Rozśpiewany maraton zakończony 40-minutowym bisem – tak The Cure zamknęli Rock Werchter

Brytyjska grupa The Cure zakończyła festiwal Rock Werchter 2026 niemal dwuipółgodzinnym koncertowym maratonem. Podczas najdłuższego występu spośród wszystkich tegorocznych headlinerów legenda new wave zagrała wszystkie swoje największe klasyki. Efekt? Entuzjastyczne wspólne śpiewanie największych przebojów pod przewodnictwem pełnego energii i humoru Roberta Smitha, który był w znakomitej formie.

The Cure było wymarzonym wykonawcą zamykającym 51. edycję Rock Werchter. Zespół, którego twarzą od lat pozostaje ponadczasowa ikona Robert Smith (obecnie 67-letni), został ogłoszony jako pierwszy artysta tegorocznego festiwalu. Niedzielne bilety jednodniowe wyprzedały się zdecydowanie najszybciej – nie bez powodu, zwłaszcza po znakomitym przyjęciu ich poprzedniego występu w 2019 roku.

Wybór The Cure na finał festiwalu to postawienie na artystę, który po niemal 50 latach działalności wciąż pozostaje aktualny i ważny. W ciągu swojej półwiecznej kariery Brytyjczycy wystąpili w Werchter już osiem razy i należą do nielicznych zespołów, które grały tam w każdej dekadzie od 1981 roku.

– To niesamowite, że wokół zespołu, który po raz pierwszy zagrał w Werchter 45 lat temu, wciąż panuje taki szum. W 1981 roku zakończyli koncert utworem „A Forest” i nieprzypadkowo piosenka ta do dziś zajmuje piąte miejsce w zestawieniu Tijdloze 100 – mówi prezenter radiowy Stijn Van de Voorde.

Tegoroczny finał festiwalu znacząco różnił się od ubiegłorocznego. W 2025 roku Rock Werchter zamknęła Olivia Rodrigo, która jako 22-latka została najmłodszą artystką w historii festiwalu występującą w tej roli. Wówczas publiczność zdominowali nastolatkowie, często przyjeżdżający z rodzicami na swój pierwszy Werchter.

Tym razem obraz był zupełnie inny. The Cure połączyło fanów z wielu pokoleń. Co ciekawe, od niedawna istnieje również bezpośrednie muzyczne połączenie między Olivią Rodrigo a Robertem Smithem za sprawą mrocznego popowego duetu w utworze „What’s Wrong With Me”.

– Dzięki uznaniu ze strony współczesnych gwiazd popu, takich jak Olivia Rodrigo, The Cure w naturalny sposób zainteresowało sobą młodsze pokolenie. To coś, o czym wiele zespołów, które również święciły triumfy w latach 80., może jedynie pomarzyć – dodaje Van de Voorde.

Są rzeczy niezmienne. Robert Smith po niemal pięćdziesięciu latach nadal wygląda równie charakterystycznie – z rozczochraną fryzurą i rozmazanym makijażem. Mniej przewidywalna okazała się natomiast setlista, ponieważ największe przeboje zostały rozrzucone po całym trwającym niemal dwie i pół godziny koncercie.

Na pierwszy wielki moment nie trzeba było jednak długo czekać. Już drugi utwór, „Pictures of You”, wywołał ogromne emocje. Smith zaśpiewał go niezwykle przejmująco, a w pewnym momencie nawet przytulił swoją gitarę, jakby chciał jeszcze mocniej podkreślić przekaz piosenki.

Ta intensywność towarzyszyła mu przez cały koncert. Często śpiewał z zamkniętymi oczami, od czasu do czasu żartobliwie pokazywał język, całkowicie zatracał się w gitarowych improwizacjach i charakterystycznych ozdobnikach wokalnych – jakby w ogóle nie przejmował się faktem, że obserwuje go 88 tysięcy osób.

Poza gitarą Smith sięgnął także po podwójny flet prosty i tamburyn, dodatkowo bawiąc publiczność. Nie schodził mu z twarzy szeroki uśmiech, który czasami przechodził w figlarny grymas, a chwilami sprawiał wręcz ujmujące wrażenie. Pod każdym względem był tego wieczoru w świetnej dyspozycji.

Radość z grania emanowała zresztą od całego zespołu. Wielu młodszych artystów mogłoby się od nich uczyć scenicznej energii i zaangażowania. Szczególnie przyjemnie oglądało się sposób, w jaki The Cure wykonywało swoje największe hity – jakby robiło to po raz pierwszy, a nie po setkach wcześniejszych koncertów.

„Lovesong” stał się pierwszym wielkim momentem wspólnego śpiewania. Następnie „In Between Days”, z charakterystycznym „tududuuuut” Roberta Smitha, oraz „Just Like Heaven” sprawiły, że całe pole festiwalowe śpiewało razem z zespołem, jednocześnie nagrywając wszystko telefonami.

Ponadczasowe „A Forest” tradycyjnie zostało skąpane w zielonym świetle. To niezwykłe, że tak prosty utwór potrafi już kilkoma pierwszymi dźwiękami wprawić tysiące ludzi w taniec i rytmiczne klaskanie.

Mniej więcej w połowie koncertu dało się jednak odczuć spadek energii wśród publiczności. Niektóre kompozycje były odrobinę zbyt mocno rozciągnięte, a na największe przeboje trzeba było jeszcze poczekać. Około północy tłum zaczął się więc nieco przerzedzać. Jedno pozostawało jednak oczywiste – The Cure czerpało ogromną radość z koncertu granego bez jakichkolwiek kompromisów.

Ci, którzy wyszli wcześniej, popełnili błąd. Prawdziwa śmietanka repertuaru znalazła się bowiem dopiero w ponad 40-minutowym bisie, wypełnionym największymi hitami.

Podczas „Lullaby” Robert Smith sprawiał wrażenie będącego w transie – najpierw obejmował samego siebie skrzyżowanymi ramionami, a później wykonywał nad głową falujące ruchy dłońmi. „Why Can’t I Be You?” było nie tylko przedostatnią piosenką wieczoru, ale również myślą, która zapewne przemknęła przez głowę wielu osobom obserwującym niezwykle żywiołowego Smitha na scenie.

Przebojowe „The Lovecats” zamieniło teren festiwalu w jeden wielki parkiet taneczny. Przy „Friday I’m in Love” wszyscy natychmiast dali się porwać romantycznemu nastrojowi. Z kolei podczas „Close to Me”, z jego charakterystycznym motywem syntezatora, publiczność masowo się obejmowała.

Robert Smith całkowicie zatracił się również w wyjątkowo radosnym „lalala”. Gdy technicy włączyli mocne światła skierowane na publiczność, uczestnicy mogli po raz pierwszy naprawdę zobaczyć tańczących wokół siebie ludzi, co tylko jeszcze bardziej podniosło atmosferę.

Rock Werchter 2026 zakończył się klasycznie – utworem „Boys Don’t Cry”. W różnych miejscach festiwalu można było dostrzec osoby dyskretnie ocierające łzy podczas tradycyjnego pokazu fajerwerków zamykającego imprezę.

Do zobaczenia na Rock Werchter 2027. Taką obietnicę złożył sam Robert Smith, który z ręką na sercu, szeroko się uśmiechając i z wdzięcznością przyjmując owacje publiczności, powiedział na pożegnanie: „See you soon”. The Cure pozostawiło swoich fanów z poczuciem, że był to wieczór, który na długo pozostanie w pamięci.

Autorką recenzji koncertu The Cure na Rock Werchter 2026 jest Kirsten Sokol. Tekst ukazał się na portalu VRT NWS.