The Cure triumfowali na Roskilde – ale gdzie, do cholery, były nowe utwory?

W wielu wywiadach Robert Smith opowiadał, że jest nocnym markiem, który niczym wampir kładzie się spać dopiero o wschodzie słońca. Dlatego było czymś naturalnym, że The Cure pojawili się na głównej scenie zaledwie kilka minut po zachodzie słońca.

Robert Smith wyglądał, jakby dopiero co się obudził. Z charakterystycznie potarganymi włosami i nieco nieporadnym wyrazem twarzy cicho wszedł na scenę podczas długiego, pięknego i onirycznego wstępu do „Plainsong”.

To było imponujące otwarcie koncertu, podczas którego w ciągu pierwszej godziny muzycy zaserwowali monumentalne syntezatorowe pejzaże w „Pictures of You”, szorstki noise rock w mniej oczywistych utworach, takich jak „Never Enough” i „Alt.end”, a także popowy nokaut w postaci dwóch klasyków z lat 80. – „In Between Days” i „Just Like Heaven”.

Trudno uwierzyć, że głos Roberta Smitha w wieku 67 lat pozostaje praktycznie nietknięty przez upływ czasu i nadal przekazuje mroczny, pełen emocji świat zespołu z tą samą poruszającą wyrazistością, co 30–40 lat temu. Duża w tym zasługa dopracowanego brzmienia – potężny bas Simona Gallupa stanowił solidny fundament, a gitara Reevesa Gabrelsa od kilku lat nadaje koncertom zespołu bardziej surowy, brudny charakter.

Jednak im dłużej Smith i spółka grali, tym bardziej nasuwało się jedno pytanie: gdzie, do cholery, były utwory z ostatniego, znakomitego albumu „Songs of a Lost World”? The Cure zabrali publiczność w podróż przez niemal wszystkie etapy swojej imponującej kariery – z jednym wyjątkiem: teraźniejszości.

W ciągu ostatniego roku Robert Smith dotarł również do zupełnie nowej publiczności za sprawą swojej niespodziewanej przyjaźni z młodą gwiazdą popu Olivią Rodrigo. Jej zwieńczeniem było zaproszenie Smitha na jej najnowszy album, gdzie zaśpiewał w utworze „What’s Wrong With Me”.

Tym bardziej szkoda, że podczas tego skądinąd znakomitego koncertu zespół całkowicie zignorował nową płytę. Być może Smith uznał, że ciężkie, pełne refleksji nad własną śmiertelnością utwory nie pasują do festiwalowej sceny. Trudno powiedzieć. Ale jak to zwykle bywa w przypadku The Cure, przez ponad dwie godziny koncertu z pewnością nie zabrakło ani mroku, ani melancholii.

Usłyszeliśmy między innymi piękną, pełną żalu wersję „The Last Day of Summer” z niedocenianego albumu „Bloodflowers” oraz rzadko wykonywane „A Strange Day” z chłodnej i mrocznej płyty „Pornography”. Nie mogło też zabraknąć utworów z arcydzieła, jakim pozostaje „Disintegration” – usłyszeliśmy między innymi intensywne wykonanie „Fascination Street” oraz utworu tytułowego, który należy do najbardziej rozpaczliwych i przygnębiających kompozycji w dorobku Smitha.

Dopiero po około półtorej godziny, po krótkiej przerwie, koncert zamienił się w prawdziwą paradę przebojów. Jeden hit następował po drugim, skutecznie pozwalając zapomnieć o rozczarowaniu brakiem nowszego materiału.

Wystarczy wymienić: „The Lovecats”, „Friday I’m In Love”, „Why Can’t I Be You” oraz zamykające koncert „Boys Don’t Cry”. Wspólnie śpiewali i tańczyli wszyscy – od nastolatków po emerytów. A gdy koncert dobiegł końca, Robert Smith został sam na scenie, gdzie z charakterystyczną nieśmiałością i wdzięcznością przyjął owację publiczności.

Autorem recenzji z koncertu The Cure na festiwalu Roskilde jest Carl Windahl Bøllingtoft. Tekst w całości ukazał się w serwisie Soundvenue.