Robert Smith i zespół zagrali 27 utworów dla 35 tysięcy fanów w Manchesterze.
Tegoroczna edycja cyklu Live from Wythenshawe Park rozpoczęła się od występu jednej z największych legend brytyjskiego rocka. The Cure powrócili do Manchesteru dekadę po swoim ostatnim koncercie w mieście i od razu pokazali, dlaczego ich pozycja na muzycznej scenie pozostaje wyjątkowa.
Wythenshawe Park zgromadził około 35 tysięcy osób. Zanim na scenie pojawił się Robert Smith z zespołem, publiczność rozgrzali miejscowi The Slow Readers Club oraz pionierzy shoegaze’u – Slowdive. Gdy jednak nad Manchesterem zaczął zapadać zmrok, a na scenę wyszli The Cure, atmosfera wyraźnie się zmieniła.
Jak relacjonuje Aidan McCartney z Manchester Evening News, już pierwsze minuty koncertu miały w sobie coś wyjątkowego. Robert Smith pojawił się na scenie ze swoim charakterystycznym wyglądem – potarganymi włosami i rozmazanym makijażem – a występ rozpoczął się od Alone.
Głos Smitha zabrzmiał niezwykle wyraźnie na otwartej przestrzeni parku. Autor zwraca uwagę, że mimo upływu lat wokalista wciąż dysponuje mocnym, pełnym emocji głosem, który bez problemu wypełnia ogromną przestrzeń Wythenshawe Park.
Już pierwsza część koncertu przyniosła wielkie momenty. Pictures of You i Lovesong zostały chóralnie odśpiewane przez tysiące fanów, a powracający na scenę Simon Gallup ponownie pokazał, jak ważnym elementem brzmienia The Cure pozostaje jego charakterystyczny bas. Szczególnie mocno zabrzmiał Fascination Street.
Duże wrażenie zrobiły również In Between Days i Just Like Heaven. Jak zauważa McCartney, przy tym drugim utworze praktycznie cały 35-tysięczny tłum śpiewał każde słowo razem z Robertem Smithem.
Wraz z zapadaniem zmroku koncert stawał się coraz bardziej mroczny. Play for Today i A Forest wprowadziły typową dla The Cure atmosferę, a From the Edge of the Deep Green Sea oraz Endsong zamknęły podstawową część występu w niezwykle intensywny sposób.
Autor podkreśla jednak, że mimo całej melancholii koncert The Cure jest przede wszystkim wielkim świętem muzyki zespołu, którego dorobek obejmuje niemal pięć dekad.
Potwierdził to dziewięcioutworowy bis, który właściwie stał się drugą częścią koncertu. Lullaby natychmiast porwało publiczność, a Robert Smith ponownie odegrał charakterystyczną „scenkę z pająkiem”. Po nim przyszedł The Walk i atmosfera zmieniła się w prawdziwe popowe święto.
W pewnym momencie Smith zwrócił się do publiczności w swoim charakterystycznym, oszczędnym stylu: „Powód, dla którego stoję tutaj i śpiewam, jest taki, że właściwie nie mam wiele do powiedzenia. Wszystko jest w piosenkach”.
Jak zauważa Aidan McCartney, dalsza część koncertu była już niemal nieprzerwanym ciągiem największych przebojów. The Lovecats, Friday I’m in Love i Close to Me wywołały kolejne chóralne śpiewy, a przy Why Can’t I Be You? energia jeszcze wzrosła.
Na zakończenie zabrzmiało Boys Don’t Cry. Pierwsze dźwięki charakterystycznej gitary wywołały eksplozję radości, a cały park ponownie śpiewał razem z zespołem.
„27 utworów, 35 tysięcy ludzi i niemal pięć dekad muzycznej historii” – taki obraz koncertu wyłania się z relacji McCartneya. The Cure nie potrzebowali rozbudowanej oprawy ani spektakularnych efektów. Wystarczyły piosenki, które od dziesięcioleci pozostają ważne dla kolejnych pokoleń słuchaczy.
Jak podsumowuje autor, pierwszy wieczór Live from Wythenshawe Park 2026 postawił wyjątkowo wysoko poprzeczkę dla kolejnych koncertów tego cyklu.
