The Cure na Open’er Festival. Czekałem na ten koncert, mimo że nigdy nie byłem zagorzałym fanem zespołu. Nie znam na pamięć stron B singli, nie potrafię odtworzyć kolejności utworów na albumach, nie śledzę koncertowych setlist. Znam i lubię największe hity, mam kilka mniej znanych utworów na swoich playlistach w aplikacji Spotify i to tyle. Robert Smith i spółka to jednak legenda muzyki, odcisnęli swoje piętno na jej najpiękniejszej historii i dla milionów ludzi na świecie ich muzyka jest po prostu niezwykle ważna.
Fani The Cure mają wiele wspólnego z fanami Depeche Mode – są oddani, fanatycznie wpatrzeni i wsłuchani w swoich idoli, dla nich to coś więcej niż muzyka. To kultura, styl życia, często też życiowy drogowskaz. Oba zespoły zbudowały społeczności, a nie tylko publiczność. Ludzie nie idą na koncert usłyszeć „Boys don’t cry” czy „Enjoy the Silence”. Idą spotkać ludzi, którzy przeżywali życie przy tych samych piosenkach. Przypomina mi to coroczny zjazd rodziny, której członkowie nigdy wcześniej się nie poznali.
Dlatego też wczorajszy koncert odbierałem nie tylko muzycznie, ale też ważna była dla mnie ta warstwa socjologiczna. Przypatrywałem się ludziom, wyłapywałem strzępy dialogów, słuchałem komentarzy. W tłumie było widać ludzi w każdym wieku. Pary, które zapewne poznały się przy „Lovesong”. Przyjaciół pamiętających pierwsze kasety magnetofonowe. Rodziców, którzy przyszli z dorosłymi już dziećmi. To wspólnota ludzi, których życiowe doświadczenia przez dekady splatały się z konkretnymi piosenkami. Dla wielu z nich muzyka The Cure nie jest po prostu zbiorem piosenek. Jest pamiętnikiem.
I chyba właśnie to najbardziej zapamiętam. Nie samą muzykę, ale emocje tysięcy ludzi, którzy przez ponad dwie godziny wyglądali, jakby wrócili do najważniejszych momentów własnego życia. Nawet jeśli nie jest się fanem The Cure, trudno pozostać obojętnym wobec takiej więzi między artystą a publicznością.
Czy był to koncert idealny? Nie. Momentami tempo siadało, akustyk często walczył z dźwiękiem, niektóre utwory mogły wydawać się zbyt długie dla kogoś spoza najwierniejszego grona odbiorców, Robert Smith nie nawiązał jakiejś szczególnej więzi z publicznością, nie starał się na siłę kupić „niefanów”. Ale paradoksalnie nie miało to większego znaczenia. Bo – mimo że to festiwal – nie był to koncert przygotowany dla przypadkowego festiwalowego odbiorcy. Był przede wszystkim prezentem dla ludzi, którzy czekali na ten wieczór od lat i wiedzieli, że takich okazji może już za wiele nie być.
Jakub Jakubowski
***
Czekamy na Wasze relacje z koncertów z trasy „The Cure Festival Summer 2026” pod adresami: thecure.pl/kontakt
***
