Festiwal Isle of Wight funkcjonuje trochę jak kapsuła czasu. To jedno z niewielu miejsc, gdzie można bez cienia ironii poderwać tłum okrzykiem „Woop! Woop!”, a „Sweet Caroline” rozbrzmiewające z głośników wywołuje równie entuzjastyczną reakcję jak „Freed From Desire” podczas meczu Mistrzostw Świata.
Pierwotnie odbywał się jako kontrkulturowe wydarzenie w latach 1968–1970, goszcząc takich artystów jak Bob Dylan, The Who, Miles Davis, Joni Mitchell czy – najbardziej pamiętnie – Jimi Hendrix. Po reaktywacji w 2002 roku organizatorzy starali się zachować ciągłość z jego wyjątkowym rockowym dziedzictwem. Być może dlatego, podobnie jak skamieniałości tkwiące w kredowych klifach wyspy, grono headlinerów przez ostatnie dwie dekady pozostawało dość niezmienne. Stereophonics byli gwiazdą wieczoru aż czterokrotnie, a Razorlight i Snow Patrol po trzy razy. Tegoroczna edycja stanowiła więc pewne odświeżenie: na szczycie programu znaleźli się szkocki wokalista Lewis Capaldi, producent muzyki tanecznej Calvin Harris oraz gotycko-rockowi The Cure.
Patrząc na festiwal podczas upalnego czerwcowego weekendu, można jednak odnieść wrażenie, że publiczność ceni właśnie to, co znajome. Być może w reakcji na przytłaczającą liczbę nowych utworów publikowanych każdego dnia, festiwale stają się dziś miejscem, gdzie coraz mniej odkrywamy muzykę, a bardziej okazją do zobaczenia ulubionych wykonawców w jednym miejscu.
(…)
Tak naprawdę jednak cały weekend należał do niedzielnych gwiazd wieczoru – The Cure.
Ich pojawienie się zapowiedziały odgłosy burzy dobiegające z głośników, a Robert Smith – z czerwonymi ustami i oczami podkreślonymi czarnym makijażem – przemierzał scenę niczym wampir, który zbyt długo zabawił poza domem. Był w doskonałej formie, żartobliwy i figlarny, robiąc miny i przewracając oczami, jakby pytał publiczność: „Na pewno tego chcecie?”.
Choć The Cure nie muszą już niczego nikomu udowadniać, tego wieczoru byli wyjątkowo hojni. W setliście znalazły się zachwycające wykonania „Just Like Heaven”, „Fascination Street” i pełnego charakteru „Lovecats”, a także festiwalowy klasyk „The Last Days of Summer” – refleksyjna medytacja nad przemijaniem i starzeniem się.
Głos Smitha brzmi dziś zadziwiająco dobrze – jest elastyczny, głęboki i pełen barw. Koncert rozwijał się stopniowo, doskonale pokazując niezwykłą umiejętność zespołu do budowania własnego muzycznego świata.
Gdy wybrzmiały pajęcze, przeszywające dźwięki gitary w „Lullaby”, nad sceną zawisł idealny półksiężyc. Był to wspaniały występ jednego z największych zespołów naszych czasów – chwila zawieszona poza czasem, potężna i niemal nieśmiertelna.
