Po terenie lotniska w Trenczynie przechadzają się ludzie ubrani na czarno, a niektórzy wyróżniają się wyrazistym makijażem – czerwonymi ustami i mocno podkreślonymi czarnymi oczami. Od razu wiadomo, po co przyszli, nawet jeśli nie zauważy się licznych koszulek z logo The Cure.
Na koncert legendarnego zespołu przyjechali ludzie ze Słowacji, Czech, Polski, Niemiec i wielu innych zakątków świata.
Dyrektor festiwalu Michal Kaščák mówił, że starał się sprowadzić zespół przez ponad dwadzieścia lat i że z okazji 30-lecia Pohody spełniło się jego marzenie. Podczas koncertu, na który specjalnie tego dodatkowego dnia przyszło ponad 25 tysięcy osób, okazało się jednak, że spełniło się nie tylko jego marzenie, ale także marzenie fanów i fanek muzyki. A The Cure pokazali, dlaczego są żywą legendą.
Ludzie zaczęli przychodzić na teren festiwalu i do miasteczka namiotowego już po godzinie 12. Korzystali z pięknej pogody, rozbijali namioty, a atmosfera dodatkowego dnia przypominała początek typowej edycji Pohody.
Wyjątkowy środowy program wybierał lider sam Robert Smith. Przywiózł ze sobą dwa zespoły – irlandzki Just Mustard i szkocki The Twilight Sad. Już podczas ich występów miejsca pod sceną zaczęły się zapełniać. Jako support zaprezentował się także reprezentant słowackiej sceny – Denis Bango. Sam przyznał, że fakt, iż wybrał go osobiście Robert Smith, przyprawił go o zawrót głowy.
Kiedy nad lotniskiem w Trenczynie rozległ się grzmot, było jasne, że to nie nadciąga burza. Na scenie pojawili się The Cure, a odgłos burzy płynący z głośników zapowiedział ich wejście. Robert Smith wyłonił się niemal niezauważenie – z czerwonymi ustami i czarną kreską wokół oczu, podobnie jak wielu fanów zgromadzonych pod sceną.
Patrząc na tłum, łatwo było zauważyć przedstawicieli kilku pokoleń. Kaščák zapowiadał spotkanie legend i generacji, zestawiając Denisa Bango z The Cure. Byli tam zarówno starsi, jak i młodsi widzowie. W tłumie można było dostrzec rodziców tańczących ze swoimi nastoletnimi dziećmi do ponadczasowych przebojów. Spotkały się pokolenia, które dorastały razem z Pohodą, i te, które dopiero na niej dorastają.
The Cure nie opierają swoich koncertów na efektach świetlnych, laserach czy widowiskowych wizualizacjach. Ich siła tkwi w muzyce i tekstach, dlatego są idealnym zespołem festiwalowym. Ich twórczość łączy chwytliwe melodie z melancholijnymi tekstami, balansując między nostalgią, introspekcją i euforią, tworząc wyjątkową atmosferę.
Już od pierwszych minut Robert Smith pokazał, że wciąż jest w doskonałej koncertowej formie. Robił charakterystyczne miny, żywo gestykulował i z figlarnym uśmiechem przewracał oczami. Szczególne wrażenie robił jego głos, który niósł się po całym lotnisku. Niektórzy uczestnicy zauważali, że brzmi tak, jakby w ogóle się nie zestarzał. Podobnie jest z muzyką zespołu – wydaje się wręcz nieśmiertelna.
Koncert rozpoczął utwór „Alone” z „Songs of a Lost World” – płyty wydanej przez zespół po szesnastu latach przerwy. Album jest zapisem żałoby; jego tworzenie pomogło Robertowi Smithowi poradzić sobie ze śmiercią ojca i brata. W ubiegłym roku do tych strat dołączyła także śmierć wieloletniego gitarzysty i klawiszowca zespołu, Perry’ego Bamonte.
Mimo to, podobnie jak „Alone”, kolejne utwory nie sprawiały wrażenia depresyjnych. Były raczej szczerą refleksją nad życiem człowieka świadomego własnej przemijalności. Rozbudowana wersja otwierającego utworu rozpoczęła ponad dwugodzinny koncert pełen zarówno największych przebojów, jak i mniej znanych kompozycji.
Nie zabrakło bardziej pogodnych momentów – zabrzmiały „Just Like Heaven”, pełna temperamentu „The Lovecats”, a także „The Last Days of Summer”, będąca jednym ze stałych punktów koncertów zespołu. Przy „Lovesong” publiczność śpiewała już niemal jednogłośnie, „A Forest” wywołał spontaniczne oklaski, a gorące „Hot Hot Hot!!!” ponownie porwało tłum do tańca. Mroczniejszy nastrój części utworów równoważyła energetyczna „A Night Like This”. Jeszcze zanim The Cure sięgnęli po swoje największe przeboje, wykonali także „Endsong” z nowego albumu.
Robert Smith wielokrotnie powtarzał, że nie myśli o swoim dziedzictwie – nie ma dzieci ani wnuków. „To, co robię, po prostu istnieje. A jak się skończy, to się skończy – mówił dwa lata temu w wywiadzie dla Morning Edition. – Dziś pracujemy inaczej. Nie piszę już piosenek z myślą o tym, by przetrwały wiecznie.”
Jednak przy niektórych utworach wiadomo, że będą żyły wiecznie.
Nie bez powodu The Cure od wydania debiutanckiego albumu „Three Imaginary Boys” w 1979 roku należą do najbardziej wpływowych brytyjskich zespołów. Potwierdził to wyczekiwany bis, wypełniony największymi popowymi hitami. „Friday I’m in Love”, „Let’s Go to Bed”, „Why Can’t I Be You?” i kolejne utwory porwały publiczność do tańca. Niektórzy uczestnicy wspięli się nawet na stoły i ławki pobliskiego baru.
– Jeszcze jedna! – zapowiedział Smith ostatni, chyba najbardziej rozpoznawalny utwór wieczoru – „Boys Don’t Cry”.
Żegnając się z publicznością, powiedział, że jeszcze się z nią spotka. Po zakończeniu koncertu wielu ludzi nie miało ochoty opuszczać terenu festiwalu. Trudno się dziwić – The Cure mają repertuar, który bez problemu mógłby wypełnić kilka festiwalowych dni.
Kiedy w ubiegłym roku Pohoda ogłosiła występ The Cure, Michal Kaščák zapowiadał, że uczestników czeka wyjątkowy dzień. Dodatkowy dzień festiwalu miał być szczególny nie tylko z okazji 30-lecia imprezy, ale przede wszystkim dzięki koncertowi zespołu.
I dokładnie tak się stało.
