenariusza, tak aby inni mogli zobaczyć co wymyśliliśmy..

Czułem się wyróżniony i robiłem wszystko, co w mojej mocy, żeby odzwierciedlić atmosferę muzyki w taki sposób, w jaki ją rozumiałem. Jako projektant, byłem raczej artystą pracującym z medium – w tym wypadku filmem. Był to niezwykle twórczy proces, a sytuacja pozwalała nam na popuszczenie wodzy wyobraźni, jak nigdy dotąd. Przy tworzeniu wszystkich klipów The Cure dawaliśmy z siebie wszystko i patrząc z dystansu wydaje się to wspaniałe. Oczywiście nie mieliśmy możliwości docenienia tej bańki kreatywności od początku do końca. Trzeba się było po prostu dostosować do budżetu i czasu, jaki był przeznaczony na klip. Dostarczenie Timowi materiałów zgodnych z jego pomysłem było wielkim wyzwaniem. Tak więc od ziarna kreatywności artystycznej, trzeba było przejść przez „ugniatanie ciasta” projektu, próbując zaradzić wszystkim praktycznym problemom stolarzy, malarzy, rzeźbiarzy, ludzi od takielunku, ludzi od rekwizytów, od efektów specjalnych, jak również z przewozem rekwizytów i tak dalej i tak dalej. Wszystko co potrzebne jest do klipu, który będzie nagrywany w najbliższym czasie.

I tak, po kilku bardzo długich dniach mieliśmy przygotowany plan filmowy w jednym z londyńskich studiów filmowych, a ja w końcu miałem chwilę by złapać oddech i zobaczyć co udało nam się zorganizować. Tim Pope był już na planie i obmyślał pracę z różnymi elementami. Następnie zaczęły się próby z oświetleniem. Żałowałem, że nie mogłem sam zaaranżować świateł, jako że mam większe doświadczenie, niż techniczni, ale nie było takiej możliwości. W końcu na plan przybyli „Chłopcy” jak nazywaliśmy ich wśród ekipy technicznej. W tym momencie kręcenie klipu bardzo przyspieszyło.

W taki sposób można opisać to, co trwało długie godziny, gdy dzień zmienił się w noc, i wszyscy pracowaliśmy z kamerami, światłami, rekwizytami, układami i efektami specjalnymi. Dla wielu ludzi to były szalone, zwariowane chwile, dla innych długie, długie godziny oczekiwania, gdy kolejne ujęcia były kręcone i udoskonalane.

„Lullaby” był bardzo twórczym klipem, z wieloma innowacyjnymi technikami filmowymi, bardzo ciekawą scenografią i dobrym makijażem Roberta. Kosztowało nas to parę pozarywanych nocek, ale efekt był świetny. Czułem się niesamowicie dumny za każdym razem, gdy widziałem ten klip w telewizji.

Richard Earl na planie klipu do „Lovesong”


„Love Song” była również kręcona w londyńskim studiu filmowym i myślę, że prace nad scenografią zajęły kilka dni. Budowaliśmy jaskinie z pianki i gipsu, malowaliśmy je, to co zwykle się robi w takiej sytuacji. Następnie podłączyliśmy wszystkie rury z kapiącą wodą i inne efekty na potrzeby ujęcia. Pamiętam, że kupiłem jakieś śmieszne skarpetki, aby zwisały z sufitu jaskini. To był taki motyw, który już wtedy przewijał się przez wszystkie klipy The Cure. Tim uwielbiał te wszystkie nawiązania do innych filmów czy innych klipów The Cure. Atmosfera zawsze była dobra gdy wszystko już się rozkręciło, różni technicy, ludzie od makijażu, kostiumy i garderoba, i ludzie od produkcji przybyli na miejsce. Ludzie, którzy większość z następnych dni spędzą ze sobą razem w studiu. Następnie przybywa zespół, wczuwa się, i podąża na plan, czas na ich rolę. Robert był przekonany, że Tim używa całej swojej wyobraźni, by stworzyć takie sceny, przez które musiałby cierpieć, ale tak naprawdę wszyscy dobrze się bawiliśmy tworząc klip.

