Ponadczasowi jak zawsze. The Cure na Way Out West 2026

Robert Smith i The Cure nie spieszyli się – i właśnie w tym tkwiła siła ich koncertu.

The Cure nie mają potrzeby się spieszyć. Jak zauważa Leon Bäck z Popzine, już początek koncertu na scenie Flamingo podczas festiwalu Way Out West 2026 pokazał, że Robert Smith i jego zespół zamierzają zagrać dokładnie tak długo i tak wolno, jak uznają za stosowne.

Koncert rozpoczął się od Alone, którego rozbudowane intro zdawało się trwać niemal w nieskończoność. Kiedy jednak utwór w końcu się rozpoczął, The Cure zabrzmieli dokładnie tak, jak można było oczekiwać – potężnie, pewnie i bez najmniejszej potrzeby udowadniania swojej pozycji.

To dość nietypowe podejście jak na festiwal. Nie było prób zdobycia publiczności w ciągu pierwszych kilku minut, wielkich gestów ani nerwowego pośpiechu. Smith spokojnie przemierzał scenę, pozwalając, by przede wszystkim muzyka wykonała całą pracę.

Publiczność od początku była jednak z zespołem. Podczas Pictures of You przypomniano sobie, jak imponujący katalog utworów posiada The Cure. Charakterystyczna gitara, głos Smitha i melodia, która wydaje się trwać bez końca – wszystko to w powolnym tempie zabrzmiało wyjątkowo przekonująco.

Od „Lovesong” do „Fascination Street”

Po energetyczniejszym High przyszło Lovesong, który – jak zauważa autor – wywołał wśród publiczności bardzo silne emocje. Z przodu sceny niektórzy widzowie po prostu się rozpłakali.

„Wiele z tych piosenek jest starszych od sporej części festiwalowej publiczności, ale emocje, które niosą, nie postarzały się ani o jeden dzień” – pisze Leon Bäck.

Nie wszystkie momenty wieczoru były jednak równie perfekcyjne. Podczas Burn Robert Smith sięgnął po flet, a efekt – według autora – należał do mniej udanych muzycznie. Bäck opisuje ten fragment z charakterystycznym dla swojej recenzji poczuciem humoru, jednocześnie doceniając fakt, że Smith po prostu robi swoje i nie przejmuje się tym, czy każdy element występu jest idealny.

Znacznie mocniej wypadło Fascination Street. Potężny bas, intensywne światła i mroczna atmosfera nadały koncertowi bardziej hipnotyczny charakter. Był to jeden z pierwszych wyraźnych szczytów wieczoru.

„A Forest” i jeden z najważniejszych momentów

Przelotny deszcz, który pojawił się nad Slottsskogen, nie zdołał na długo rozproszyć publiczności. Po A Night Like This, Secrets i Push koncert zaczął wkraczać w najbardziej przebojową część.

In Between Days płynnie przeszło w Just Like Heaven, a publiczność ponownie eksplodowała energią. Autor określa ten drugi utwór jako niemal perfekcyjny przykład popowej piosenki – jednocześnie bezpośredniej, melancholijnej i pełnej euforii.

Później atmosfera ponownie zrobiła się mroczna. Play for Today prowadziło do A Forest, podczas którego The Cure – zdaniem Bäcka – pokazali się z najlepszej strony. Potężny bas, narastające partie gitar i niemal klaustrofobiczna atmosfera sprawiły, że ogromny festiwalowy teren nagle stał się zaskakująco intymny.

Jeszcze mocniej zabrzmiało From the Edge of the Deep Green Sea. To jeden z tych utworów, które nie muszą być największym przebojem, aby stać się najważniejszym momentem koncertu. Kompozycja stopniowo narastała, aż cały zespół brzmiał tak, jakby wspólnie rozpadał się na scenie – w najlepszym możliwym znaczeniu.

Po One Hundred Years podstawową część koncertu zamknął Endsong. W tym momencie występ był już długi, chwilami wręcz demonstracyjnie powolny, ale jednocześnie pełen dowodów na to, że The Cure potrafią wypełnić ogromną festiwalową scenę bez konieczności stosowania dodatkowych sztuczek.

Bis, czyli powrót do przebojów

Bis miał już zupełnie inną energię. Lullaby i The Walk rozpoczęły finałową część, a przy The Lovecats publiczność ponownie zaczęła tańczyć. Kiedy zabrzmiało Friday I’m in Love, po wcześniejszym mroku nie było już niemal śladu – cała scena Flamingo zamieniła się w wielki chóralny śpiew.

„To niewyobrażalne, jak łatwo The Cure potrafią przejść od mroku do czystego popu” – zauważa Bäck.

W końcówce pojawiły się jeszcze Close to Me, Why Can’t I Be You? i oczywiście Boys Don’t Cry. Autor przyznaje, że trudno narzekać na taki zestaw przebojów, choć jego zdaniem bis momentami przypominał bardziej sprawne przejście przez największe koncertowe hity niż najbardziej skoncentrowaną artystycznie część występu.

Największa siła może być również słabością

Jedna z ciekawszych obserwacji recenzenta dotyczy właśnie tempa koncertu. Największą siłą The Cure jest jednocześnie ich potencjalną słabością.

Zespół jest tak pewny własnej muzyki, że nie musi niczego przyspieszać ani walczyć o uwagę publiczności. Smith nie potrzebuje skakać po scenie ani nawoływać fanów do reakcji. Doskonale wie, że A Forest, Pictures of You, Just Like Heaven czy Lovesong potrafią zrobić to za niego.

A przede wszystkim – wciąż działa jego głos.

„To niemal niepokojące, jak niewiele się zmienił” – pisze Bäck. Kiedy Smith śpiewa, dystans pomiędzy The Cure z przeszłości i zespołem z 2026 roku wydaje się zaskakująco niewielki. Ten sam melancholijny ton wciąż unosi się nad gitarami i brzmi równie naturalnie jak na dawnych płytach.

The Cure podczas Way Out West byli więc jednocześnie starzy i zarazem ponadczasowi. Nie był to najbardziej wybuchowy ani najszybszy koncert festiwalu. Ale przy A Forest, From the Edge of the Deep Green Sea czy Just Like Heaven tempo przestawało mieć znaczenie.

„The Cure wciąż brzmią jak jeden z najlepszych zespołów na świecie w zamienianiu smutku w coś, przy czym chce się zatrzymać i pozostać na dłużej” – podsumowuje Leon Bäck.

Opracowanie na podstawie relacji Leona Bäcka z koncertu The Cure podczas festiwalu Way Out West 2026. Pelny i oryginalny tekst znajdziecie na portalu popzine.