The Cure dali znakomity koncert na Blackweir podczas rekordowo gorącego wieczoru

Moje pierwsze wspomnienie związane z The Cure to plakat Robert Smith wiszący nad łóżkiem mojej najlepszej przyjaciółki. Dzieliła pokój ze swoją starszą, znacznie „fajniejszą” siostrą, a my desperacko chciałyśmy być takie jak ona. Pożyczałyśmy jej kasety, słuchałyśmy ich bez końca i tańczyłyśmy po pokoju przy „Friday I’m In Love” i „Boys Don’t Cry”, wyobrażając sobie, że jesteśmy o wiele bardziej dojrzałe i światowe, niż byłyśmy w rzeczywistości.

Stojąc w dusznym upale podczas pierwszego koncertu cyklu Blackweir Live w tym sezonie i podskakując razem z tysiącami innych fanów, natychmiast wróciłam myślami do tamtego pokoju z dwoma pojedynczymi łóżkami, zasłanego magazynami „Just Seventeen” i plakatami Roberta Smitha oraz Simona Le Bon z Duran Duran.

Później odkryłam tę muzykę na nowo wraz z własnymi dziećmi. Uwielbiały „A Forest” i „Boys Don’t Cry”, więc utwory te często rozbrzmiewały podczas podróży samochodem – odtwarzane w kółko, jak to dzieci mają w zwyczaju.

W dniach poprzedzających koncert trwała gorąca dyskusja, czy wydarzenie w ogóle powinno się odbyć. Ze względu na rzadko spotykane ostrzeżenia przed upałami część osób – w tym ja – zastanawiała się, czy rozsądne jest gromadzenie trzydziestu pięciu tysięcy ludzi na otwartej przestrzeni przy temperaturach przekraczających 30°C. Na szczęście organizatorzy wydawali się dobrze przygotowani.

Punktów z wodą nie brakowało, obsługa działała sprawnie i profesjonalnie, a uczestnicy wyraźnie wzięli sobie do serca ostrzeżenia, przychodząc wyposażeni w wachlarze, parasole przeciwsłoneczne i kremy z filtrem. Pomagał też lekki wiatr, a gdy słońce zaczęło chować się za sceną, Blackweir pokazało się jako naprawdę imponujące miejsce koncertowe.

Muszę przyznać, że trochę martwiłam się o Roberta Smitha. Wizja wielogodzinnego występu w takim upale, pod jego charakterystyczną burzą włosów, wydawała się wyzwaniem dla każdego. Jeśli jednak pogoda mu przeszkadzała, w żaden sposób tego nie okazał. Smith i zespół dali znakomity koncert, grając przez niemal dwie i pół godziny i wykonując łącznie 28 utworów.

– Diolch („dziękuję”) – powiedział do publiczności, zanim rozpoczął kolejne klasyki: „Pictures Of You”, „Inbetween Days”, „Just Like Heaven”, „Lovesong”, „A Forest” i „Disintegration”.

Nie wszystkie utwory były mi dobrze znane – część pochodziła już z okresu po mojej największej fascynacji The Cure. Jednak dziesięcioutworowy bis, obejmujący między innymi „Hot! Hot! Hot!”, w pełni to wynagrodził, przynosząc wiele piosenek, na które czekała publiczność. Do najjaśniejszych momentów należały „The Lovecats” oraz oczywiście mój osobisty faworyt – „Friday I’m In Love”.

Między utworami nie było zbyt wielu rozmów, ponieważ zespół konsekwentnie przemierzał swój imponujący katalog. Publiczność zareagowała jednak entuzjastycznie, gdy Robert Smith podziękował fanom po walijsku i zdradził, że ożenił się z kobietą z walijskiej rodziny, więc powinien znać ten język lepiej.

Czas płynie. Oddałabym wiele, by choć na chwilę wrócić do tamtego pokoju i tańczyć bez żadnych trosk. Muzyka ma jednak niezwykłą moc skracania dystansu między latami. Przez kilka godzin na Blackweir wszystkie te wspomnienia wróciły, a jednocześnie powstawały nowe.

Na tym polega magia zespołów takich jak The Cure. Nie tylko wykonują swoje piosenki – przenoszą słuchaczy z powrotem do momentu, w którym po raz pierwszy się w nich zakochali.

Autorką relacji z koncertu The Cure jest Cathy Owen. Tekst ukazał się dzisiaj w portalu Wales Online.