Są koncerty, których główną atrakcją jest towarzyszące im tzw. show, ale są i takie, które tego nie potrzebują, bo tam muzyka sama się broni. Wczorajszy występ The Cure należał według mnie zdecydowanie do tej drugiej kategorii.
Utwory tej kapeli towarzyszyły mojemu dorastaniu dzięki śp. Tomkowi Beksińskiemu, który wprowadził mnie do świata Cure’ów. Słuchałam namiętnie wszystkich ich płyt, które miałam nagrane na kasetach Sony zakupionych w Pewexie. Moją ulubioną była „Disintegration”. Pamiętam zgaszone światło, świeczkę palącą się w ciemny pokoju i melancholijne, hipnotyzujące dźwięki tej płyty…
Olbrzymią radość czułam więc wczoraj, kiedy usłyszałam tak wiele utworów pochodzących właśnie z niej.
Głos Roberta Smitha nie zmienił się mimo upływającego czasu, podobnie jak i charakterystyczne brzmienie grupy, które rozpoznaje się już po pierwszych akordach. 3 lipca było DOSKONALE (!!!) pod każdym względem. Nawet miejsca pod sceną, które zajęliśmy z Krzysiem już na kilka godzin przed koncertem słuchając także wcześniejszego występu Slowdive.
I może pozostaje jedynie maleńki niedosyt, że ze względu na zacinający nieproszony deszcz, który zalewał muzykom instrumenty, koncert skończył się wcześniej niż planowano. Choć z drugiej strony… to przecież ten cichy drugoplanowy bohater współtworzył wyjątkową atmosferę tej niezwykłej muzycznej uczty.
Wyszłam przemoknięta do suchej nitki. Ale jednocześnie tak szczęśliwa, jak nie byłam od bardzo dawna… Dziękuję, The Cure, za ten wieczór. Za emocje, za wzruszenia, za przeniesienie w czasie… Tytuł jednego z zagranych przez nich wczoraj utworów pasował idealnie do mojego nastroju: „Friday I’m in love”.
Zrealizowałam też dwa marzenia z mojej bucket list – zobaczyć The Cure na żywo i wziąć udział w Open’er Festival. Jest więc miejsce na kolejne. Bo warto mieć marzenia!
Basia Świetlik-Wieczorek
***
Czekamy na Wasze relacje z koncertów z trasy „The Cure Festival Summer 2026” pod adresami: thecure.pl/kontakt
***