Gdy otrzymałem informację, że będziemy kręcić kolejny klip The Cure – „Pictures of you”, powiedziano mi, że ma być kręcony w Glencoe w Szkocji. Jak dla mnie procedura była taka sama jak zwykle, z wyjątkiem tego, że musieliśmy przenieść się trochę bardziej na północ. A, i miały być tam palmy. To bardzo w stylu Tima. Gdy już znalazłem kolekcję sztucznych palm i parę innych rekwizytów i próbowałem wykombinować, jak je ustawić w dniu kręcenia klipu, bez żadnych poważniejszych wcześniejszych przygotowań, wymyśliłem najlepszą możliwą logistykę i umieściłem wszystko w ciężarówce, która jechała z Londynu do Glencoe razem z rekwizytorem Royem.

Następnego dnia cała reszta ekipy filmowej poleciała z Londynu do Szkocji i zawitaliśmy do Glencoe. Tim i ja znaleźliśmy miejsce odpowiednie do kręcenia, gdzie nie było wtedy śniegu. Mimo to, w związku z wieloma obrazami powracającymi z przeszłości. widok tej doliny był naprawdę poruszający. Myślę, że wszyscy to czuliśmy. Denerwowałem się bardzo, czy wszystkie najważniejsze rekwizyty i elementy scenografii przybędą na miejsce na czas, bo terminarz był bardzo napięty. To było jeszcze przed epoką wszechobecnych komórek. Na moje szczęście, gdy powróciliśmy do hotelu, wszystko wydawało się być na swoim miejscu i pod kontrolą.

Jak zwykle umówiliśmy się na start wcześnie rano. Ze względu na krótki dzień, najważniejsze było, by ustawienie planu zajęło nam jak najmniej czasu, by jak najszybciej być gotowym na przybycie zespołu…

Następnego ranka…. Śnieg… Wow,… i mimo że wiedzieliśmy, że utrudni nam pracę, to sprawił, że cały klip nabrał nowego, bardzo specjalnego wymiaru. Wtedy naprawdę nie bawiło nas, że musimy borykać się z niesprzyjającą pogodą, walczyć z bardzo silnymi podmuchami wiatru, który hulał przez całą Dolinę uniemożliwiając nam postawienie i przymocowanie palm i innych rekwizytów. Jednakże później, gdy zobaczyłem Misia Polarnego krążącego wokół, pijącego kawę, zobaczyłem komizm tej sytuacji… dziwne!

W czasie krótkiej przerwy na posiłek miałem chwilę na rozmowę z Royem, naszym rekwizytorem (spotkałem Roya w Camberwell Art. College lata wcześniej i pracowaliśmy razem nad większością klipów The Cure) i na podziwianie magii Glencoe pokrytego śniegiem… nadal czuję tę przeszywającą wilgoć w której byliśmy wszyscy zanurzeni. Staliśmy tak razem, po kolana w śniegu, obserwując dolinę i myśleliśmy o tych, którzy walczyli tu w XVII wieku.

Wracając do pracy, śnieg i wiatr stały się równie ważną częścią klipu, jak palmy, a my zrobiliśmy co w naszej mocy. Zespół przyjmował wszystko ze stoickim spokojem. Walczyliśmy z brakiem światła, a kiedy zrobiło się ciemno zwinęliśmy się. Każdy z osobna rozpoczął obfitującą w przygody drogę do domu… ale to już inna opowieść.

Trochę żałuję, że nie miałem czasu lepiej poznać zespołu podczas kręcenia teledysków, dowiedzieć się więcej o tym, jak wyglądał ich proces twórczy. Byłem wtedy naprawdę zainteresowany muzyką, a zwłaszcza tak bogatą muzyką, jaką tworzyli The Cure. . Niestety byłem również mocno zajęty nagrywaniem reklamówek dla telewizji i innych filmów. Przyznaję jednak, że żadne z tych zajęć nigdy nie dało mi tyle wolności artystycznej i nie rozwinęło tak kreatywnie, jak wizualna interpretacja na którą pozwalała niezwykłej muzyka The Cure.”

Specjalnie dla thecurepl przetłumaczyli: Anna Kamińska, PATRYK, Jacek Lęgowski, Monty Python, Kot.