Trzydzieści lat minęło, czyli magiczna ósemka. – Relacja z koncertu The Cure na Open’er Festival

Trzydzieści lat minęło, czyli magiczna ósemka.

A właściwie minie, za kilka miesięcy, kiedy to 15 listopada, trzydzieści lat wcześniej, The Cure zagrał w Polsce po raz pierwszy, a było to w katowickim Spodku. Jak wielkie to bylo święto, ile emocji wywołało, wiedzą wszyscy, którzy mieli okazję tam być. I ja, byłem tym szczęśliwcem. 

W piątek, 3 lipca, The Cure zawitał do naszego kraju po czteroletniej przerwie, kiedy zagrali w Krakowie i Łodzi. Tym razem, byli headlinerem trzeciego dnia Opener Festiwal w Gdyni. Przenieśmy się więc na kilka chwil do tego wydarzenia. Kilka godzin czekania na występ w przeszywającym wietrze i deszczu, skutecznie popsuło nastrój. Wszystko jednak minęło, kiedy punktualnie o dwudziestej pierwszej rozbrzmiały dzwoneczki zwiastujące Plainsong. Myślę, że wielu obecnych zastanawiało się na co zdecyduje się zespół. Wiemy, że na tegorocznych festiwalach „otwieracze” są dwa. Entuzjastyczne przywitanie, dość szybko udzieliło się zespołowi, mimo nieznacznych kłopotów dźwiękowych spowodowanych wiatrem. Po drugim Pictures Of You i kolejnych High oraz A Night Like This, zespół zagrał Lovesong, więc resztki złego nastroju i dyskomfortu pogodowego minęły, a we wnętrzu zawrzalo. Poczuła to też publiczność, bardzo radośnie reagując. Chwilę później dostaliśmy pierwsza perełkę tego wieczoru, Treasure. Wspomnienia sprzed trzydziestu lat wróciły, bo tam właśnie usłyszałem ten utwór po raz pierwszy. Bardzo lubię ten kawałek. Chwilę po nim Want oraz Burn, rozgrzały już wystarczająco zziębnięta publiczność. W części zasadniczej, zespół uraczył nas jeszcze dwiema perełkami, Charlotte Sometimes oraz Prayers for Rain, który jak się okazało, faktycznie przyniósł deszcz, więc modlitwa Roberta została wysłuchana. Warto podkreślić, że oba te utwory Robert zaśpiewał z wyjątkowym zaangażowaniem, pełen emocji. Na finał dostaliśmy oczywiście Disintagration i zespół zszedł ze sceny. Pogoda niestety znów stała się nieznośna, a padający deszcz spowodował, że zespół musiał skrócic o dwa utwory zaplanowane bisy,( /Why Can’t I Be You, Close To Me). Ostatecznie więc, usłyszeliśmy sześć kawałków. Zaczęli od kołysanki, po czym wykręcili zły numer, spacerem przeszli do kociąt miłości, żeby dla wszystkich zakochanych w piątek, przypomnieć, że chłopaki nie płaczą. Zestaw tanecznych, festiwalowych hitów, uradował wszystkich, którzy czekali tego wieczoru na ten set. Po samym Robercie, również było widać zadowolenie i wzruszenie tak gorącym przyjęciem, a i reszta zespołu dobrze się bawiła do samego końca, (może poza Rogerem, który najbardziej stresował się panującymi warunkami atmosferycznymi). 

Podsumowując, był to mój ósmy koncert, czyli tyle samo, co koncertów w Polsce, mogliśmy zobaczyć przez te trzydzieści lat. W Łodzi, w 2022 roku nie byłem, ale miałem okazję być w 2005 roku w Berlinie, gdzie Polskę reprezentowała liczna ekipa z jakże popularnego swego czasu forum thecure.pl.

Stąd ta magiczna ósemka. A sam występ na Openerze? Nie pozostawił żadnych wątpliwości, w jak dobrej kondycji jest zespół, jak mocny jest nadal wokal Roberta. To było prawdziwe święto muzyki, gdzie tak znane przecież utwory, które słyszymy od lat, zabrzmiały świeżo, z niezwykłą energia i wszystkim daly wiele frajdy. Oby okazji nie zabrakło, żeby przeżyć to wszystko po raz kolejny. Dziękuje Robert, dziękuję The Cure!

Autorem relacji z koncertu The Cure w Gdyni jest S’the Figurehead

***


***
Czekamy na Wasze relacje z koncertów z trasy „The Cure Festival Summer 2026” pod adresami: thecure.pl/kontakt