„Czas na lekką rozrywkę”, czyli jak The Cure podbili Edynburg

The Cure to jeden z najważniejszych zespołów rockowych ostatniego półwiecza. Ich muzyka należy do najbardziej oryginalnych, wpływowych i emocjonalnych w historii. A jednak Martin Williams z The Herald przyznaje, że od lat ma pewien problem z koncertami zespołu.

Jak wspomina autor, jego wątpliwości sięgają początku lat 90., kiedy po raz pierwszy zobaczył The Cure na żywo. Oczekiwania wobec grupy, która nagrała tak mroczne i niezwykłe płyty, były ogromne, a koncerty nie zawsze odpowiadały temu, co działo się w jego wyobraźni.

„Być może właśnie w tym tkwił problem. W oczekiwaniach” – pisze Williams.

The Cure nie zawsze próbują porwać publiczność od pierwszych minut. Robert Smith i muzycy często poruszają się we własnym tempie, pozwalając, aby to muzyka stopniowo budowała atmosferę. Wyjątkiem był między innymi słynny koncert w londyńskim Hyde Parku w 2018 roku, który autor określa jako pokaz największych przebojów „bez żadnego wypełniacza”.

W Edynburgu oczekiwania były więc ogromne. I tym razem – zdaniem Williamsa – zostały w pełni spełnione.

Przed The Cure wystąpili szkoccy pionierzy post-rocka z Mogwai, którzy zaprezentowali bardzo mocny, różnorodny set. Później na scenę wyszedł ubrany oczywiście na czarno Robert Smith, przyjmując entuzjazm publiczności z charakterystyczną dla siebie mieszanką skromności i lekkiego zaskoczenia.

Jak zauważa autor, The Cure nie są obecnie po prostu zespołem promującym kolejny album. To grupa, której katalog obejmuje Three Imaginary Boys, Seventeen Seconds, Faith, Pornography, The Top, The Head on the Door, Kiss Me, Kiss Me, Kiss Me, Disintegration czy Wish.

I właśnie ten dorobek stanowił fundament koncertu w Edynburgu. Setlista była mocno osadzona w latach 80., szczególnie w świecie Disintegration i The Head on the Door, choć pojawiły się również utwory z Songs of a Lost World z 2024 roku.

Zdaniem Williamsa zespół słusznie nie przesadza jednak z materiałem z najnowszej płyty. To właśnie największe klasyki wynoszą The Cure na najwyższy poziom.

Pictures of You i Lovesong zabrzmiały wyjątkowo mocno. Autor przypomina, że nie są to po prostu dobre piosenki, ale niezwykłe przykłady kompozycji, produkcji i budowania atmosfery. „Pictures of You” wciąż brzmi jak utwór, który nie powinien tak łatwo przetrwać próby czasu, natomiast wszechobecność Lovesong sprawiła, że czasami zapominamy, jak pięknie prostą jest kompozycją.

Dużą część koncertu stanowiły również utwory z The Head on the Door: In Between Days, Push, A Night Like This oraz wykonywane później na bis Close to Me.

W tej części – jak zauważa Williams – The Cure są najbardziej przystępni, ale nigdy nie stają się zwyczajni. Melodie są bardziej wyraziste, muzyka jaśniejsza, jednak pod powierzchnią nadal czai się coś niepokojącego.

Szczególne wrażenie zrobiło In Between Days. Autor zwraca uwagę na różnicę między piosenką dobrze znaną a piosenką naprawdę wielką. „Znajomość może sprawić, że utwór znika w tle. Zagrany na żywo nagle ponownie staje się klejnotem”.

To samo dotyczy Just Like Heaven – utworu tak mocno obecnego w kulturze popularnej, że jego wyjątkowość łatwo uznać za oczywistość.

A potem pojawiło się A Forest. Kompozycja, która kiedyś była przede wszystkim mroczna i tajemnicza, dziś dzięki hipnotycznemu rytmowi niemal zmusza do tańca.

„Jeśli kiedykolwiek potrzebowalibyśmy argumentu, dlaczego The Cure zasługują na miejsce w najwyższej lidze historii współczesnego rocka, właśnie go dostaliśmy” – pisze Williams.

Nie oznacza to jednak, że autor bezkrytycznie ocenia cały koncert. W jego opinii obok arcydzieł pojawiły się również mniej znane utwory, które spowodowały pewne spowolnienie w środkowej części występu.

The Cure od zawsze mieli odwagę – a czasami również skłonność do przesady – aby traktować mniej znane kompozycje na równi ze swoimi największymi przebojami.

„Czasami mają rację. Czasami nie” – stwierdza Williams. Problem polega na tym, że zespół sam stworzył dla siebie niemal niemożliwy do spełnienia standard. Kiedy podczas jednego koncertu można usłyszeć Fascination Street, A Forest, Just Like Heaven i Friday I’m in Love, mniej wybitne utwory nie mają gdzie się ukryć.

Na szczęście bis, zapowiedziany przez Smitha jako „lekka rozrywka”, rozwiązał ten problem. Był to The Cure w wersji opartej niemal wyłącznie na przebojach. Lullaby, Let’s Go to Bed, Friday I’m in Love i kolejne hity przywróciły koncertowi lekkość, kolor i popową energię. Mroczna atmosfera ustąpiła miejsca charakterystycznemu dla The Cure połączeniu świetnych melodii, nietypowych gitar i odrobiny szaleństwa.

A kiedy na koniec zabrzmiało Boys Don’t Cry, pojawił się wyjątkowo przewrotny obraz. Zespół, który przez znaczną część swojej kariery budował wizerunek gotyckiej melancholii, zakończył wieczór jednym z najbardziej uzależniających utworów ery post-punku – choć nawet w nim nie zabrakło odrobiny smutku.

Zdaniem Martina Williamsa właśnie wtedy najlepiej widać, kiedy The Cure są na scenie najbardziej przekonujący: kiedy nie próbują już niczego udowadniać. Nie muszą przypominać publiczności o wszystkich swoich mniej znanych arcydziełach. Wystarczy, że wyciągną na światło dzienne największe muzyczne klejnoty. „Bo kiedy to robią, jak tutaj w Edynburgu, dzieje się coś niezwykłego” – dodaje na koniec.

Opracowanie na podstawie recenzji Martina Williamsa opublikowanej w The Herald.