The Cure zagrali na Belsonic jeden z najlepszych koncertów w historii festiwalu

Czy The Cure, ulubieńcy melancholijnych nastolatków, to naprawdę zespół festiwalowy?

Arsenał prawdziwych przebojów, obejmujący ponad 40 lat kariery, oraz udokumentowana zdolność zachwycania publiczności na wielkich festiwalach, takich jak Glastonbury, Reading, Coachella czy Primavera, sugerują, że zdecydowanie tak. Potwierdzały to również wyprzedane bilety na Belsonic, gdy Robert Smith i jego zespół powrócili do Belfastu na największy koncert w historii miasta.

Mimo wszystko jest coś nieco osobliwego w oglądaniu jednego z najbardziej mrocznych zespołów w środku miejskiego parku, gdy czerwcowe słońce wciąż wysoko świeci na niebie. Sam Robert nawiązał do tego z typowym dla siebie humorem, rzucając podczas koncertu: „To jest naprawdę poważne oświetlenie”.

To, co nastąpiło później, okazało się epickim, pełnym hitów, rzadziej granych utworów i nowego materiału występem, który zachwycił publiczność.

Lider The Cure sprawiał wrażenie autentycznie szczęśliwego, że może występować przed lokalną publicznością. Uśmiechał się niemal bez przerwy, przemierzając scenę wśród entuzjastycznych owacji, podczas gdy jego zespół – w tym wieloletni basista Simon Gallup – przygotowywał się do ponad dwugodzinnej muzycznej podróży.

Prostym „Hello, again” przywitał publiczność po wybrzmieniu końcowych nut nastrojowego utworu otwierającego koncert, „Alone”. Chwilę później zabrzmiało „Pictures of You” – pierwszy wielki klasyk tego wieczoru. Powoli rozwijająca się, przepełniona tęsknotą indie-popowa kompozycja niespodziewanie zamieniła się we wspólne śpiewanie tysięcy osób wciąż skąpanych w wieczornym słońcu.

Następnie pojawiły się migoczące dźwięki „High” z albumu Wish z 1992 roku oraz potężne wykonanie rockowego i natychmiast wpadającego w ucho „A Night Like This” z płyty The Head on the Door. Kolejnym klasykiem był wzruszający „Lovesong”, który błyskawicznie przeniósł wielu fanów do czasów kaset-składanek nagrywanych dla kogoś z ukrytym przesłaniem.

Wieczór miał jednak prawdziwie międzypokoleniowy charakter. Wielu najmłodszych fanów The Cure nie było jeszcze nawet w planach, gdy zespół wydawał album Bloodflowers. Płytę tę reprezentował melancholijny i majestatyczny „The Last Day of Summer”. Warto było wsłuchać się w lodowate partie syntezatorów Rogera O’Donnella – można w nich doszukać się zalążków głównego motywu muzycznego późniejszego serialowego fenomenu „Gra o tron”.

Potężne wykonanie „Burn” ze ścieżki dźwiękowej do filmu The Crow okazało się jednym z pierwszych wielkich momentów koncertu. Album Mixed Up z 1990 roku również został godnie reprezentowany – przez rozbudowaną, improwizowaną wersję pulsującego „Fascination Street” oraz znakomite przypomnienie funkowo-rockowego „Never Enough”.

Później hipnotyzujący groove „Lullaby” zyskał dodatkowy wymiar dzięki niespodziewanemu pojawieniu się Spider-Mana na ogromnych ekranach wideo, co wywołało ogromną radość publiczności.

Jeśli mowa o utworach rozgrzewających tłum, prawdziwa euforia wybuchła podczas „In Between Days” i „Just Like Heaven”. Starsi fani szczególnie docenili także serię perełek z początku lat 80.: „Play For Today”, „One Hundred Years”, „Cold” oraz „A Forest”. Ten ostatni, choć monumentalny, trwał tym razem „zaledwie” sześć minut.

Czas jednak naglił – obowiązywała ścisła godzina zakończenia koncertu. Gdy ostatnie dźwięki „Endsong” wybrzmiewały wraz z ostatnimi promieniami niedzielnego słońca, Robert Smith zachęcił publiczność do pozostania na bis.

„Dwie minuty” – zasygnalizował, gdy zespół na chwilę zniknął za kulisami.

Wkrótce muzycy wrócili na scenę z dodatkiem przypominającym niemal drugi pełnowymiarowy koncert. Usłyszeliśmy „The Lovecats”, wyrwane z objęć radiowej rutyny, rzadziej wykonywane „Wrong Number”, „Mint Car” i „Why Can’t I Be You?”, a także serię niepodważalnych klasyków: „The Walk”, „Close To Me” i „Boys Don’t Cry”.

Czy zabrakło „Friday I’m In Love”? Oczywiście, że nie. Nawet ci, którzy najchętniej już nigdy nie słyszeliby tego wyjątkowo pogodnego jak na The Cure przeboju, prawdopodobnie śpiewali go na całe gardło razem z resztą publiczności.

Wygląda więc na to, że The Cure rzeczywiście są zespołem festiwalowym. Co więcej, sądząc po tym występie, mogą być wręcz zespołem idealnym na festiwale – uwielbianym przez tłumy, a jednocześnie bez wysiłku zachowującym swój chłodny, niepodrabialny styl.

Tego wieczoru dali jeden z najlepszych koncertów, jakie Belsonic kiedykolwiek gościł.

RELACJA Z KONCERTU AUTORSTWA DAVIDA ROY’A UKAZAŁA SIĘ 29 CZERWCA W THE IRISH NEWS

WYSTĘP BYŁ NA ŻYWO TRANSMITOWANY W RADIU BBC ULSTER. NAGRANIE BĘDZIE DOSTĘPNE JESZCZE PRZEZ 28 DNI POD TYM ADRESEM: https://www.bbc.co.uk/sounds/play/m002yjmd